Nasza księgarnia

Biblioteka Barwy i Broni

  • Biblioteka Barwy i Broni
  • Ułani Księstwa Warszawskiego 1807-1814
  • Piechota XW wg przepisu 3 września 1810
  • Huzarzy Księstwa Warszawskiego 1809-1813

Włodzimierz Nabywaniec, Odwrót spod Moskwy

Dnia 15 września o godzinie szóstej rano – wspominał Konstanty Janta, adiutant gen. Kirgenera – wjechałem nieledwie pierwszy z Polaków do Moskwy i w całej jeszcze widziałem ją świetności. (…) O godzinie dziewiątej rano wszczął się pierwszy pożar w starym Kremlinie…

Inny uczestnik kampanii 1812 roku kapitan Franciszek Gajewski, adiutant gen. Chastela, tak oto opisał swe pierwsze wrażenia z rosyjskiej stolicy: Nie mogłem sobie zdać sprawy, patrząc z ciekawością na rozległą Moskwę, co znaczą kłęby dymu, wznoszące się tu i ówdzie nad miastem; ani mi do głowy nie przyszło, ażeby Rosjanie mogli podpalić własną stolicę. (…) W nocy z 16-go na 17-go września wszczął się ogień, podobno podpalono przedewszystkiem bank i dom podrzutków (hospitalny dom). Wojsko stojące w Moskwie pospieszyło na ratunek, jakoż pożar został prędko ugaszony. Wszakże pozapalano niebawem rozmaite inne części miasta, co naprowadziło na myśl, że ogień naumyślnie podkładano. (…) Widok gorejącej Moskwy przechodził wszelkie wyobrażenie. Cały widnokrąg był w ogniu od wschodu, a lubo korpus nasz stał o dobrą milę od Moskwy, jasno było jak we dnie przez wszystkie noce aż do ustania pożaru.

Opisy płonącej Moskwy odnajdujemy również w relacjach naszych szwoleżerów: Pożar Moskwy był tak wielki i straszny, jakby wulkanu eksplozja; w powietrze buchały kłęby ogniste barw rozmaitych, czerwone, sine, zielonawe, siarczyste, a te dobywały się z miejsc, gdzie były ogromne składy słoniny, oliwy, oleju, łoju, tranów, wosku i innych podobnych palnych przedmiotów (Płaczkowski).

Przybywszy pod górę Woroblewską zwaną, zastaliśmy ją obsadzoną strażą naszych kolegów strzelców konnych gwardyi; poskoczyłem z niektórymi oficerami do naszych znajomych, pytając ich natychmiast o Moskwę? – Moskwy niema – Jak to?! – Spalona, patrzcie! i w samej rzeczy ujrzeliśmy ze szczytu tego pagórka dymiącą i gdzie niegdzie dogorywającą ogromną przestrzeń; małą tylko część i górujący Kremlin oszczędzono (Załuski).

Podobnych bardzo plastycznych opisów płonącej Moskwy możemy odnaleźć dziesiątki, jeżeli nie setki we wspomnieniach żołnierzy Wielkiej Armii, którzy w 1812 roku dotarli do stolicy carów. Nie dziwi więc fakt, że wątek ten stał się jednym z najchętniej wykorzystywanych tematów w twórczości artystów prezentujących wydarzenia kampanii rosyjskiej.

Jeszcze w trakcie kampanii pojawiły się pierwsze drzeworyty anonimowych artystów rosyjskich prezentujące podpalone rzekomo przez Francuzów miasto. Późniejsi malarze rosyjscy równie chętnie wykorzystywali ten temat utrwalając „czarną legendę” napoleońską. Motyw palącej się Moskwy i grabieży dokonywanych przez wojska francuskie występuje na płótnach Iwana Ajwazowskiego, Aleksandra Smirnowa czy Wasilija Wiereszczagina. Podobne w swej wymowie dzieła pozostawili po sobie artyści niemieccy: Albrecht Adam, Christian von Faber du Faur, Johann Rugendas i Johann Oldendorp. Natomiast zupełnie inną wizję wydarzeń 1812 roku w Moskwie zaprezentowali malarze francuscy. Najczęściej przedstawiali wjazd Napoleona do miasta lub cesarza na czele wojsk opuszczającego palącą się stolicę rosyjską. W ich wizjach pożar nie był jednak wyrazem wandalizmu najeźdźców, ale raczej barbarzyństwa „nowych Scytów” gubernatora Moskwy Roztopczyna, o którym cesarz powiedział: „Wydaje mu się, że jest Rzymianinem, lecz jest tylko głupim dzikusem”.

Albrecht Adam

Iwan Ajwazowski

Aleksander Smirnow

Wasilij Wiereszczagin

Christian von Faber du Faur

Johann Rugendas

Johann Oldendorp

Spośród „polskich” przedstawień Moskwy w 1812 roku na szczególną uwagę zasługują dwa obrazy. Pierwszy autorstwa Wiktora Mazurowskiego odtwarza moment przejazdu Napoleona na czele wojsk przez plac kremlowski; w tle dostrzegamy łuny ognia i dymy pożarów. Z kolei namalowany na zamówienie rodziny Mieroszewskich przez Wojciecha Kossaka w 1890 roku wjazd kpt. Ignacego Mieroszewskiego do Moskwy, to oryginalny i pełen dramatyzmu obraz świadczący o chwalebnych czynach portretowanego oficera. Warto również wspomnieć o mało znanych, ale niezwykle interesujących rysunkach i reminiscencjach z kampanii 1812 roku Czesława Moniuszki.

