Napoleon.org.pl English     Deutsch    
Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni



Pamiętniki

Pamiętniki Józefa Rudnickiego, zawarte w "Piśmie Zbiorowym Wileńskim na rok 1862"
ss. 67-90


Nim się bataljon pierwszy z resztą półku połączył, z miasta Toledo maszerował do nas podporucznik Pęczkowski; napadnięty on został przez Brygantów (tak bowiem nazywano powstańców hiszpańskich) w miasteczku Konsiegra i tam haniebnie zamordowany. Pierwszy to był oficer z półku 4-go, co nie na polu bitwy, ale zdradziecko życia pozbawiony został. Po trzymiesięcznem staniu tu naszem, rozkazano nam się cofnąć za rzekę Gwadjanę, gdzie się batalion 1-szy, w którym adjutantem-mąjorem byłem, z nami połączył. W owym czasie półkownik nasz Feliks Potocki opuścił Hiszpanją i spiesznie do Polski powrócił. Gromajor czyli podpółkownik Wierzbiński objął po nim nad nami komendę. Armja angielska pod dowództwem jenerała Velesley zebrała się w prowincji Salamanka, przeciwko której stanął marszałek Victor. Ogólną komendę korpusu objął marszałek państwa francuzkiego Jourdan Pod miastem Talavera de la Reina stali Anglicy na dobrych pozycjach uszykowani. Armja francuzka w dniu 27 lipca l809 r. rozpoczęła krwawą i zaciętą batalję. Dywizja nasza, śpiesznie w pomoc bijącym się dążyła, jednakże dopiero w dniu 28 lipca; pod Talavere przybyła.
Miasto to leży przy rzece Tagu w kraju bardzo żyznym; skorośmy tylko most przeszli rozkazano nam w środek zaciętego boju maszerować; kommisarz francuzki do dywizji polskiej przykomenderowany sprzeciwił się temu rozkazowi, z powodu, że suchary w furgonach będące, dotąd na półki polskie rozdzielone nie zostały. Jenerał-adjutant króla, na wniosek kommisarza odwrócił się do dywizji niemieckiej, złożonej z wojsk hessendarmsztadzkich, Badenów i im w miejsce nasze za sobą maszerować polecił. Skorośmy suchary rozebrali, w kolumnach zaczęliśmy się posuwać pod góry ugarnirowane artyllerją i wojskiem angielskiem; w tym marszu spostrzegliśmy rejteradę dywizji niemieckiej, z której szczątki tylko do nas się cofnęły; podsunęliśmy się jak można było najbliżej gór, i tu w ramię broń trzymając aż do ciemnej nocy, stać nam polecono. W dniu tym kommisarz wojenny i suchary uratowały dywizję naszą, która byłaby podobnież jak niemiecka przez przemagającą siłę zniszczona. Z planu ogólnego wypadało marszałkowi Victor czekać na połączenie się Soulta, N e y a i Sebastianiego, lecz ten chcąc sam działać, w dniu 27 niepotrzebnie batalję rozpoczął, a dopiero dnia 28 lipca rzeczone korpusy w pomoc armji bijącej się przybyć mogły, przez co batalja ze strony naszej przegraną została. Tru-

s.67

pa padło dziesięć tysięcy a nierównie było więcej ranionych, którzy ż powodu cofania się w niewolą zabrani zostali. Jenerał angielski Velesley za wygraną tu batalję, został vice-hrabią Wellington de Talavera. Rejterada nasza nie tak jeszcze z przegranej batalji, jak z dowiedzenia się, że jenerał hiszpański Venegos postępuje w 30 tysięcy wojska ku Madrytowi, nastąpiła. W największym porządku przybyliśmy pod miasto Toledo, jenerał Sebastjani z całym swym korpusem udał się pod miasto Aranjuez a szefowi Zdzitowieckiemu, w którego bataljdnie zostawałem, polecił zostać z bataljonem w Toledo, celem bronienia mostu na rzece Tagu będącego. Bramy zatarasowaliśmy kamieniami i przy każdej kompanją jednę postawiliśmy, po tej pracy następnego dnia, to jest 3-go sierpnia 1809 r. przybył korpus hiszpański pod komendą wzwyż rzeczonego jenerała Venegas pod Toledo, lecz gdy zastał je mocno obwarowanem i obsadzonem nie tylko naszym bataljonem ale i bataljonem z półku 7-go piechoty polskiej, rozpoczął traktować z nami o poddanie się, przyrzekając jak najdogodniejszą kapitulację; żadnej propozycji nie przyjęliśmy i byliśmy gotowi bronić mostu choćby ostatnim żołnierzem naszym. Oblężenie przy mocnem strzelaniu trwało od 3-go do 9-go sierpnia 1809 r. W przeciągu tego czasu jenerał Sebastjani porujnować kazał mosty na rzece Tagu pod Aranjuez będące, a obsadziwszy na dobrych pozycjach swoje wojska, zatrzymał, Hiszpanów z licznym korpusem do stolicy dążących. W czasie tej blokady upały były wielkie, bo do 32° ciepła dochodzące, podczas takowych upałów chłodzą się Hiszpanie następującym sposobem. W każdym domu jest podwórko w czworobok zabudowane, ma ono posadzkę polewaną, taką jak na piecach w Polsce widzimy; ten czworobok za pociągnieniem sznurów pokrywa się płótnem, w rogu takowego podwórza jest pompa, z której pompując wodę posadzkę polewają i przez to ziębią. Skoro jest już dobrze polaną, zasiada cała familja gospodarza w około i pije trunek agras zwany, jest to sok z niedojrzałych winogron z wodą i cukrem rozpuszczony, nakoniec lodem zziębiony. Trunek ten ma smak wyborny i zdrowiu nieszkodzący. W porze zaś słotnej, zimnej, prawie pokój każdy jeżeli nie tureckim, to przynajmniej z cienkiej słomy w bardzo piękne desenie zrobionym kobiercem wysłany bywa, na środku takowego pokoju, stoi miedziane płytkie naczynie, nazwane brasero, naczynie to jest od spodu napełnione żarzącemi węglami a z wierzchu przysypane popiołem; w czasach słotnych i zimnych, zbierają się Hiszpanie na Tertu-

