| ||||
| Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni | ||||
|
Grenoble i Lyon
|
||
Bramy Grenoble były zamknięte. W mieście panowało wielkie podniecenie. Po wyruszeniu siódmego pułku generał Marchand dokonał przeglądu, przemówił do żołnierzy, padł okrzyk: "Niech żyje król!" Żołnierze pozostali jednak ponurzy, zasępieni, nie podnieśli nawet oczu na dowódców. Generał Marchand kazał zwołać radę wojenną. Nic na niej nie postanowiono i niepokój jeszcze się wzmógł, kiedy przed wieczorem dowiedziano się, że cesarz nie zatrzymał się w Vizille, lecz idzie na Grenoble. W tym samym czasie ktoś przyniósł wiadomość, że żołnierze i oficerowie piątego pułku, zamknięci w koszarach, chcą połączyć się z cesarzem, że przez okna przy pomocy prześcieradeł opuszczają się na ziemię i w ten sam sposób zsuwają się z wałów obronnych. Napoleon wchodził wtedy na Przedmieście Świętego Józefa i zbliżał się do Beaune. Tę bramę oddziela od drogi fosa głęboka na dwadzieścia pięć stóp. Zdjęto właśnie batalion pełniący straż, ale ponieważ na drewniany most wyległa ludność, nie można go było zniszczyć. Doktor Emery, który do tej pory pozostawał ukryty w Grenoble czyniąc przygotowania do wkroczenia Napoleona, wyszedł z miasta i pojawił się przed cesarzem, a cesarz pociągnął go za ucho, by na swój sposób okazać mu radość, że go znów widzi. - Sire, mieszkańcy Grenoble niecierpliwie czekają na Waszą Cesarską Mość! - powiedział pan Emery. - W takim razie - rzekł ktoś z otoczenia cesarza - trzeba wyłamać bramę! Cesarz na to się nie zgodził. Nie okazując najmniejszego zaniepokojenia z powodu tej zwłoki, skrzyżował ramiona i spokojnie przechadzał się wśród wielbiących go tłumów, które szły za nim oddalając się wiele mil od swoich domostw. Zapadła noc. Aby oświetlić teren, żołnierze cesarza, a także inni ludzie kupili w fabrykach, mieszczących się na Przedmieściu Świętego Józefa, pochodnie i świece, a te, zapalone, stwarzały bardzo malowniczy widok. Powinno się namalować obraz, który by tę scenę przypominał. Oby nieśmiertelny pędzel Horacego Vernet, co uwiecznił już wiele interesujących wydarzeń, także i to dla przyszłych pokoleń utrwalił. Nagle od strony wałów obronnych rozległ się czyjś głos: - Będą strzelać! Istotnie, młody adiutant generała Marchand, ten sam, który w La Mure dał rozkaz strzelania, był na wałach i zagrzewał żołnierzy. Na koniec, oburzony ich bezczynnością, chwycił lont i chciał go zapalić, kiedy podbiegła jakaś kobieta i wydarła mu lont krzycząc: - Nieszczęsny, co chcesz zrobić?! Czyż nie wiesz, że z cesarzem są nasi mężowie i nasi synowie? Zresztą, my chcemy cesarza! Niech żyje cesarz! Imię cesarza, powtarzane przez tysiące głosów, wzbiło się pod niebo. Cesarz stał jednak tak blisko baterii! Pan Emery prosił go, by się cofnął. - Dlaczego - powiedział Napoleon - cóż może mi się stać? Zresztą kula zabija, ale nie czyni zła! - Są to własne słowa cesarza, które ogół z pietyzmem przechowuje w pamięci. Wreszcie dowiedziano się, że generał Marchand opuścił Grenoble zabierając klucze miasta. Maleńka zemsta w porównaniu z tak wielkim wydarzeniem. Mieszkańcy Grenoble natychmiast chwycili drąg i wyłamali bramę miejską... Oczom obecnych ukazał się niezwykły widok. Trzydzieści tysięcy ludzi wyległo na ulice i na rynek tworząc jakby szpaler i orszak honorowy. Wszystkie domy były iluminowane i nigdy cesarza tak nie przyjmowano, nawet w dniach, kiedy był u szczytu władzy. Wszyscy żołnierze i oficerowie, którzy szli za nim, zostali porwani przez mieszkańców, i ci nie chcieli dopuścić, aby jeden z nich gościł u siebie dwóch żołnierzy. Wszyscy pragnęli mieć udział w tym, co nazywali świętem swego miasta. Tak więc cesarz przybył do hotelu "Pod Trzema Delfinami". Ledwie się tam znalazł, wprowadzono delegację ludu. - Sire - powiedział jeden z mieszkańców miasta - usłuchaliśmy, kiedy Wasza Cesarska Mość zabronił nam wyważać