Wiktor Mazurowski

Jest jeszcze jedno bardzo oryginalne i ciekawe dzieło polskiego artysty nawiązujące do wydarzeń 1812 roku w Moskwie. To niewielka płaskorzeźba Antoniego Kurzawy zatytułowana „Odwrót szwoleżerów spod Moskwy w 1812 r.”

Nim jednak opowiemy o odwrocie skupmy się na zajęciach szwoleżerów w trakcie pobytu armii napoleońskiej w Moskwie…

Szwadron służbowy szwoleżerów towarzyszył cesarzowi w rosyjskiej stolicy i wraz z nim został zaskoczony na Kremlu pożarem. Generał Krasiński błagał na klęczkach Cesarza o opuszczenie Kremla, bo w ciągu paru godzin pas pożaru, trawiącego miasto, mógł zamknąć drogę odwrotu. Po długim oporze Cesarz zgodził się wycofać w otoczeniu 50-ciu szwoleżerów, którzy go odprowadzili do Petrowskiego pałacu cara, za miastem. Sześciu szwoleżerów otoczyło Cesarza, aby go osłonić od ognia, który był tak silny, że popalił wszystkie czapraki na koniach. Trudno stwierdzić, czy przytoczona notatka gen. Krasińskiego przedstawia prawdziwy opis wydarzeń, bo dowódca szwoleżerów skłonny był niekiedy do konfabulacji. Pamiętnikarze nie potwierdzają, aby cesarz znalazł się aż tak blisko ognia. Wiereszczagin utrwalił to wydarzenie na płótnie „W objęciach ognia”, tyle, że na obrazie z płonącego Kremla wyprowadzają Napoleona… grenadierzy z korpusu marsz. Davouta. Po kilku dniach cesarz, a także szwoleżerowie, powrócili z Pałacu Pietrowskiego na Kreml, gdzie pozostali przez kolejne tygodnie, aż do decyzji o odwrocie.

Wasilij Wiereszczagin

Tymczasem pozostała część pułku połączona w brygadę z lansjerami holenderskimi rozkwaterowana została na południu od Moskwy w okolicach Podolska. Nie obyło się tam od niewielkich potyczek z kozakami, a według Mariana Kujawskiego z pułku ubyło w tym czasie 5 rannych oficerów i kilkunastu szeregowców. Bardziej jeszcze – pisał Kujawski – stan pułku topniał wskutek ciągłego wysyłania szwoleżerów na eskorty, sztafety i rozpoznania.

Co prawda przystęp do miasta był zbroniony, ale jednak niektórym szczęśliwcom udało się zwiedzić Moskwę. Wyrobiłem sobie urlop od jenerała Krasińskiego – wspominał Załuski – i pojechałem do tej stolicy; z bólem wprawdzie, ale więcej z zawziętością, przejeżdżałem te popalone ulice (…), a kiedy stanąłem na moście rzeki Moskwy pod Kremlinem, zatrzymałem się na tem stanowisku, z którego szeroko wzrok sięga na wszystkie strony, a rozpamiętywając wyrznięcie rodaków towarzyszów Dymitra, i rocznicę roku 1612go ... i wyrznięcie Pragi, powiedziałem sobie, że teraz w r. 1812 pomszczona Praga i cień Jasińskiego…

Dnia 19 października 1812 roku, po przeszło miesięcznym pobycie w Moskwie, rozpoczął się wielki odwrót. Ogromna karawana wojsk ruszyła na południe w kierunku Kaługi. Na końcu z miasta wyszła Gwardia Cesarska. Jeszcześmy dwu mil od miasta nie byli oddaleni – pisał Płaczkowski – dał się słyszeć za nami grzmot i huk okropny i dopiero dowiedzieliśmy się, że Napoleon rozkazał zamek Kremlu minami w powietrze wysadzić, co i dopełnił generał Mortier. Odpowiedzialny za podpalenie lontów kpt. Franciszek Kos wspominał to tak: Pozostawałem kwadrans w tej niepewności aż rozległ się w powietrzu huk pierwszej miny, a niebawem nastąpiły trzy inne. Dzieło było zatem wykonane, Kremlin leżał w gruzach…

Możliwe, że właśnie ten moment uwiecznił w swej płaskorzeźbie Antoni Kurzawa…

Antoni Kurzawa

…to jeden z najzdolniejszych i najoryginalniejszych rzeźbiarzy polskich XIX wieku, o którym Xawery Dunikowski powiedział po latach: Z moich poprzedników tylko nieodżałowany, zmarnowany Kurzawa miał własny mocny temperament. Urodzony w jednej z galicyjskich wiosek stał się pierwowzorem dla postaci Antka ze słynnej noweli Bolesława Prusa. Ten niezwykle utalentowany i wrażliwy artysta jest kojarzony przede wszystkim z rzeźbą „Mickiewicz budzący geniusza poezji”, którą zniszczył własnoręcznie w 1890 roku podczas trwającej już ekspozycji. Wkrótce po tym wydarzeniu Stanisław Witkiewicz nie bez racji pisał na łamach „Kuriera Warszawskiego”: Nie wiem, czy, kiedy to piszę, on sam, Kurzawa, człowiek, jeszcze żyje, czy nie, ale to, co w nim było najlepszego, jest zabite! Na szczęście „szwoleżerskie” płaskorzeźby Kurzawy powstały nieco wcześniej i w pełni podziwiać można w nich kunszt znakomitego artysty.