s.68

lje, to jest na zabawę, w około niego zasiadają i grzeją się. Takowy opał chociażby najlepiej był urządzony, zawsze jednak wydaje z siebie przykry swąd i staje się zdrowiu bardzo szkodliwym. Zatamowanie wszelkiego handlu i niedowóz żywności do miasta, chociaż to tylko przez dni 6 trwało, w wielką niespokojność tak mieszkańców świeckich jak i duchownych wprawiło, przez co jawnie się z tem oświadczali, że miasto musi być wojskom ich wydane; lecz się inaczej stało, bo w nocy z 9 na 10 sierpnia nadeszła pod bramę szpica naszej kawalerji, z rozkazem głównokomenderującego korpusem, aby skoro tylko dnieć zacznie, bramy od miasta pootwierać i na nieprzyjaciela blokującego śmiało uderzyć. W mgnieniu oka żołnierze zatarasowane bramy pootwierali i we wszystkich punktach nieprzyjaciół zaatakowali, którzy rejterując się do głównego swego korpusu, nie oparli się aż o dwie godzin drogi pod miasteczkiem Almanasid. Rozwinął się też i nasz korpus pod rzeczonem miastem, a dnia następnego to jest 11 sierpnia 1809 roku, ze świtem rozpoczęła się krwawa i pamiętna stratą tylu walecznych Polaków bitwa. Ogień działowy, pisk koni, krzyk wojska, połączony z trąbą wzywającą do boju, objawił nam zaciętą i krwawą batalję. Do godziny 9-ej z rana stała dywizja nasza pod laskiem w ramię broń trzymając, komenderowana przez jenerała francuzkiego nazwiskiem Verley; po 9-ej odbraliśmy rozkaz wzięcia wysokiej góry obsadzonej liczną artyllerją i regularnem wojskiem hiszpańskiem. Szybkim krokiem, pomimo rzęsistego ognia wpadliśmy, na pierwszy pagórek, spychając nieprzyjaciół z wyższej pozycji, tam nienasycona śmierć, zabrawszy nam już kilkunastu oficerów, wyrywa jeszcze walecznego i wielce utalentowanego półkownika Sobolewskiego, komendanta półku 7-go piechoty linjowej, który uderzony będąc kulą karabinową w piersi, padając na ziemię, te ostatnie słowa do towarzyszów broni przemówił: >>Nic to dzieci, naprzód! naprzód! szczęśliwe będę miał skonanie, kiedy was ujrzę na wierzchołku skały zwycięzcami.<< Jak lwy drapieżne, wpadamy na Hiszpanów, bagnetami łamiemy ich roty i stajemy się panami pozycji w dniu tym najważniejszej. Ujrzał nas Sobolewski na szczycie skał i w ten moment ducha wyzionął.
Słusznie temu walecznemu rycerzowi Kantorbery Tymowski w odzie swej następne wiersze napisał:
"Mąż nieuległy w boju, nieugięty w cnocie,
Polskiej pod Almanasid przywodził piechocie,
s.69

Dzielną ręką zwycięztwa sam przeważył szale,
I śmiertelny zdał życie nieśmiertelnej chwale."

Przed wieczorem korpus już rozbity przez nas rozpoczął z resztkami w największym nieładzie rejteradę, lecz i to mu się nie udało, bo marszałek Victor zaszedł im ze swym. korpusem drogę, wziął tył i całą artyllerją, niemniej 4 tysiące niewolnika, nie licząc w to rannych, zabrał. W tej batalji w dywizji naszej zabici zostali oficerowie jak następuje:

Z półku 4-go podporucznik Kleniewski.
Z półku 7-go półkownik Sobolewski, szef bataljonu Łuba, kapitan Wiśniewski, porucznicy: Sielski, Tomicki i Gajewski. Podporucznicy Wilkotarski i Urbanowski.
Z półku 9-go Szef bataljonu Sielski, kapitanowie: Zalewski, Stoblewski i porucznik Gurzyński.

My pozostali przy życiu, jakąż nagrodę odebraliśmy z księstwa warszawskiego za odniesione tu zwycięztwo? oto w miejsce z chlubą poległych w boju oficerów, nasyłano z Polski innych, a ci nam zabierali stopnie, krwią naszą tylokrotnie rozlaną zasłużone. Przysłanych z ojczyzny do Hiszpanji samych sztabsoficerów nazwiska są następujące: półkownik Cichocki, półkownik Tremo, półkownik Dembiński, półkownik Woliński. Nie tylko sztabsoficerów, ale nawet subalternów kilku nam narzucono; ta niesprawiedliwość zmusiła niejednego umierać dla dobra kraju swego, w tym samym stopniu, w jakim go opuścił. Francuzi sobie przypisali wygraną batalję, obsypano ich krzyżami, poawansowano, a nam nawet pochwały w pismach publicznych żałowano!
Później przez ciąg dwumiesięczny manewrowaliśmy to po prowincji Manchy, to po Toledo. Razu jednego stanął nasz bataljon w miasteczku Tembleye, a ja dostałem kwaterę u księdza proboszcza; skórom się tylko ulokował, poleciłem usługującemu żołnierzowi, aby jak zwykle i tą razą zgotował co do posiłku, a że ten dotąd bardzo mało mówił po hiszpańsku, tłumaczył się przeto jak mu się najlepiej zdawało. Wziął duży nóż w rękę, poszedł z nim do kuchni i kucharce rozkazał sobie dać kurę, pokazując, że ją chce zarżnąć i z niej rosół zgotować. Hiszpanka ujrzawszy w ręku nóż i usłyszawszy żądanie żołnierza, krzyczeć nielitościwie ratunku poczęła. Na ten nieznośny hałas wypadam z mojego mieszkania i pytam się o powód jej żalu; na klęczkach

s.70

z płaczem błagać mnie poczęła, abym darować raczył życie najlepszemu z całych okolic księdzu, dodając, że chętnie chce dać wszystko co tylko w domu posiada, byleby można przy życiu zachować najlepszego Kury; okazało się, iż ta była niezrozumiałóść pomiędzy Polakiem a Hiszpanką, że kura nazywa się po hiszpańsku galina a proboszcz nazywa się Kura. Straszono i zapewniono kucharkę, że Polacy żywcem ludzi jedzą; stąd wniosła, że i ja zjeść księdza w rosole postanowiłem. Dopiero po wytłumaczeniu jej, że galina nazywa się po polsku kura, i że jej tylko żądałem celem zgotowania rosołu, a myśli nawet nie miałem spokojnego księdza zamordować, płakać z ukontentowania poczęła, później tyle naniosła drobiu, dobrego wina, że nie tylko ja, ksiądz proboszcz, ale nawet i usługujący uraczeni zostali. Przez ciąg stania w okolicach Tembleye i miasteczka la Guardia, rada centralna hiszpańska w mieście Kadyksie podówczas będąca, z pomocą Anglji, uchwaliła, aby jak najśpieszniej wystawić 80 tysięcy świeżego wojska, które gdy skompletowane zostało, powierzyła go jenerałowi Arizaga. Z prowincij Andaluzji i Extremadury rozpoczął ten jenerał wojenne działania. Przed tak licznym korpusem po trzeci raz zmuszeni zostaliśmy cofnąć się aż pod miasto Ocania. Gdy noc pod miastem przebyć mieliśmy, porozstawiano zwykłe poczty, o godzinie 11 -ej w nocy rozkazano nam jak najciszej warty pościągać i rejterować się do miasta Aranjuez, wszystko dopełnionem zostało prócz jednej warty, z półku naszego złożonej, z podporucznikiem Mejer, jednego podoficera i dwunastu żołnierzy, których adjutant-major Kalisz, jako mający służbę wówczas nie mógł w ciemnej nocy wynaleźć. Rzeczony podporucznik stał na swym poczcie blisko traktu głównego, na zbliżenie się kawalerji nieprzyjacielskiej, donośnym głosem szyldwach jego wołał: halte! qui vit, wówczas kawalerja wstrzymała się i zaraportowała wyższej swej władzy, że Francuzi stoją jeszcze na miejscu i tak aż do brzasku dnia, armją nieprzyjacielską wstrzymywał, nakoniec gdy już cokolwiek dnieć poczęło a nie ujrzał obok siebie żadnego pocztu swojego, pomiarkowawszy, że sam jeden na polu zapomniany został, czwałem ze swoimi ludźmi miasto Ocania przebiegł i niestraciwszy ani jednego żołnierza do korpusu naszego przybył. Wypadek ten jak z jednej strony przyniósł chlubę podporucznikowi Mejer, tak z drugiej hańbę dla kawalerji nieprzyjacielskiej, że się gruntownie o rejteradzie naszej nie przekonała i dozwoliła, aby 15 żołnierzy wstrzymało pochód tak znacznej

