Lwów w roku 1809
Dzień bowiem przedtem, tj. 27. maja o godzinie czwartej rano przyjechała poczta z Przemyśla i doniosła, że tuż za nią spieszy jakiś oddział polski do Lwowa. I w rzeczy samej w pół godziny później nadjechał porucznik Starzyński wraz z kilkunastoma żołnierzami polskimi. Jakkolwiek garstka żołnierzy przybyłych z tym porucznikiem była zbyt małą, wszystkich bowiem razem było tylko siedemnastu, mimo to jednak nikt nie poważył się na rogatce wzbraniać im wjazdu do miasta. Tak samo jak na rogatce, nie zatrzymano ich na żadnej z ulic, wjechali więc wprost na główną strażnicę (odwach). Wieść o przybyciu żołnierzy polskich rozniosła się niezwłocznie po całem mieście. A że nikt nie chciał być ostatnim, więc każdy co prędzej zrywał się z łóżka, ubierał i spieszył na powitanie. Nie zważano, że liczba przybyłych jest zbyt małą, nie pytano porucznika, czy to może forpoczty tylko, w uniesieniu patryotycznem zapomniano o tem wszystkiem, a każdy cisnął się, ażeby być najbliżej strażnicy, bo każdy chciał jak najprędzej przywitać tych, którzy przybyli nie w innym celu, jak w celu zaprowadzenia dawnego niepodległości porządku.

Zanim upłynęła godzina, a już tysiące mieszkańców Lwowa otoczyło strażnicę, na którą zajechał porucznik Starzyński z czternastoma konnymi grenadierami i dwoma ułanami. Niebawem odjechało sześciu grenadyerów; wysłał ich porucznik na krańce Lwowa i tam na rogatkach polecił stać na straży i nie wypuszczać nikogo z miasta...