Interesujące nas płaskorzeźby zostały wykonane dla wytwórni Józefa Frageta na przełomie 1887 i 1888 roku. Na łamach warszawskiej prasy z tego okresu odnajdujemy informację, że Kurzawa: wykonał model szkatułki, ozdobionej rzeźbami treści historycznej. Odlewy – czytamy dalej – znajdują się obecnie w rękach cyzelerów. Szkatułka na klejnoty, o której mowa, to tzw. „Kasetka Poniatowskiego” – według Wojciecha Przybyszewskiego – będąca najwyższej klasy wyrobem polskiego rzemiosła artystycznego z końca XIX w.

Wykonany ze srebra przedmiot, zaprojektowany przez Wojciecha Kossaka, został wzbogacony o odlane z brązu i pozłacane cztery płaskorzeźbione plakiety przedstawiające sceny batalistyczne z epoki napoleońskiej znajdujące się po bokach kasetki. W jej zwieńczeniu umieszczona została niewielka rzeźba przedstawiająca księcia Józefa Poniatowskiego na koniu, będąca prawdopodobnie dziełem innego rzeźbiarza współpracującego z firmą Frageta, Jana Kryńskiego. Płaskorzeźby Antoniego Kurzawy to niewielkie plakietki zainspirowane twórczością Kossaków i Chełmińskiego. Dwie większe, o wymiarach 8x20 cm przedstawiają „Próbę lancy” i „Somosierrę”, natomiast mniejsze (8x14 cm) „Przeprawę przez Wilię” oraz najbardziej nas interesujący…

…„Odwrót szwoleżerów spod Moskwy w 1812 r.” Z lewej strony dostrzegamy konny oddział szwoleżerów w pelerynach. Po prawej, przed zbliżającymi się jeźdźcami, zniszczone działo, martwe konie oraz dwaj skuleni zamarznięci żołnierze. W tle most na rzece Moskwie, za nim widok na płonący Kreml.

Faktycznie taka scena nigdy nie mogła mieć miejsca, a rzeźbiarz połączył ze sobą trzy przypadkowe, ale bardzo charakterystyczne dla kampanii 1812 roku elementy: pożar Moskwy, konny oddział szwoleżerów i dantejskie sceny przedstawiające zamarzniętych w odwrocie żołnierzy. Pożary szalały w Moskwie w drugiej połowie września, kiedy o mrozach nie mogło być mowy. Nawet jeśli Kurzawa chciał przedstawić moment wysadzenia Kremla przez żołnierzy gen. Mortiera, to również działo się to jeszcze w czasie gdy w okolicach rosyjskiej stolicy panowała piękna jesienna pogoda. (Dzisiaj jest 19 października – mówił Napoleon do gen. Rappa – Spójrz, jaką piękną mamy pogodę!). Należy więc przypuszczać, że wizja artysty jest w tym wypadku wyłącznie symboliczna, a w pracy swej chciał podkreślić ogrom klęski wojsk napoleońskich podczas odwrotu z Rosji.

Kompozycja Kurzawy przedstawiająca „Odwrót szwoleżerów spod Moskwy w 1812 r.” być może nawiązuje do obrazu Jana Chełmińskiego „Powrót” (znany też pod innym tytułem: „Napoleon w otoczeniu polskich ułanów”). Wspólne dla obu dzieł jest zaprezentowanie konnej grupy szwoleżerów oraz mostu znajdującego się na drugim planie. Tutaj jednak kończą się podobieństwa, więc inspiracja Kurzawy obrazem Chełmińskiego wydaje się dosyć odległa. Możliwe, że tak jak w przypadku „Przeprawy przez Wilię” rzeźbiarz wykorzystał inne nieznane już dzisiaj płótno Chełmińskiego.

Józef Chełmiński

Wydarzenia zaprezentowane przez Kurzawę i Chełmińskiego chronologicznie dzieliło przynajmniej kilka tygodni. Ten pierwszy pokazał wyjście szwoleżerów z Moskwy, drugi natomiast szwadron Seweryna Fredry stanowiący eskortę podróżującego saniami Napoleona, gdzieś w okolicach Oszmiany.