s.71

armji. Miasto Aranjuez jest od Madrytu odlegle o mil 4 i pół, pobudowane najnowszym i najgustowniejszym sposobem, jest ono letnią rezydencją królów hiszpańskich. Dwa pałace nad rzeką Tagiem postawione a do monarchy należące, są bardzo kosztownie stawione, w środku nich widziałem bardzo wiele bogatych i przecudownych rzeczy. Droga rzymska z Madrytu do Aranjuez zrobiona, rozpoczętą została za panowania Ferdynanda szóstego; każda mila tej drogi kosztowała trzy miljony realów.
Jenerał Sebastjani, skoro tylko na lewy brzeg rzeki Tagu korpus swój przeprowadził, mosty porujnować polecił i czekał na przybycie korpusu marszałka Mortier, księcia Trevizo. Półk nasz postawiony został przed pałacem królewskim, a gdy już warty porozstawiano, każdy z oficerów za nadejściem nocy, szukał miejsca dogodnego do spoczynku; pootwierano nam królewskie pokoje, w których na przepysznie aksamitem wybitych ugalonowanych łóżkach i sofach prawdziwieśmy po królewsku noc tę spokojnie przespali. Lecz za to za przybyciem korpusu marszałka Mortier księcia Treviso, nie jeden z nas na polu Ocania wiecznym snem uśpionym został. Skoro się tylko wojska nasze połączyły, napowrót przeszliśmy rzekę a utarczki z nieprzyjacielem zaraz się rozpoczęły. W bliskości miasta Ocania dwa szwadrony z półku 7-go lansjerów polskich, pod komendą kapitana Jupe, przechodziły lasek oliwny celem zrekognoskowania pozycji nieprzyjacielskiej, kiedy już na równe pole wjechać mieli, ujrzeli całą massę kawalerji hiszpańskiej do boju się szykującą. Nie stracił waleczny kapitan momentu czasu i odwagi, z największą determinacją przemówił do swoich podkomendnych: "z Bogiem naprzód, za mną!" z nadstawionymi chorągiewkami czwałem rzucili się Polacy na 10 kroć silniejszego nieprzyjaciela; do wrodzonego męztwa pomogły chorągiewki, których konie hiszpańskie nigdy nie widząc, pierzchać i łamać porządek poczęły: korzystał jeden z najwaleczniejszych kapitanów, w historji godzien być zamieszczonym, Jupe, z nieładu jaki uczynił w szeregach nieprzyjacielskich i sam srodek tak licznych kolumn przełamał. Jenerał Francuzki nazwiskiem Paris, assekurujący we dwa półki huzarów Jupemu, w pomoc walecznym Polakom przybył i do rozbicia i zdemontowania nieprzyjaciół wielce się przyłożył; lecz nad samym już wieczorem dnia 18 listopada 1809 roku zapędziwszy się za uchodzącym nieprzyjacielem, przez dragonów hiszpańskich rozsiekanym został. Kapitan zaś Jupe na czele niezwalczonych hułanów polskich, szczęśliwie pędząc przed sobą mnóstwo nie-

s.72

wolników i koni, do armji naszej powrócił, gdzie na drugi dzień na polu walnej bitwy szefem szwadronu i oficerem legji honorowej przez marszałka Morthier księcia Trevizo ogłoszonym został.
Noc ciemna nie dozwoliła dalszego wojennego działania, lecz skoro tylko świtać poczęło, dnia 19 listopada 1809 roku, rozkazano nam stanąć w paradzie do batalji. Pod miastem Ocania stał korpus 80-tysięczny Hiszpanów w największym porządku ustawiony. Na rozleglej równinie przeciętej wielkim parowem, widać było księży z krzyżami, wojsko do boju zachęcających, a ciągłe dzwonienie w mieście oznajmiało, że się modły odbywają o odniesienie nad nami zwycięztwa. Poprzednio po całym kraju rozrzucali duchowni odezwy do swych rodaków, iżby ci od lat 14 do 60 wieku łączyli się pod znaki krzyża czerwonego, ogłaszając wojnę tę za religijną, która odpuszczać miała grzechy, tak jak niegdyś w ziemi świętej obiecywano, stąd wynikło, że nietylko z wojskiem ale z całym ich narodem bić się nam i krew rozlewać potrzeba było. Marszałek Morthier, mając tu nad trzema korpusami ogólną komendę, z brzaskiem dnia, jeżdżąc przed kolumnami, wydawał swe polecenia do wojska, które jakby do wielkiej parady z rozwiniętemi chorągwiami niecierpliwie zaczęcia morderczego boju czekało. W środku naszej armji stało 60 sztuk armat, z których gdy razem ognia dano, na wszystkich punktach jednocześnie bić się rozpoczęto. Linją rezerwową komenderował sam król Józef Napoleon. Nieprzyjaciel, sypiąc rzęsiście ogniem, z początku śmiało na nas nacierał, wtenczas to, gdy się dywizja nasza z nadstawionym bagnetem naprzód posunęła, książę Sułkowski dowódca półku 9-go piechoty, chcąc zachęcić swych rodaków do krwawej walki, porwał podchorążemu Orła polskiego, podniósł go w górę i te pamiętne do nas przemówił słowa: "Wiara! To godło i ten orzeł co nad głowami waszemi widzicie, poprowadzą nas dziś do pewnego zwycięztwa, naprzód za mną, a Bóg nas wspierać będzie." Hiszpanie widzący, iż im niepodobna przełamać kolumny śmiało naprzód postępujące, z początku wahać się a następnie i cofać się poczęli; wtenczas to kawalerja francuzka na cofających się wypadła i okropną rzeź sprawiała. O godzinie trzeciej rano batalją rozpoczęliśmy, a o 4-ej z południa wygraliśmy ją zupełnie. Trupa padło tak z naszej jako i z nieprzyjacielskiej strony do dwunastu tysięcy a nierównie więcej było ranionych, niewolnika zabraliśmy ośmaście tysięcy, mnóstwo armat, ammunicji, chorągwi w ręce francuzkie się dostało.

s.73

Nie tylko trofea były naszą zdobyczą, ale nadto cała trupa teatralna, na pewno już z miasta Sewilli do Madrytu jadąca przy ich armji, w ręce się nasze dostała. W dniu tym niepłonne powiedział słowa książę Sułkowski, bo rzeczywiście wówczas kiedy dywizja polska naprzód do boju maszerowała, orzeł biały bujał nad głowami naszemi.
Przed wieczorem defilowali niewolnicy przed królem hiszpańskim Józefem, wołając: "niech żyje prawy nasz monarcha Napoleon, któremu tu na wierność przysięgamy". Ńiedotrzymywali oni nigdy przysięgi, bo skoro ich tylko do półków króla Józefa zaciągnięto i ubrano, całemi kompanjami napowrót do powstańców zmykali. Stąd to poszło, że patryoci Ferdynanda VII prawego swego króla ubiorczym kapitanem króla Józefa nazywali. Zaraz po skończonej batalji, korpus marszałka Morthier udał się ku prowincji Salamance, króla Józefa napowrót do Madrytu a nasz gnał za niedobitkami po czwarty raz w prowincją Manche. Podług zwyczaju Francuzi sobie tylko wygraną batalji przypisali, rozdano im dekoracje, awanse, dotacje i t. d. a dla nas pozostał smutek patrzeć na rannych i poległych bez nagrody rodaków. W tej batalji prócz rannych, zabici zostali oficerowie:

Z półku 4-go porucznik Zambrzycki w skutek odniesionych ran zmarł w Madrycie.
Z półku 7-go kapitan Sieraszewski.
Porucznik Gałązkiewicz.
Adjutant podo. Michalski.
Z półku 9-go kapitan Rudnicki.
Porucznik Rowiński.
" Leśniewski.