bramy naszego Grenoble; gdyby jednak Wasza Cesarska Mość zechciał wyjrzeć przez okno, zobaczyłby bramy miasta, które przynieśliśmy do jego stóp, by mu pokazać, że nie było nas wśród tych, co stawiali niecny opór Waszej Cesarskiej Mości. Otworzył okno i rzeczywiście pokazał cesarzowi obie bramy leżące przed domem. Cesarz uśmiechnął się na widomą oznakę tak głębokiego uczucia. W tej chwili z piersi, jak się zdawało, dwudziestu tysięcy ludzi, głośniejszy niż kiedykolwiek wydarł się okrzyk: "Niech żyje cesarz!" Był to batalion piątego pułku, który podpułkownik chciał wyprowadzić z miasta i który pod wodzą kapitana Pelaprat na siłę powracał krzycząc: "Niech żyje, cesarz, precz z Burbonami!" Emery i Dumoulin, którzy od przybycia do miasta nie zaznali ani chwili wypoczynku, dopiero co rzucili się na łóżka, kiedy po Dumoulina przyszedł jego przyjaciel przysłany przez cesarza. Dumoulin wstał i udał się do hotelu "Pod Trzema Delfinami"; został wprowadzony przez wielkiego marszałka. - Panie Dumoulin - powiedział do niego cesarz - chciałem ci wyrazić moje wielkie zadowolenie z powodu twego pięknego zachowania. Jesteś kawalerem Legii Honorowej! Pojedziesz ze mną do Paryża! - Sire, jakże się odwdzięczę za tyle dobroci? I w jakim charakterze mam jechać? - Oficera ordynansowego. Jedź ze mną, mój los stanie się twoim. Będziesz pełnił służbę przy mnie. A kiedy Dumoulin chciał odejść, cesarz poklepał go po ramieniu. - Zaczekaj - powiedział, otworzył neseser podróżny i wyjął z niego krzyż. - Weź tymczasem ten, a jutro z samego rana staw się u mnie na służbę, panie oficerze ordynansowy. Panie wielki marszałku, oto nowy oficer mego domu wojskowego - powiedział Napoleon pociągając za ucho nowego oficera ordynansowego. Oto jak cesarz zdobywał sobie fanatycznie oddanych ludzi i sprawiał, że go uwielbiali! Wychodząc od cesarza Dumoulin spotkał pana Champollion-Figeac, który był drugim spośród przyjaciół wtajemniczonych w sprawę powrotu z Elby. Przyszedł, by pełnić przy cesarzu funkcje sekretarza, jakie sprawował podczas czterdziestoośmiogodzinnego pobytu Napoleona w Grenoble. Cesarz go nie znał, ale prosił pana Dumoulin, by mu przysłał jakiegoś człowieka pewnego, i ten polecił pana Champolliona, który był mu bardzo oddany. Wspominam o tym jedynie po to, by ukazać Napoleona znów w nowym świetle. Cesarz przede wszystkim podziękował panu Champollion za przybycie, a potem, zapominając o Grenoble, Elbie, a nawet Paryżu, zaczął mówić o ukochanym Egipcie, o jego zabytkach, o czternastu królach z dynastii Lagidów zamkniętych w Piramidach, o przebudzeniu się ludu arabskiego, o międzymorzu sueskim. - Co mówią o wielkich pracach, które kazałem podjąć w związku z tłumaczeniem na język francuski słownika chińskiego i nowym przekładem Strabona? Kiedy będę w Paryżu, muszę zażądać sprawozdania z przebiegu tych prac literackich. Rozmowa trwała do pierwszej w nocy. - Niech pan idzie spać - powiedział cesarz do pana Champollion - i wróci jutro najwcześniej, jak pan będzie mógł. Nazajutrz, 8 marca, pan Champollion o szóstej rano zjawił się w sypialni cesarza, który wstał już przed godziną i czekał na niego. - Do roboty! - powiedział. O wpół do dziewiątej stawił się dowódca szwadronu, który w imieniu generała Brayera przybył z Lyonu. Był to oficer jego sztabu nazwiskiem Mollien de Saint-Yon. Cesarz długo z nim rozmawiał i dał mu mnóstwo instrukcji. - Przede wszystkim - powiedział do niego wyruszając w drogę - niech pan powie Brayerowi, że chcę znaleźć się w Paryżu bez jednego choćby wystrzału... W tymże Grenoble, 8 marca, Napoleon podyktował panu Champollion list do cesarza austriackiego. Kiedy już można było zobaczyć się z cesarzem, natychmiast zjawił się u niego biskup Simon na czele kapituły i czterech proboszczów parafii Grenoble. Towarzyszył mu cały kler, prócz generalnego wikariusza, księdza Bouchard, który opuścił miasto. W