Odwrót szwoleżerów spod Moskwy stanowi poniekąd zamknięcie przez Kurzawę tematyki wszystkich czterech płaskorzeźb. Przy tej realizacji napotkał jednak najwięcej problemów, gdyż – jak stwierdził Przybyszewski – ukazanie w reliefie nieuchwytnej, subtelnej faktury śniegu, a także skłębionych płomieni i dymu unoszących się nad płonącym miastem jest zadaniem karkołomnym, prawie nie wykonywalnym. Pomimo tych niedostatków, a także zbyt schematycznego potraktowania mostu i murów miejskich, efekt końcowy jest jednak zadowalający. Wręcz doskonale rzeźbiarz zaprezentował oddział konnych: W twarzach cierpiących na mrozie szwoleżerów – zachwycał się Przybyszewski – w ich spojrzeniu, w geście, także w ubiorze i ułożeniu postaci, Kurzawa dał tyle wyrazu, że reszta nie liczy się wcale. Z pewnością nie potrafiłby dokonać tego rzeźbiarz pozbawiony tej wrażliwości, jaką, oglądając niepozornie wyglądające plakietki, odnajdujemy u Antoniego Kurzawy. Podobne zachwyty nad płaskorzeźbami artysty odnajdujemy na łamach prasy warszawskiej z końca XIX wieku, a doskonale wyraziła je Maria Chełmońska, bratowa znanego malarza, pisząc, że prace Kurzawy są nacechowane piętnem prawdziwego natchnienia.

Niestety nie dysponujemy obecnie oryginalną kasetką wykonaną przez firmę Frageta. Na szczęście zachowała się inna, nieco późniejsza, która powstała w zakładach Edwarda Krasnosielskiego w Warszawie. Drewniana i pozbawiona już wielu elementów pierwotnej plastycznej dekoracji znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Umieszczone na niej płaskorzeźby Kurzawy budzą podziw zarówno ze względu na wielkość przedstawionych na nich postaci, jak i na niezwykle subtelne, drobne szczegóły kompozycji, o których istocie mówić można dopiero oglądając płaskorzeźbę przez lupę… (Przybyszewski).

Pozostaje nam jeszcze opowiedzieć o najbardziej heroicznym odwrocie w dziejach i udziale w nim pułku szwoleżerów…

Po wyjściu z Moskwy pierwsze poważniejsze walki szwoleżerowie stoczyli 25 października pod Małojarosławcem. Polacy oraz Holendrzy z 2. pułku lansjerów oparli się tam całodziennym wysiłkom przeszło trzykrotnie liczniejszej watahy dońskiej (Kujawski). Tego samego dnia, pod Horodnią, w boju znalazł się również szwadron służbowy dowodzony przez Kozietulskiego. Oddajmy tu głos uczestnikowi wydarzeń Stanisławowi Hemplowi:

Znajdowałem się dnia tego z służbowym szwadronem gwardyi ułanów polskich pod komenda szefa Kozietulskiego, który i drugim szwadronem strzelców konnych gwardyi dowodził. (…) Poszliśmy wielkim gościńcem do Małego-Jarosławca, mając po lewej ręce odkryte pola, po prawej kraj krzakami zarosły; kiedy tak kłusem postępujemy, powstaje raptownie w zaroślach głośne Kozaków hurra! I w jednej chwili już ich liczne hordy pędzą ku nam ze złożonemi do ataku pikami; cofnął się Cesarz w środek szwadronu, rozkazując wsteczne poruszenie do pieszej gwardyi. Jenerał Rapp i Mameluk Rustan dobywają pałaszy, szef szwadronu Kozietulski formując szwadron, zostaje piką w ramię przebity, kilku żołnierzy pada od strzałów z janczarek; porwaliśmy szefa Kozietulskiego w środek szwadronu, a otoczywszy Cesarza, nadstawiamy lance; gdy jednak Kozaki ze wszystkich stron zaczęli docierać, rozkazałem żołnierzom dawać ognia z ręcznej broni; to ich natarcie wstrzymuje i w tej chwili nadchodzą inne szwadrony służbowe; wtenczas zwróciwszy konie, strącamy kilkunastu Kozaków lancami i całą hordę przeganiamy daleko w krzaki…

Mimo zwycięstwa pod Małojarsławcem cesarz zrezygnował z manewru na południe i postanowił odwrót najkrótszą drogą na Smoleńsk. Decyzję tę książę Sanguszko skwitował krótko: Zginęliśmy, niezawodnie, pan nasz oszalał! Armię czekał marsz ogołoconym i zniszczonym szlakiem, który przemierzała kilka tygodni wcześniej do Moskwy.