Korpus jenerała Sebastjaniego po zagnaniu reszty niedobitków aż w góry Sierramoreńskie, na powrót się w prowincji Manchy rozlokował; do tej prowincji codziennie wojsko francuzkie przybywało a kiedy już kilka korpusów skoncentrowano, wówczas polecono nam przechodzić góry Sierramorena zwane. Pasmo tych gór ciągnie się o mil dwadzieścia, w których sławny intendent Jan Olavides chcąc te skały zaludnić, sprowadził znacznym kosztem 6 tysięcy Szwabów i Niderlandczyków, którzy prócz wiosek, założyli za panowania Karola III-go miasto Karolinę; po dziś dzień odznacza się ono czystością, bogactwem i zwykłą rodowitym Niemcom industrją.
Prawem skrzydłem dowodził naczelny wódz wojska w Hi-

s.74

szpanji zostającego marszałek Soult, książę Dalmacji; środkiem armji sam król Józef a lewem naczelnik korpusu 4 jenerał Sebastjani.
Jedność i punktualne wypełnianie rozkazów naczelnego wodza, dopomogły nam do przejścia pasm tych gór, które natura twierdzą prawie nie do zdobycia uczyniła; przemaszerowaliśmy do pierwszej wysokiej góry, ugarnirowanej artyllerją i licznym wojskiem hiszpańskiem, lecz i tę pomimo znacznego rozlewu krwi zdobyliśmy a zapał w wojsku i chęć dostania się do najobfitszych prowincij Andaluzji i Grenady, lżejszemi te trudy i znoje uczyniły. Środek armji i prawe skrzydło w równi z nami naprzód postępowało, przecinając kommunikację do łączenia się nieprzyjaciół, że zaś deszcz lał ulewny a Hiszpanie byli znękani i do niewygód takich nie nawykli, przeto całą dywizję piechoty bez wystrzału półk 7-my kawalerji polskiej wraz z francuzką w niewolę zabrał. Przez dziewięć dni drapać się byliśmy przymuszeni po skałach dzikim rozmarynem porosłych, prowadzono nas ścieżkami po takich krętych zaroślach, przez które ich własne wojska nigdy nie przechodziły. Pasma tych skał ciągną się aż do miast Uvedie i Bajesie: przecie po tych trudnych bez należytej żywności przejściach, ujrzeliśmy dwa wzwyż rzeczone miasta o dobrą godzinę drogi jedno od drugiego odległe. Główny sztab z wojskiem francuzkiem zajął miasto Bajese a naszej dywizji wraz z kawalerją polecono zająć miasto Uvede. W sam dzień 1-go święta Bożego Narodzenia dnia 25 grudnia 1809 roku, trzech nas adjutantów-majorów, dwóch płatników, dwóch adjutantów podoficerów i dwóch lansynjerów, udało się do miasta Uvede celem przed nadejściem dywizji, ulokowania jej w temże mieście. Na pół drogi postrzegamy dwudziestu kilku dragonów nieprzyjacielskich, przeciwko nam jadących; jedną myślą natchnieni dobywamy pałaszy, raptownieśmy konno na nich uderzyli i do złożenia broni zmusili; był to oddział błąkającego się wojska a niebronienie się jego pochodziło z ciągłego naszego zwycięztwa. Dezarmowanych jeden tylko hułan do głównej kwatery odprowadził a my do przeznaczonego nam miasta zbliżać się zaczęliśmy. Rada municypalna na czele mając alkaldego (prezydenta) przeciwko nam wyszła i z wielkiemi ceremonjami kilku nas oficerów do miasta wprowadziła. Po obu stronach ulic, któremi przejeżdżaliśmy pootwierane były okna a w nich stojące kobiety powiewały chustkami rozmaitego koloru, lud zaś w massie zebrany, donośnie wołał: "niech; żyje prawy monarcha Napoleon; niech żyje familja jego!"

s.75

Po rozlokowaniu dywizji, ta dopiero w godzinę czasu po nas, w paradzie do miasta weszła.
Dozwolono nam tu dni kilka wypocząć, w którym to czasie przed kilku dniami zaawansowany z kapitana na majora czyli szefa bataljonu Kożuchowski do półku 7-go piechoty, zbyt będąc już słabym, z żalem kolegów życie zakończył. W nocy Wyruszyliśmy pod miasto Hain a po małej utarczce i tu nam się nieprzyjaciel nie oparł. Jenerał Sebastjani pozostawił w tem mieście półk 7-my piechoty polskiej a zresztą pędził nieprzyjaciół pod miasto Alcala-Real, pobici i tu Hiszpanie pod miasto Grenadę cofać się poczęli. Alcala-Real jest dość duże, pięknie zbudowane, leży przy rzece Henil, w kraju bardzo żyznym i obfitym w dobre wino. Za przybyciem naszem do miasteczka Santa-fe, (świętej wiary) dostrzegliśmy, że hiszpański korpus wziął kierunek ku miastu Maladze, nasz zaś pozostał tu celem zdobycia wielkiego miasta Grenady. Miasteczko Santa-fe leży przy rzece Henil odległe od Granady o półtory godziny drogi, założone ono zostało przez króla kastylijskiego Ferdynanda i żonę jego Izabellę, a to na pamiątkę, że na tem polu stało wojsko hiszpańskie blokujące Grenadę w r. 1491-ym. Ferdynand przez dziewięć miesięcy trzymał w blokadzie Maurów stolicę; nakoniec zmusił króla maurytańskiego, zwanego Abouaboulach do zwrócenia mu miasta, które przez lat 782 pod panowaniem Maurów zostawało. Skoro się tylko wojska korpusu naszego na polach pod miastem rozwinęły, w ten moment wyszedł gubernator na czele znacznej liczby urzędników i na srebrnej tacy klucze od miasta wodzowi naszemu oddał. Postrach ciągłego zwycięztwa to zrobił, żeśmy bez wystrzału przy odgłosie muzyk i radośnem wołaniu mieszkańców "niech żyje król Józef-Napoleon" zajęli niegdyś przybylców Maurów stolicę. Polecono nam tu dni kilka wypoczywać; w ciągu tego czasu staraliśmy się powziąść dokładne wiadomości tak o mieście jak i o sławnym rządców maurytańskich pałacu, nazwanym Alhambra, który raz widząc łatwo się przekonywa człowiek o bogactwie i wielkości wówczas monarchów afrykańskich.
Miasto Grenada leży u stóp góry zwanej Sierra-Nevada nad dwoma rzekami pierwszej Henil drugiej Darro; było dawniej stołecznem królestwa Grenady, jest wielkie i przeszło 60 tysięcy mieszkańców w sobie liczące. Dzieli się na cztery części, pierwsza nazywa się Grenada, druga Alhambra, trzecia Abresina, czwarta Antie voruole; w pierwszej w wspa-

