Anna Potocka, Pamiętniki
Było to w roku 1812. Przeczytałam właśnie dziwne Pamiętniki margrabiny Baireuth, te, których ogłoszenie, według wyrażenia Napoleona, równało się drugiej bitwie pod Jeną dla domu Brandeburskiego; odsłaniają bowiem tyle małostek i szkaradzieństw. Byłam wówczas bardzo młoda. Nabrałam ochoty do spisywania swych wspomnień w miarę, jak podrastać będę. W owym czasie nie fabrykowano jeszcze pamiętników tuzinami. Spisywano tylko swoje własne, mniej lub więcej szczerze. Zdawało mi się, bez wielkiej zarozumiałości, że zdolna byłam zebrać materiały bardziej zajmujące, niż te, na których poczciwa margrabina zbudowała swoją nieśmiertelność, i wzięłam się do pracy. Niema nikogo, ktoby się troszczył o siostrę wielkiego człowieka; to często mię niepokoiło — bardzo dobrze rozumiałam, że pod kupą grubych anegdot chciano odszukać Fryderyka II.

Jakkolwiek urodzona z krwi królewskiej, mówiąc słowem margrabiny, nigdym policzka nie dostała, nigdy nie było włosów w mojej zupie, nigdy nie widziałam się skazaną na przymusowe areszty. Zamiast biednej i brudnej rezydencji książęcej, zamieszkiwaliśmy jeden z najpiękniejszych zamków 1) na kontynencie, co nie jest ani tak nowem, ani tak zajmującem, jak to, co margrabina opowiada o swojej siedzibie. Ale, żyjąc w wielkim wieku, budowałam swoje nadzieje na zajęciu, jakie obudzają te czasy pełne chwały. Spisywanie swoich wspomnień, nie pisząc o sobie, wydaje mi się zgoła niemożebnem; jeśli się pragnie wzbudzić zaufanie, to czyż nie potrzeba dać się poznać samej?