Podczas odwrotu wielkiej armii – pisał Aleksander Rembowski – szwoleżerowie nie tylko pod Mało-Jarosławcem zasłużyli się Francyi, ocalając wolność Napoleonowi, ale codzienną niestrudzoną służbą wywiadowczą i podjazdową zdobyli sobie uznanie prawie wszystkich dowódców korpusów i dywizyj francuskich. Przez cały czas odwrotu w pułku panowała znakomita dyscyplina i wysokie morale, co zgodnie podkreślali zarówno pamiętnikarze, jak i historycy. Spowodowane to było wysiłkami oficerów, którzy często dzielili z szeregowymi trudy i niedostatki odwrotu. Mimo to stany liczbowe pułku ciągle się kurczyły. Pomniejsze potyczki – tłumaczył taki stan rzeczy Kujawski – służba eskortowa i zwiadowcza oraz kulawienie i padanie koni, wszystko to powodowało codzienny upływ z szeregów. Przez cały czas odwrotu szwoleżerowie wystawiali szwadron służbowy, który eskortował cesarza. Przebywając w bezpośrednim otoczeniu Napoleona lepiej znosili trudy odwrotu niż reszta armii. Rzadkie też były przypadki demoralizacji w pułku. Zdarzyło się jednak, że dwaj żołnierze z kompanii Stanisława Hempla podczas patrolu po furaż dopuścili się haniebnego czynu, wymagając na dziedzicu włości kilkadziesiąt złotych, niby pod pozorem potrzeb wojennych. Za ten czyn zostali oddani pod osąd rady żołnierskiej i wyrzuceni z pułku, a wyrok motywowano tym, że z rabusiami służyć nie możemy.

Dotkliwe mrozy, których armia doświadczała w odwrocie doskwierały również Gwardii. Wyszedłszy ze Smoleńska – pisał Załuski – zacząłem doświadczać, że pomimo dostatecznego ubioru potrzebuję zaopatrzyć się w lepsze obuwie, jeżeli chcę zachować moje nogi... Nie można jednak porównywać tych drobnych niedogodności, które były udziałem szwoleżerów z gehenną oddziałów liniowych. Służba przy cesarzu miała swoje dobre strony.

Jako oddział Gwardii Cesarskiej szwoleżerowie nie mieli w odwrocie wielu okazji do regularnych starć z wojskami rosyjskimi. Walka szwadronu szefa Chłapowskiego pod Krasnem należała więc do rzadkości: Król Murat przypadł do mnie, kazał mi wziąć jeden szwadron i kłusem za sobą maszerować, co trudnem było, gdyż śnieg był głęboki. Stanął z nami przed samą tą wioską, w której znajdowali się Rosyanie, i kazał mi w nią wmaszerować. Szczególny to rozkaz dla jazdy, ale trzeba było usłuchać... Puściłem się więc środkiem wsi. Strzelcy rosyjscy z podwórków wszyscy do nas z bliska wystrzelili. Spadło mi z koni czterech ludzi, których Murat ma na sumieniu, a rannych było sześciu... Rosyanie ani uciekali, ani też uciec tak prędko mogli, tylko za płoty powchodzili. Rozumie się samo przez się, żem nie maszerował wolno przez wioskę ale śnieg aż pod brzuchy nie pozwalał galopować. Wyszedłem drugą stroną tuż nad parów... Wtedy ujrzałem kompanię grenadyerów gwardyi, których cesarz, spostrzegłszy zapewne szalony rozkaz dany mi przez Murata, wysłał ku wiosce. Grenadyerzy opanowali ją bez wystrzału, a Rosyanie ledwo raz wystrzeliwszy, zrejterowali się przed nimi przez parów... Cesarz stał pieszo na czele gwardyi... był bardzo rozgniewany na Murata. Powiedział mi żywo: –Jak mogłeś tego wariata usłuchać!

Pod Krasnem szwadron Chłapowskiego nie poniósł większego uszczerbku. Przeprawa przez Berezynę również nie przyniosła krwawych strat w szeregach pułku. Ubytki w regimencie były jednak znaczne, na co wskazują dokumenty kontroli pułkowej. Spieszeni i wyczerpani zimnem oraz długim marszem żołnierze dziesiątkami pozostawali za pułkiem, zdani na łaskę i niełaskę nieprzyjaciół.

Znaczące wzmocnienie dla zdziesiątkowanego pułku stanowiło przybycie 5. szwadronu, który z Gdańska przyprowadził Seweryn Fredro. Szwadron ten natknął się na Napoleona w okolicach Oszmiany i przez pewien czas uczestniczył w jego eskorcie…

To właśnie szefa Fredrę i jego ludzi uwiecznił na wspomnianym wyżej obrazie Chełmiński. Krytycy nie mogli darować malarzowi, że jego szwoleżerowie tacy wycacani, wylizani, wychuchani a toć 1812 rok! Jeden Gąsiorowski brał wówczas artystę w obronę pisząc: W kraju najpierw dziwią się, że szwadron eskortujący Napoleona, wygląda jak „z igły”. (…) Tymczasem nikomu ze swoich nie przyjdzie ochota zajrzeć do historyi i dowiedzieć się, że ten szwadron nie brał udziału w kampanii, że spotkał Napoleona, i że był właśnie oddziałem wypoczętych zuchów – wytwornisiów. Wracający z Moskwy szwoleżerowie również podkreślali, iż w zestawieniu z gdańszczanami wyglądają jak smorgońskie niedźwiedzie, które poprzebierano w mundury, aby je pokazywać po cyrkach i menażeriach Europy.