s.76

niałym kościele katedralnym są pochowane zwłoki Ferdynanda króla Kastylji i żony jego Izabelli. Miasto pobudowane na znacznem wzgórku, ulice ma po większej części jak zwykle w Hiszpanji ciasne i kręte, a domy w znacznej liczbie są pobudowane architekturą maurytańską. Lecz za to przedmieścia i jego okolice są cudownej piękności; z jednej strony od gór zwanych Cartama płyną źródła, te dzieląc się na różne strumyki przedzierają się przez pomarańczowe lasy i do fontan publicznych wpływają. Ud strony zaś prowincji Murcji na dominującej górze nad Grenadą, stoi pałac ósmym cudem świata zwać się mogący, postawiony za panowania tu króla maurytańskiego, zwanego Alhambra i przez niego nazwanym Alhambra, nazwisko to oznaczać ma w języku arabskim pałac czerwony. Kilkunastu nas oficerów udało się z przewodnikiem, bez którego zbłądzić można w tym Alhambry wielkim labiryncie, zwiedzić ten cudowny Maurów gmach. Droga z miasta do niego była kiedyś alejami wysadzona a wchodzi się do niego bramą z północy nazwaną sądową. Pierwszy dziedziniec jest czworokątno-podługowaty, przepysznym gankiem podpartym alabastrowemi kolumnami ozdobionym, w środku tego dziedzińca jest sadzawka czyli wodozbiór, wycembrowany białym marmurem a nazwany Mezuar, sto trzydzieści stóp długi; z tego dziedzińca wychodzi się do drugiego nazwanego Lwim, również w około z gankiem białemi marmurowemi słupami podpartym, te kolumny nieco śpiczaste, są po dwie a gdzie niegdzie i po trzy, łącznie spojone; sufit ganku tego i sztukaterje złotem i lazurem wyrabiane, są arcydziełem mistrzów ówczesnych. Mijając ten dziedziniec okazuje się nadzwyczaj wielki pałac, maurytańską strukturą zbudowany, wchodzi się naprzód po kilku marmurowych schodach do sali audjencionalnej, nazwanej salą Abenceragów, przed którą jest w podłodze płytko wkopana marmurowa wanna, przy której dawni rządcy maurytańscy swym niewolnikom a nawet i krewnym za przekroczenia głowy ścinać kazali. Dalej wchodzi się do pokojów, sufitów wcale nie mających, tylko wieżowym sposobem w górę ciągnących się. Niektóre ściany są najwyborniejszą mozajką pokryte, którą to pracę niezliczonemi summami opłacać musiano. Każde okno ma 24 łokcie długości, lecz że są zbyt wązkie, przeto nie są proporcjonalne. Między rozlicznemi pokojami, celują szczególnie mieszkania kobiet maurytańskich, z których wchodzi się do łazien różnemi marmurowemi wannami przyozdobionych. Spojrzawszy z tych pokoi, w którą stronę bądź, widać u stóp gmachu tego miasto jak na dłoni, -- tak jest wznie-

s.77

siony nad powierzchnię Grenady, że najmniejszy ruch uczyniony, przed okiem tu będącego ukryć się nie może. Lat teraz liczą 338 jak król Ferdynand odzyskał na Maurach Grenadę a od postawienia pałacu tego już upłynęło lat 700, tylko dla tego, że go nie zajmują na mieszkania, cokolwiek uszkodzeniu już ulega. Nakoniec promenady, ogrody pozasadzane pomarańczami, cytrynami, granatami i figami, na górze tu znajdujące się, w zachwycenie człowieka widzącego je wprowadzają. W blizkości Grenady są góry Alpuharas zwane, z których przy dniu pogodnym własnem okiem widzieć można fortecę Gibraltar i brzegi Afryki odległe stąd o mil 30-ci. Za powrotem naszym do miasta, zastaliśmy już korpus gotów do wymarszu; jenerał Sebastjani zostawił część wojska swego w Grenadzie a z resztą korpusu spiesznie na miasto Loha a do miasta Antigery dążył. Nieprzyjaciel zrejterował się pod mury miasta portowego Malagi. W blizkości Antigery jest fontanna nazwana Fuente de la piedra, z której woda jest wielce pomocną cierpiącym na kamień. Po przebyciu dosyć znacznych skał, w południową porę spostrzegliśmy korpus hiszpański na polu do Malagi należącem uszykowany do boju; w kolumnach ściśniętych posuwać się zaczęty wojska nasze, a po kilkunastu strzałach armatnich, Hiszpanie w największym nieładzie, do miast się cisnęli. Kilka bataljonów strzelców tak francuzkich jako i naszych, torowali drogę korpusowi do miasta, tylko spojeni Hiszpanie pozasadzali się w różnych zakątach ulic i tak nadzwyczaj ciasnych, nawet i w niektórych domach, i ci ciągle strzelając drogę nam do wejścia w środek miasta tamowali; nakoniec woltyżery bagnetami pijanych wykłuli i drogę do wejścia korpusowi oczyścili. Jak to zwykle, tak i tą razą Francuzi zaraz za wejściem do środka miasta Malagi, rozpoczęli rabunki, gwałty i wszelkie przykładu nie mające bezprawia; od godziny 7-ej w wieczór aż do 4-ej z rana trwały nieprawne i nieludzkie zabawy! Wrzawa wojska biegającego z pochodniami zapalonemi, kagańcami, po wszystkich ulicach, jęki, szlochanie mieszkańców, z utraty dzieci im najmilszych, wystawiały noc ostateczną. Żołnierze francuzcy poodbijali zakony, powyprowadzali z nich zakonnice a będąc już dobrze pijanemi, przy ogromnych ogniskach w środku dużego rynku porozpalanych, kontradansa im z sobą tańczyć kazali. Jednem słowem miasto bardzo piękne, portowe, bogate, w przeciągu 9-ciu godzin czasu, wszelkiemu bezprawiu uległo. Zmordowany będąc częstem jeżdżeniem z rozkazami do bataljonu stojącego w odwodzie o ćwierć mili od miasta, powróciwszy do Malagi już po północy, szukać