czasie tej audiencji zaszedł zabawny incydent. Biskup przedstawiał cesarzowi proboszczów, wymieniając ich nazwiska, a gdy powiedział: - Mam zaszczyt przedstawić Waszej Cesarskiej Mości księdza de La Grez... - cesarz przerwał mu i podchodząc do tegoż de La Grez rzekł: - Ach, więc to ksiądz proboszcz tak mi wymyśla co niedziela wygłaszając kazania dla kucharek? - Mój Boże, Sire - zmieszał się proboszcz - zapewniam Waszą Cesarską Mość... - Nie mam o to pretensji. Wiem, że ksiądz proboszcz jest dobrym księdzem. Proszę nadal wymyślać, jeśli to księdza bawi. Zezwoliłem na swobodę w sprawach religii. Biedny ksiądz był zdumiony. Napoleon, widząc, jak bardzo jest nieszczęśliwy, zbliżył się do niego i powiedział: - Proszę już o tym nie myśleć! Ale proszę być dobrym i miłosiernym dla wszystkich. Takie jest prawdziwe prawo Chrystusowe. Później przybyli przedstawiciele sądownictwa. Co jednak było najbardziej wzruszające, to widok podchodzących do Napoleona generałów, pułkowników i oficerów. Zdawało się, że odnaleźli brata. Rozmawiając z nim płakali z radości i drżeli. - Burboni wzgardzili wami i waszą sławą - powiedział do nich cesarz. - Popełnili błąd i nie tylko błąd, gdyż obrazili Francję. Po tych wszystkich audiencjach cesarz zszedł, by dokonać przeglądu garnizonu i gwardii narodowej. Garnizon składał się z piątego i siódmego pułku liniowego, z części czwartego pułku huzarów, z dwóch kompanii saperów i czwartego pułku artylerii. Wszystkie stały w rozwiniętym szyku, podobnie jak tysiąc pięciuset ludzi gwardii narodowej, pięknego i dzielnego oddziału składającego się niemal wyłącznie ze starych żołnierzy. W dniu 8 marca entuzjazm był jeszcze większy niż poprzedniego wieczora. Lud nosił cesarza na rękach. Jakaś młoda dziewczyna trzymając w dłoni gałązkę wawrzynu podeszła do Napoleona i wyrecytowała mu wiersz. - Co mogę dla pani uczynić, moje śliczne dziecko? - spytał cesarz, którego zmyliło jej zachowanie. Panienka zarumieniła się i podnosząc oczy na Napoleona powiedziała: - O nic Waszej Cesarskiej Mości nie proszę, ale byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby Wasza Cesarska Mość zechciał mnie pocałować. Cesarz ucałował ją w oba policzki. - W pani osobie całuję wszystkie kobiety Grenoble - powiedział głośno i z czarującym uśmiechem. Kiedy tak szedł na miejsce, gdzie miała się odbyć rewia, spostrzeżono, że nie ma trójkolorowego sztandaru. Dumoulin czym prędzej pobiegł do sklepu, kazał wziąć trzy pasy materiału - biały, czerwony i niebieski - natychmiast je zeszyć i po kilku minutach sztandar był gotów. Kiedy sztandar załopotał na wietrze, kiedy zamigotały jego żywe barwy, najpierw stało się cicho, a potem zerwała się burza oklasków. Nic nie jest jednak w stanie opisać wzruszenia, szalonej radości, które ogarnęły kobiety, starców i mężczyzn w wieku dojrzałym, kiedy orkiestra wojskowa zagrała Marsyliankę. [...] Napoleon od chwili wylądowania w zatoce Juan aż do Grenoble podróżował konno lub pieszo; dopiero w Grenoble polecił kupić kolasę. Rankiem 9 marca, kiedy zbliżano się do Lyonu, cesarz kazał pułkownikowi Jerzmanowskiemu wziąć sześciu ludzi i przeprowadzić rekonesans aż do przedmieścia La Guillotiere. Ledwie ludność dostrzegła polskich szwoleżerów, wyruszyła z domostw, by powitać cesarza. Od dwóch dni nikt nie spał. Ludzie szaleli z radości bardziej jeszcze niż w Grenoble. Już w Saint-Denis de Brou, w odległości dwóch stacji pocztowych od Lyonu, Napoleon spotkał ludność tego miasta, która niemal cała wyległa, by go powitać. Oto czego nie przewidział marszałek Soult, kiedy 5 marca mówił do króla: - Bonaparte w tym roku pozostanie w Delfinacie, a na przyszły rok spróbuje wziąć Burgundię. Napoleon wylądował l marca i miał wtedy ze sobą dziewięciuset ludzi. Dnia 9 marca wchodził do Lyonu mając osiem tysięcy ludzi i trzydzieści armat! Wzdłuż drogi z Grenoble do Lyonu ciągną się wsie, a