Pozostawienie armii przez cesarza pod komendą króla Neapolu Murata ostatecznie doprowadziło do jej rozkładu. Wywarło również bardzo destrukcyjny wpływ na dalsze losy pułku szwoleżerów. Aż do pierwszych dni grudnia – pisał Robert Bielecki – polscy szwoleżerowie trzymali się znakomicie, skoro zachowali tak znaczną wartość bojową, mimo paromiesięcznych trudów kampanii, 1000 kilometrowego odwrotu spod Moskwy, nieustannej służby w pochodzie, utarczek z kozakami, a także coraz bardziej dotkliwego braku paszy i żywności. Odjazd cesarza zmienił jednak wszystko… Na podstawie danych kontroli pułkowej Bielecki wyliczył, że od 5 grudnia do początków stycznia 1813 roku, pułk stracił niemal tylu ludzi, co przez cały czas kampanii, aż do momentu wyjazdu Napoleona do Paryża.

Kończąc wywody nad udziałem szwoleżerów w wyprawie rosyjskiej dodajmy, że Dautancourt powiódł pułk przez Prusy Wschodnie, Księstwo Warszawskie aż do niemieckiego Fiedbergu. Nie sposób też pominąć milczeniem szwadronu Jerzmanowskiego, który od Elbląga pozostał w ariergardzie armii i osłaniał jej odwrót. Jerzmanowski – pisał Kujawski – tak świetnie potrafił się bronić i tak odcinać wrogowi, że idący za nim Rosjanie zaniechali ataków zadawalając się w końcu tylko bierną obserwacją z daleka. Nie bez racji Joachim Hempel mógł przechwalać się na starość: Za moich czasów pięść było pokazać kozakowi, to on uciekał!

Bibliografia

Bielecki R., Szwoleżerowie Gwardii, Warszawa 1996.

Bielecki R., Tyszka A., Dał nam przykład Bonaparte. Wspomnienia i relacji żołnierzy polskich 1796-1815, t.2, Kraków 1984.

Chełmońska M., Wędrówki po pracowniach. Antoni Kurzawa, „Kurier Warszawski” 1894 nr 282.

Chłapowski D., Pamiętniki 1806-1813, t. I, Poznań 1899.

Gajewski F., Pamiętniki Franciszka z Błociszewa Gajewskiego, pułkownika wojsk polskich (1802-1831), t. 1, Poznań 1913,

Gąsiorowski W., Sylwetka Jana Chełmińskiego, [w:] „Wędrowiec” 1905 nr 11.

Hempel S., Wspomnienia wojskowe, [w:] „Rozmaitości. Pismo Dodatkowe do Gazety Lwowskiej” 1843, nr 17.

Księcia Eustachego Sanguszki Pamiętnik 1786-1815, Oświęcim 2009.

Kujawski M., Wojska Francji w wojnach Rewolucji i Cesarstwa 1789-1815, Warszawa-Londyn 2007.

Kukiel M., Wojna 1812 roku, t. I, Kraków 1937.

Łuniński E., Napoleon. Legiony i Księstwo Warszawskie, Warszawa 1911.

Moniuszko Cz., Rok 1812. Poemat: http://napoleon.org.pl

Nieuważny A., Morawski R., Wojsko Polskie w służbie Napoleona. Gwardia, Warszawa 2008.

Paczuski A., Ikonografia 1812 r. w sztuce polskiej, Praca magisterska napisana w Zakładzie Muzealnictwa Wydziału Sztuk Pięknych UMK w Toruniu, Toruń 1994.

Piątkowski H., Antoni Kurzawa. Sylwetka, „Tygodnik Ilustrowany” 1896 nr 41.

Płaczkowski W., Pamiętniki, Żytomierz 1861.

Przybyszewski W., O zapomnianych pracach Antoniego Kurzawy wykonanych dla firmy Józefa Frageta w Warszawie, [w:] Almanach muzealny t. IV, Warszawa 2003.

Rembowski A., Źródła do historii polskiego pułku lekkokonnego gwardii Napoleona I, Warszawa 1899.

Załuski J., Wspomnienia, Kraków 1976.

Załuski J., Wspomnienia o pułku lekkokonnym polskim, Kraków 1865.

Recenzje

Adam Paczuski, Napoleon Ridleya Scotta

Kiedyś, w gronie znajomych pasjonatów epoki napoleońskiej, rozmawialiśmy o najlepszych  filmach ją ilustrujących. Z tego co pamiętam, powszechne zachwyty (w tym także moje) wzbudziło wspomnienie „Pojedynku” Ridleya Scotta. Pojawiło się wówczas wśród nas marzenie, aby ten właśnie reżyser wrócił kiedyś do naszego ulubionego tematu. To dlatego od kilku dni chodzi za mną to wspomnienie wraz z pewnym mądrym powiedzeniem: „Uważaj o czym marzysz, bo może się to spełni”…

„Napoleona” obejrzałem kilka dni po premierze, więc dzięki relacjom znajomych i napływającym z różnych stron „napoleońskiego” światka recenzjom, byłem przynajmniej w części przygotowany na to co mnie czeka. Przyznam jednak, że te dwie i pół godziny seansu były dla mnie trudniejsze niż przypuszczałem. Prawdopodobnie na moją reakcję wpływ miała także zawiedziona nadzieja, że mój ulubiony reżyser potrafi jeszcze stworzyć coś wybitnego. Niestety…