s.78

zacząłem w bocznych ulicach wraz z dwoma grenadjerami zakątka, w którym mógłbym choć jedną godzinę spokojnie odpocząć. Ulica w którą udałem się, była również zapełniona żołnierzami plondrującemi domy, które już do szczętu były zrabowane; jużem się z niej w inną miał udać, w tem słyszę głos mieszkańca błagającego o darowanie mu życia. Wjeżdżam do domu tego i zastaję klęczącego starca, któremu kilku pijanych żołnierzy za to, że im już nie był w stanie pieniędzy ofiarować, życie koniecznie odebrać pragnęli. Za mojem zleceniem, dwaj grenadjerowie do eskorty mnie przydani, pijanych z domu powypędzali, dom mocno zamknęli a przez to niewinnego mieszkańca od nieochybnej śmierci wybawili. Po dwugodzinnym spoczynku słyszę trąby i bębny, wzywające do szeregów żołnierzy, biegnę na plac główny i dowiaduję się, że jenerał głównokomenderujący rozkazał mocnym oddziałom za miastem w odwodzie stojącym patrole czynić, żołnierzy pijanych aresztować i wszelką spokojność miastu przywrócić. Znaczna część mieszkańców Malagi przed przybyciem tu naszem udała się na rozmaitego rodzaju statki w porcie tutejszym będące a dopiero po przywróceniu spokojności, napowrót do miasta przybywała, między temi była żona i dzieci gospodarza, u którego noc pierwszą w tem mieście przepędziłem. Polecił Don-Juan-Pedro Paganino, tak się nazywał ów starzec, u którego już za biletem na kwaterze stałem, sporządzić dobry objad, na który zaproszono mnie; przy stole o niczem więcej, jak o wczorajszej rabunkowej nocy rozmaite rzeczy gospodarz rozpowiadał, twierdził on, że siedm razy zmieniali się u niego żołnierze, a za każdym razem wymagali pieniędzy lub innych kosztowności, dodając że: "właśnie wtenczas, kiedy mi największe niebezpieczeństwo utraty życia groziło, (wskazując na mnie) ten wybawiciel na ratunek mój przybył i życie dla was tak drogie ocalił." Płacz żony i dzieci z ukontentowania pochodzący, był dla mnie aż nadto wielką nagrodą, lecz się tu inaczej stać miało: bo przy końcu obiadu postawiono na stół talerz porcelanowy białą serwetą przykryty; gospodarz z wielką nieśmiałością wniósł prośbę, abym go przyjąć raczył. Sądząc, że to są pieczone kasztany dla ciepła serwetą przykryte, takowy przyjąłem, lecz jakież było moje podziwienie, kiedy podniósłszy serwetę, w miejscu kasztanów, ujrzałem pełen talerz sztuk złota ośmiodukatowego; odsunęłem go na środek stołu a niepokazując najmniejszego gniewu, zwolna wyprowadzać z błędu Hiszpana począłem. Oświadczając mu, że czyń mój w domu jego nie dlatego był zrobiony, aby za niego złotem być zapłaconym i że

s.79

źle musiał być o polskim narodzie uprzedzonym, skoro krok obowiązku pieniędzmi nagrodzić zamyślał. Zdumiony i zawstydzony gospodarz, po tysiąc razy o przebaczenie prosić mnie począł, tłómacząc się, że go tak w obejściu się z Francuzami nauczono; w końcu spory kielich 60-cio letniej malagi przyjaźń naszą wzmocnił i urazę zupełnie darował.
Miasto Malaga jest pięknie zbudowane, portowe, znacznie handlowe; port i przystań ma wygodne, ludności liczy przeszło 36 tysięcy; kościołów ma 25, z których katedralny jest ozdobą miasta. Morze śródziemne obijając się o ciosowy kamienny port, pod samem miastem płynie; jest ono tak spokojne, że byle nie podczas burzy, to najmniejszym statkiem po niem płynąć można; mieszkańcy tutejsi są żywi, weseli i dla tego, że tu z różnych narodów są konsulowie zamieszkali, więcej jak gdzieindziej oświeceni. Teatr jest tu lubo mały, lecz gustownie urządzony; aktorowie są nieźli, a baletnicy są tak doskonali, że gdyby tylko chęci nabrali zwiedzenia obcych krajów i w nich nabyli gustu, staliby się pierwszymi tancerzami w Europie. Od strony miasta Grenady na wysokiej górze, przy samem mieście będącej stoi zamek dosyć mocno ufortyfikowany, którego Hiszpanie przy wejściu naszem do Malagi nie bronili. Za panowania tu Maurów zbudowany i nazwany Gibraltaro, od strony zaś fortecy Gibraltaru pola są pokryte winnicami i laskami pomarańczowemi i cytrynowemi. Półk 4-ty komenderowany przez podpółkownika Wierzbińskiego, który gdy do Polski powrócił, zdał nad nim komendę podpółkownikówi Zdzitowieckiemu, ten z chlubą dowodził tym półkiem aż do czasu przybycia z Polski narzuconego nam półkownika Waleńskiego, który objąwszy komendę nad półkiem, starał się najusilniej pozbyć Zdzitowieckiego, jako domniemanego swego nieprzyjaciela, co też i dokazał; rzeczony (a przez nas lubiony) Zdzitowiecki, udał się do Francji, gdzie mu w mieście B o r d e a u x dano nad zakładami polskiemi komendę; odtąd ciągle pod dowództwem Waleńskiego zostawać byliśmy obowiązani. W przeciągu 18 miesięcy stania w Maladze, lubo wychodziliśmy na różne wojenne wyprawy, jednakże zawsze nam do Malagi powracać kazano, w tych to wyprawach poginęli oficerowie z dywizji naszej:

Z półku 4-go podporucznik Gizler zabity pod Veles-Malagą;
Porucznik Kraśnik zabity pod Gausen.
Z półku 7-go porucznik Madaliński zabity w górach Ronda.

s.80

Z półku 9-go szef bataljonu Jasiński zabity pod miastem Utrera.
Porucznik Laroze również.
Kapitan Górski zabity w górach Ronda, i
Porucznik Kamiński.

Tu do Malagi nadeszła moja nominacja na kapitana, podpisana w Warszawie dnia 10 listopada 1810 r. Z powodu awansu tego, wielką fetę wyprawił mój gospodarz, który od początku mego tu przybycia tyle sobie pracy zadał, iż w każdem miejscu do któregom się udał, celem kupienia sobie czego potrzebnego, wszędzie mnie jednemi słowy odpowiadano: "Toma uste si, lo gusta, es pogado" (proszę przyjąć, jeżeli się podoba, bo już zapłacono). Ogrody w około Malagi są wielkie, wszystkie są oparkanione zielem zwanem igos-cjumbos, które korzenie ma tak kręte i krzew wybujały, że płot z nich wyrosły z wielką trudnością przebyć się daje. Grubość liścia ziela tego, jest tak jak dłoń człowieka, rośnie na tem liściu frukt tak duży i podłużny jak gruszka, lecz tyle ma na sobie cieniuchnych kolców, że go gołą ręką w żaden sposób zerwać nie można. Hiszpanie zrywają go przez grubą rękawiczkę, lecz śmiesznym i szczególnym sposobem jedzą. Jeden siada na stołku i trzyma usta ciągłe otwarte, drugi w grubych rękawiczkach nożem przekrawa mdły frukt igos-ciumbos i w otwartą gębę pierwszemu wrzuca; ten sok łyka tak jak indyk kluski i ciągle zimną wodą popija. Za naszem tu przybyciem ostrzegali nas Hiszpanie, abyśmy jedząc ten frukt, wina po nim nie pili, bo w żołądku przez wino surowieje i bez ratunku truje.
Gubernator prowincji Malagi, półkownik półku 9-go, książę Sułkowski, odebrał polecenie powrócić do Polski, a w miejsce jego przybył z Grenady półkownik sztabu Berton. Po niejakim czasie jego tu pobytu, dano mu znać., że komendant powstańców nazwiskiem Valdivia poprzecinał wszelką kommunikację z głównokomenderującym w całej Hiszpanji marszałkiem Soult, i że do Sewilli, gdzie stał główną kwaterą rzeczony marszałek, żaden kurjer od nas dojść nie może. W takiem położeniu rzeczy półkownik Berton zabrawszy cały garnizon miasta Malagi i jego okolic z sobą, spiesznie przeciw nieprzyjaciołom wyruszył. Po różnych, małych utarczkach zajęliśmy miasto Ronda główne siedlisko brygantów, z którego to miasta cofnęli się powstańcy w najniedostępniejsze góry i skały. Sam zaś Valdivia ze swą kawalerją na mułach, wiedząc, że Malaga została ogołocona z wojska fran-