raczej bogate miasteczka, których cała ludność otaczała otwartą kolasę Napoleona, tworząc jego orszak i śpiewając hosanna w pełnym werwy narzeczu ludów Południa. Dopiero w Bourgoin dowiedział się cesarz o pierwszej poważnej próbie oporu, to jest o przybyciu do Lyonu hrabiego d'Artois. Lyon był drugim pod względem znaczenia miastem Francji. Macdonald, który tam dowodził wojskiem, nie lubił cesarza, toteż nie można było od niego oczekiwać pomocy. Należał do tych generałów Republiki, którzy zdobyli sławę dzięki jakiemuś świetnemu czynowi, ale później niejeden kapitan armii byłby bardziej od nich na nią zasługiwał. Macdonald w swojej bezmiernej nicości był przekonany, że żaden z generałów Napoleona nie jest godzien być jego towarzyszem broni. Dumny i pełen pogardy, krył w sercu gorycz i urazę do cesarza, że dopiero w 1809 mianował go marszałkiem. Ktoś mi opowiadał, że kiedy marszałek Macdonald był na audiencji pożegnalnej u Ludwika XVIII, miał wyrazić królowi żal, że musi walczyć przeciw cesarzowi! Chciałabym w to wierzyć, ale nie wierzę. Wpływ Macdonalda na wojsko był prawie żaden. Jego nazwisko cieszyło się pewnym rozgłosem, ale jakże bladło obok imienia Napoleona! Mógł to stwierdzić w czasie rewii, którą chciał odbyć hrabia d'Artois. Trzynasty pułk dragonów, złożony ze starych wiarusów, niedawno powrócił z Hiszpanii. Pułkownik, zapytany najpierw przez marszałka, a później przez hrabiego, odpowiedział: - Wasza Dostojność, oddam krew za sprawę Waszej Królewskiej Wysokości. - I wznosząc szablę zawołał: - Niech żyje król! Odpowiedziała mu cisza. Pułk stał posępny, a nawet gniewny. Wtedy hrabia pokusił się o ostatni wysiłek, podszedł do jakiegoś podoficera, który trzymał sztandar, a na rękawie miał liczne naszywki. - Podaj mi dłoń, zuchu - powiedział hrabia - i zawołaj ze mną: "Niech żyje król!" - Nie, Wasza Dostojność - odpowiedział stary weteran z szacunkiem, ale stanowczo. - Szanuję Waszą Królewską Wysokość, ale nie mogę zawołać tak jak on! Moim zawołaniem jest: "Niech żyje cesarz!" W tej samej chwili pułk powtórzył okrzyk i ukochane imię. Hrabia oddalił się i w pośpiechu siadając do karety powiedział: - Wszystko przepadło! I jak wiadomo, kareta brata królewskiego nie otrzymała eskorty choćby do bram miasta! Kiedy nieszczęsny hrabia uciekał przed cesarzem, marszałek Macdonald wyszedł z dwoma batalionami piechoty na most wiodący na przedmieście La Guillotiere i tam, po zabarykadowaniu mostu, uważał za swój obowiązek bronić cesarzowi dostępu do miasta. Ledwie jednak żołnierze dostrzegli czerwone dolmany czwartego pułku huzarów, zaczęli podrzucać do góry czaka przy nie milknących okrzykach: "Niech żyje cesarz!" Przyznaję, że dużo bym dała za to, aby zobaczyć twarz marszałka, kiedy słyszał te przepojone miłością okrzyki, tak mu obce, jak obce było francuskim żołnierzom jego nazwisko, i kiedy kilka minut później cesarz przejeżdżał na koniu most wiodący na przedmieście La Guillotiere. Marszałek podszedł do cesarza i rozmawiali siedem lub może osiem minut. Potem Napoleon przyjaźnie się z nim pożegnał i marszałek niezwłocznie wyruszył do Paryża. Cesarz już bez przeszkód wszedł do Lyonu i zatrzymał się w pałacu arcybiskupa. Nigdy nie zrozumiałam, przyznaję, do czego zmierzało ministerstwo pana de Blacas, kiedy 10 lub 11 marca jakiś oficer z gwardii przybocznej króla pojawił się na balkonie Tuilerii i ogłosił oficjalnie, że książę Orleański na głowę pobił cesarza w okolicy Bourgoin! Mogłabym w tym miejscu sprawić sobie uciechę i powtórzyć chełpliwe przemówienia, które kilka osób, rzeczników sprawy królewskiej, wygłosiło do mnie po owym ustnym biuletynie. Wydarzenia są jednak zbyt poważne i zbyt wielkiej wagi, zresztą upojenie tych ludzi trwało aż nadto krótko - już następnego dnia Monsieur rozesłał kurierów, którzy podali faktyczny stan rzeczy. Źródło: L. d'Abrantès, Pamiętniki |
||
|
|
|||||
|
|||||