Ilość historycznych błędów – nie tylko „nagięć” mających usprawnić narrację, ale przede wszystkim zwykłych ordynarnych kłamstw była zatrważająca. Zmuszało to do pytania o rzeczywiste intencje reżysera wobec historii, którą zdecydował się zilustrować. Po co kazał Francuzom strzelać do piramid, wojskom rosyjsko-austriackim topić się w stawach rybnych o głębokości kilkuset metrów, albo szarżować Bonapartemu pod Borodino i Waterloo, skoro wystarczy niewiele trudu aby dojść do tego, że to zwykłe brednie? Czyżby Scott był aż tak pyszny, że zupełnie przestał przywiązywać wagę do realiów, albo może tak cyniczny, że świadomie „sprzedawał” te kłamstwa szerokiej publiczności licząc na jej ignorancję? Do tego trzeba doliczyć mnóstwo nielogiczności (szczególnie w sferze militarnej, o czym jeszcze wspomnę), kompletne odrealnienie wielu postaci historycznych nie tylko pod względem słów i ich roli w historii, ale nawet wyglądu (znanego przecież z licznych portretów). Może ten film to był kiepski żart, albo świadoma artystyczna prowokacja? A może po prostu koszmarna warsztatowa niedoróbka starzejącego się mistrza gatunku? Nie wiem, które z tych przypuszczeń jest bliższe prawdy. Dlatego zmuszony jestem tylko przypuszczać, co stało za tym największym filmowym rozczarowaniem dekady.

Ridley Scott bardzo często „myśli obrazami” zapożyczając je ze sztuki dawnej (jak np. w „Pojedynku” sielskie wiejskie krajobrazy lub martwe natury zaczerpnięte z malarstwa francuskiego i niderlandzkiego). „Napoleon” jest pełen takich zapożyczeń. Począwszy od „Le Sacre” Davida w scenie koronacji, przez sceny z Egiptu z obrazów Gerome’a i Orange’a, ze zdobytej Moskwy z obrazów Wereszczagina, aż po wykorzystany w plakacie wizerunek cesarza po abdykacji w 1814 r. Delaroche’a. Oglądając beznamiętną minę Joaqina Phoenixa (cóż za marnotrawstwo talentu!) w przekrzywionym jeszcze bicornie w scenie egzekucji Marii Antoniny, miałem nieodparte wrażenie, że skądś znam ten wizerunek… Pamięć wzrokowa mnie nie myliła. To wypisz-wymaluj twarz „Bony’ego” z jednej z karykatur Jamesa Gillraya przedstawiającej zamach 18 brumaire’a 1799 r. Okazało się, że nie tylko ten jeden motyw wyjęty z antynapoleońskiej propagandy posłużył Scottowi za inspirację. Także postaci dyrektorów, ich pulchnych małżonek, odrażający paryski motłoch czy bezimienne figury z otoczenia Napoleona są jakby żywcem wyjęte z angielskich karykatur z epoki. Nawet Ian McNeice grający Ludwika XVIII bardziej przypomina jego karykaturalny wizerunek. Ale nie tylko fizjonomie, także zachowania. Bonaparte zarówno u Scotta jak i u Gillraya, Williamsa czy Cruikshanka jest prostacki, prymitywny, brutalny, często infantylny, strachliwy lub beznamiętnie okrutny. Jest pełen namiętności, ale tylko tych najniższego gatunku. No i rzecz dla Anglików niewybaczalna - Napoleon nie jest gentelmanem.

Bo też obraz Scotta jest całkowicie skrojony pod anglosaską perspektywę historii. Zauważmy, że poza relacją z Józefiną to właśnie odniesienia do Anglii są w tym scenariuszu najważniejsze. Polityka kontynentalna istnieje tylko wówczas kiedy ma jakiś związek z Anglią. Dlatego nie ma tu ani kluczowej dla kariery generała Bonaparte pierwszej kampanii włoskiej, ani następnej w 1800 r. ani wojny 1806-1807 czy 1809 r., nie wspominając o kampaniach z 1813 czy 1814 r. Obecność Austerlitz i Borodino tłumaczyłbym jedynie rozpoznawalnością tych bitew wśród Amerykanów, za którą stoi niezasłużona, moim zdaniem, popularność „Wojny i Pokoju” Tołstoja. Zresztą ukazując taktykę w bitwach epoki napoleońskiej Scott nie wyszedł poza to co pokazał z takim talentem w „Gladiatorze” czy „Królestwie niebieskim”. Widz, który nie ma wiedzy o wojnach i taktyce z przełomu XVIII i XIX w. wychodzi z kina przekonany, że ówczesne bitwy niewiele różniły się od wyobrażonych przez kino ostatnich kilku dekad (np. „Braveheart” czy „Władca Pierścieni”) frontalnych starć piechoty i kawalerii, gdzie wpadają na siebie bezładne masy ludzi i koni. Pomijam idiotyzmy z okopami, szarżą mańkutów (przepraszam leworęcznych) czy zastosowaniem i skutecznością artylerii. Jedyny ślad taktyki z epoki dostrzec mogliśmy w scenie ukazującej Waterloo (francuskie tyraliery i angielskie czworoboki). Od razu pojawiło się u mnie pytanie - dlaczego Scott nie ukazał francuskich czworoboków w bitwie pod Piramidami? Doszedłem do wniosku, że zaburzyłoby to przekaz reżysera, zgodnie z którym Francuzi dowodzeni przez nieprzewidywalnego Napoleona reprezentowali brutalną „ślepą” siłę, a Anglicy ze swoim porządkiem i stoicyzmem byli ostoją cywilizacji. Zupełnie jak Germanie i rzymskie legiony w „Gladiatorze”. Znamienna była tu fikcyjna przemowa Wellingtona podczas Kongresu Wiedeńskiego. Mam wrażenie, że to sam reżyser włożył w usta „Żelaznego Księcia” swoje własne poglądy na Napoleona i jego czasy. Zresztą cała ta scena budziła we mnie skojarzenia westernowe. Otóż mamy tu koronowanych reprezentantów uciemiężonej przez krwawego Korsykanina Europy – zupełnie jak miasteczko na Dzikim Zachodzie sterroryzowane przez złoczyńcę i oto zjawia się „jeździec znikąd” czyli Wellington, który zapowiada, że przywróci ład i porządek… Nota bene akurat kreacja Ruperta Everetta wydała mi się jedną z ciekawszych w tym filmie.