s.81

cuzkiego, dniem i nocą maszerując zajął, kontrybucje wielkie nakazał i w zakład dotrzymania nakazanego haraczu, pierwszych urzędników żony poaresztował.
Miasto Ronda leży na znacznie wysokiej skale, która jest w połowie tak przeciętą, jak gdyby ją piłą przekrojono, co zapewne nastąpiło w skutek podziemnego wstrząśnienia; przez tę rozpadlinę stanowiącą sam środek miasta, dwanaście sążni szerokości mającą, postawiony jest most o dwóch arkadach z twardego granitu ołowiem zalewanego. Most ten jest po obu stronach pięknym gankiem żelaznym przyozdobiony, a rozpadlina formuje tak głęboki wąwóz, jakiegom dotąd w żadnym kraju nie widział.
Skoro się tylko jenerał Sebastjani, stojący główną kwaterą w Grenadzie, dowiedział, że oddział brygantów zajął miasto Malagę, wysłał natychmiast kilka półków kawalerji i nam jak najśpieszniej powrócić do Malagi polecił. Kawalerja francuzka w sam czas do miasta wpadła, mnóstwo zbrojnych brygantów wysiekła i naczelnika ich Valdivie do ucieczki zmusiła; nakoniec i kobiety wolność odzyskały, a za powrotem naszym, po przywróceniu mieszkańcom spokojności, rozpoczęły się zaraz bale i inne zabawy. W tym to właśnie czasie, wykomenderowanym został kapitan z półku 4go piechoty Młokosiewicz, w sto pięćdziesiąt ludzi, celem zajęcia i bronienia w razie potrzeby forteczki nazwanej po hiszpańsku Fuengerola (Fanherola). Mały ten zamek leży między Malagą a Gibraltarem przy brzegu morza Śródziemnego, odległy od Malagi o 8 mil drogi. Anglicy dowiedziawszy się, że mała liczba żołnierzy polskich broni zamku tego, a że im pod tą cytadelą najdogodniej było barkować i towary swoje bez cła w głąb kraju hiszpańskiego wysyłać, przeznaczyli swego jenerała Blayney w cztery tysiące wojska prócz brygantów, z 6-ma sztuk armat i zlecili mu zdobyć, koniecznie im podówczas potrzebną Fanherolę. Od świtu dnia 14 października 1810 roku, do ciemnej nocy bombardowano tak z morza jak z lądu do tej małej twierdzy i po kilkakroć razy wzywano Młokosiewicza do poddania się. Propozycje te waleczny kapitan ciągle odrzucał i mężnie broniąc się, przystępu do zamku niedozwalał. W tem kiedy słońce dzienne czarnym kirem się pokryło, a następnie noc ciemna szturmu nieprzyjaciołom dopuścić już nie dozwoliła, nakoniec kiedy już strzelanie zupełnie ustało i Anglicy, niezwyczajni na lądzie, twardym snem zasnęli, wtenczas to porucznik z półku 4go Eustachy Hełmicki, stojąc na obserwacji w mieście Mijas o milę drogi od Fan-

s.82

heroli odległego, chcąc przekonać się czyli zamek wziętym już nie został, zwłaszcza nie słysząc żadnych w porze nocnej strzałów, razem w zamiarze dania, jeżeli być może, Młokosiewiczowi pomocy, jak i zdania gubernatorowi Malagi dokładnego w tej mierze raportu, udał się ze swym oddziałem kamienistą wązką drożyną, po której się woda z gór na dolinę sączyła, celem dotarcia jak można było najbliżej fortecy. Noc ciemna przeprowadziła go środkiem śpiących Anglików aż pod mury Fanheroli, przez co oddział swój złożony z 60 walecznych żołnierzy, przed świtem z oddziałem Młokosiewicza połączył. Dnia następnego, to jest 15 października 1810, tenże waleczny porucznik wziąwszy z sobą 90 żołnierzy na ochotników, z bagnetem w ręku na usypaną baterję przez Anglików, obsadzoną sześcioma sztuk armat i mocnym bataljonem, pod okiem ich wodza lorda Blayney, z wrodzoną odwagą uderzył i jak mężnemu Polakowi przystoi, takową zdobył. Podoficer Zakrzewski, zbyt jeszcze podówczas młody, z kilkoma żołnierzami dostawszy się. do armat nieprzyjacielskich, szybko je w stronę skupiających się obrócił i dając ognia, życia ich własnemi kulami pozbawiał. Do tego jeszcze szef bataljonu z półku naszego Ignacy Bronisz, przybywszy ze swego posterunku z miasteczka Alaurin, do miasta Mijas, skąd dostrzegł, że oddziały Młokosiewicza i Hełmickiego zostają w niebezpieczeństwie, w 200 żołnierzy z półku 4go księstwa Warszawskiego i 80 dragonów z półku 21 Francuzów, na miejsce bijących się w pomoc im w sam czas przybył, z oddziałami kapitana Młokosiewicza i porucznika Hełmickiego połączył się i do kompletnego w dniu tym zwycięztwa wielce się przyłożył.
Prócz wielu zabitych, rannych, w morzu potopionych Anglików, samego jenerała lorda Blayney, naczelnie tą wyprawą dowodzącego, kilkunastu oficerów wyższych i niższych stopni, przeszło 400 żołnierzy i sześć sztuk armat, waleczni Polacy na placu boju zabrali. Za odznaczenie się w tej akcji, oficerowie następne nagrody uzyskali: Szef bataljonu Bronisz, kapitan Młokosiewicz, porucznicy Osiecki i Peti zostali ozdobieni krzyżami legji honorowej, ranny zaś porucznik Hełmicki, który najwięcej męztwa w bitwie pod Fanherola okazał, awansował na stopień kapitana i mężne piersi jego krzyżem legji honorowej ozdobione zostały. My zaś powróciliśmy z wyprawy w góry Gibraltarskie. Razu jednego w służbie udać się musiałem między godziną 12 a 1 z północy do koszar półkowych, saper mnie towarzyszył tylko; w blizkości będąc już takowych, wy-