Widzowie filmu Scotta nie odnajdą w jego filmie odpowiedzi, dlaczego Bonaparte był w stanie zdobyć szczyty władzy i jakim cudem cieszył się aż taką popularnością (szczególnie wśród swoich żołnierzy). Mamy wrażenie, że stało się to niejako… przypadkiem. Z angielskiego punktu widzenia był on sprytnym tyranem, który wyłonił się z krwawego chaosu rewolucji. Dla współczesnego widza może z kolei być takim proto-Hitlerem. Nic poza tym. Poza kilkoma zaledwie zarysowanymi postaciami jak Talleyrand czy Junot, Bonapartego otacza niema, bezkształtna i bezwolna masa „wieszaków” w mundurach lub frakach. Nie ma tu europejskiej polityki – zmieniających się sojuszy, mocarstwowych i dynastycznych interesów. Jest tylko absurdalna scena, w której Talleyrand sugeruje operetkowemu austriackiemu dyplomacie (mającemu zapewne uosabiać Metternicha) wydanie za Napoleona córki cesarza Franciszka. Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć, że aktorzy grający cesarza Austrii i Marię Luizę są zresztą tak skrajnie niepodobni do swych pierwowzorów, że budzi to zdumienie.

Wracając do samej postaci Napoleona, to Scott wyposażył go nie tylko w prostackie maniery, nieopanowane żądze i egotyzm. Zauważmy, że jako jedyna postać w całym obrazie tylko Phoenix wydaje z siebie różne „fizjologiczne” dźwięki – sapie, chrząka, dyszy itp. Najczęstszym, kilkukrotnie powtórzonym w filmie gestem jest wycieranie chusteczką nosa a następnie oczu. Niby nic takiego, ot „ludzka rzecz”, lecz charakterystyczna tylko dla Napoleona. To taki sprytny zabieg mający zmniejszyć nasz dystans do postaci. Jeśli ktoś twierdzi, że to tylko „odbrązowienie” postaci, to wyobraźmy teraz sobie film o Aleksandrze, Cezarze, Ryszardzie Lwie Serce, Cromwellu czy… Wellingtonie, w którym główny bohater w odróżnieniu od jego adwersarzy i otoczenia, stale posapuje lub smarcze. Scott w upokarzaniu Napoleona poszedł jednak dalej, czego szczytem są moim zdaniem kompletnie niepotrzebne z punktu widzenia scenariusza sceny seksu. 

Główną osią tego filmu miała być relacja Napoleona z Józefiną. Vanessa Kirby zagrała przyzwoicie, choć postać jaką ukazała ma niewiele wspólnego z historyczną Józefiną. Oczywiście nie zobaczymy tu żadnego z jej omdleń (faktycznych lub symulowanych), bo to zaburzyłoby podstawowy rys tej postaci jaki chciał nam przekazać Scott. W jego filmie wdowa po wicehrabim Beauharnais jest wprawdzie kobietą nieco zepsutą obyczajowo, ale przede wszystkim jest silna i dominująca charakterem nad nieśmiałym Korsykaninem. To ona jest sprężyną, która napędza ambicję i talent Bonapartego. Bez niej pierwszy konsul, a następnie cesarz jest nikim. I to w zasadzie ona jest… Napoleonem. Zbyt to pokręcone aby było zrozumiałe. Niemniej zgodne jest z angielską wizją kariery Bonapartego. Z jedną wszakże różnicą. Na angielskich karykaturach Józefina jest potężną, otyłą i prymitywną kobietą. Należy chyba być wdzięcznym Ridleyowi Scottowi, że oszczędził nam takiego jej wyobrażenia.

Z kina wyszedłem z przekonaniem, że gdyby Gillray, Cruikshank i spółka dysponowali niegdyś tak potężnym narzędziem jak kinematografia, to otrzymalibyśmy taki sam film jak najnowsze dzieło Ridleya Scotta.