s.83

padło na nas z bocznej ulicy 8 brygantów; saper dobył pałasza a ja krucicy, którą ciągle nabitą przy sobie nosiłem, lecz widząc że zbrojni ludzie śmiało na nas nacierają, chcąc, aby warta nasza spiesznie pod broń stanęła, po za siebie wystrzeliłem i w tem do koszar nadbiegłem; tu już pod zasłoną swoich żołnierzy, na bandytów nacierać począłem, lecz ci w różne zakąty ulic rozpierzchli się; jednego tylko z tej bandy dostrzegł podoficer, że się o mur domu opiera, z bagnetem w ręku na niego natarł i żywcem go w ręce moje oddał. Poleciłem go naprzód do koszar odprowadzić a stąd pod mocną strażą do rządcy miasta odesłać. Pierwszy Alcaldi wybadawszy go skąd i z jaką bandą do miasta przybył, stosując się do ustaw rządowych, które nakazywały, aby z bronią w ręku schwytanego bryganta, natychmiast śmiercią ukarać, na powieszenie go skazał a wyrok na nim natychmiast wykonanym został. Podobne egzekucje często się po rozmaitych garnizonowych miastach wydarzały, a mistrzów sprawiedliwości w całym kraju zaledwie kilku było, przeto następnym sposobem Francuzi wyroki wykonywali. Delinkwenta prowadzili na pierwsze piątro pierwszego lepszego domu, do ganku żelaznego w każdym domu będącego, prowadzili również z nim schwytanego na ulicy pierwszego lepszego ubogiego i tego pod razami kolbowemi przymuszali do założenia stryczka na szyję delinkwentowi, koniec takowego mocno do ganku przywiązawszy, zepchnąć go i kręgi mu skręcić przymuszali. Tym to sposobem nie wyłączając księży, tysiące ludzi ginęło.
Przy każdej ekspedycji wojennej, uważałem, że wojna w dwojakim tu względzie prowadzoną była, wojsko walczyło z zapałem, nie szukając innej korzyści, jak tylko sławy, przeciwnie zaś intendenci korpusów, kommisarze wojenni, magazynjery, poburzali naczelników do wybierania kontrybucij, czem uciemiężali wielu niewinnych obywateli, która to kontrybucja po największej części w ręce się ich dostawała. Ta to klassa ludzi burzyła umysły spokojnych po większej części Hiszpanów, którzy przyprowadzeni do ostateczności, wysyłali swe żony i dzieci w niedostępne miejsca, a sami zasadzali się z bronią w ręku po skałach i trudnych przeprawach, skąd za zbrodnie wzwyż rzeczonych niesubordynowanych złoczyńców, krew naszą rozlewali.
Jenerał Hiszpański Valesteros, zebrawszy w różnych prowincjach do sześciu tysięcy wojska regularnego i do tego znaczną liczbę powstańców i górali, miasto Ronda i jego okolice zajął, nakoniec podbiciem całej prowincji Malagi zagrażał,

s.84

W takiem położeniu rzeczy marszałek Soult wysłał z Sewilli dywizją jenerała Gudinot, a naszemu półkowi 4-mu polecił Malagę opuścić, brzegów morza Śródziemnego ciągle się trzymać i na nieprzyjaciela od strony miasta Marveli uderzyć. Skoro się mieszkańcy Malagi dowiedzieli, że zapewne już ostatni raz garnizon ten opuszczamy, ze szczeremi łzami po bratersku nas żegnali; rozstanie się moje z Don-Juanem-Pedrem-Paganino było nader czułe, a kiedym już dosiadł konia, błogosławiąc powodzeniom moim, z założonemi rękoma jak martwy na mój odjazd patrzył. Oddziały półków 7 i 9-go polskie, zajęły miejsce nasze, reszta tych półków pozostała w mieście Granadzie i jego okolicach. Po dwóch dniach marszu przybyliśmy do miasta Marveli, nieprzyjaciel rozpoczął cofać się w stronę Gibraltaru, my zaś złączywszy się z półkiem 32-m lekkiej piechoty, aż do miasta Himenes de la frontera postąpiliśmy; jest ono o mil cztery od Gibraltaru odległe, tu się miała z nami połączyć dywizja z Sewilli wysłana, lecz dla trudnej przeprawy czyli też opieszałości, na dzień oznaczony nie przybyła; mieszkańcy tutejsi pozostawiwszy domy swoje otworem, za korpusem Valesterosa wynieśli się. Przenocowaliśmy tutaj dosyć spokojnie, lecz nadedniem, nie mogąc się doczekać tylokrotnie rzeczonej dywizji, naprzód jeszcze ku Gibraltarowi maszerować postanowiliśmy. Skoro tylko kolumny z miasta się ruszyły, natychmiast Hiszpanie atakować i oskrzydlać nas poczęli. Kiedy się już rzęsisty ogień rozpoczął, jenerał francuzki brygadą tą komenderujący, rozkazał półkownikowi Wolińskiemu z półkiem w środek nieprzyjaciół uderzyć i przez to drogę na góry utorować; tylko wytrawnemu męztwu żołnierza przypisać tu należy, żeśmy Hiszpanów przełamali i pierwszą górę cierniem porosłą zajęli. Nakoniec weszliśmy w takie zarośla, w których zapewne nigdy noga ludzka nie postała. Hiszpanie w przechodach górzystych przy rzęsistym ogniu śmiało biegli za nami, lecz za to każdą pozycję przez nas im pozostawioną, krwią swoją opłacali a wówczas gdy natarczywie na kompanją kapitana Zdziennickiego nacierali, półkownik Woliński, mając już nieco zmysły pomieszane, sam z małą liczbą woltyżerów pod komendą kapitana Radzimińskiego zostających, na sześćkroć silniejszych nieprzyjaciół uderzył i przez tę w nie swojem miejscu odwagę, Radzimińskiego życia pozbawił i sam się w niewolą dostał. Nakoniec po trudnych przez zarośla przejściach przez niewolników hiszpańskich pod karą śmierci zmuszonych, do głó-

s.85

wnego traktu doprowadzeni zostaliśmy. Tu już wolniej maszerując, nad rankiem do miasta Arcos, gdzie był garnizon francuzki, przybyliśmy. W tej niepotrzebnej bitwie, utraciliśmy kapitana Radzimińskiego, kilku rannych tak ze strony francuzkiej jak i naszej oficerów i przeszło 200 żołnierzy.
Miasto Arcos leży na znacznie wysokiej skale, u spodu której płynie rzeka Gvadaleta, stąd przybyliśmy do miasta Mediny-Sidonii, w którem przecie złączyliśmy się z dywizją tak długo oczekiwaną. Po dniowym tylko tu spoczynku i nasyceniu się rzadkim stąd widokiem i pozycją,, na powrót pod Gibraltar udać się nam kazano, jenerał Valesteros obawiając się stoczyć z nami na równem polu batalji, zrejterował się aż pod samą twierdzę Gibraltar, my zaś po najtrudniejszych przeprawach miasto Sant-Roye zajęliśmy. Miasto to leży o dwie godziny drogi od Gibraltaru, awangarda nasza wraz z lekką kawalerją stanęła na ostatniej górze przed tą twierdzą, nazwanej Morelia, korpus zaś cały rozlokowany został na polu zwanem Campo de Gibraltar. Jenerał nieprzyjacielski cofnął swój korpus aż pod bramy fortecy, do której i jemu Anglicy wstępu wzbronili, jednakże baterjami swemi siły jego zasłaniali, przez co zniszczyć go w żaden sposób się nie dało. Z góry Moreny patrzyliśmy własnem okiem nie tylko na najwarowniejszą w świecie twierdzę Gibraltar, ale i na miasto Ceuta, za cieśniną morską na gruncie Afryki leżące.
Gibraltar leży na ziemi hiszpańskiej, zyskany raz przez Anglików w r. 1783 dotąd w ich mocy pozostaje. Twierdza ta jest skałą zadziwiającą, obszerną i bardzo wysoką, bo na 1418 stóp nad powierzchnię ziemi w morzach Śródziemnym i Oceanie wyrosła. Morza te łączą się przy grzbiecie jej i formują dwumilową cieśninę, nadto dzielą Europę od Afryki.
Przed wynalezieniem Ameryki, twierdzili Hiszpanie, że tu słońce zmordowane dziennem światłem, przybywa spoczywać i że przy tej górze niezawodny jest koniec świata. Od strony zaś lądu tej tu olbrzymiej twierdzy, są baterje w skałach wykute i tyle w nich mieści się armat, że gdyby ze wszystkich razem dano ognia, nie byłoby kawałka ziemi na ćwierć mili przed fortecą będącej, w którenby kula nieuderzyła. Miasteczko Gibraltar leży u spodu skały przy Oceanie, jest nie wielkie i prawie przez samych angielskich żydów zamieszkałe.
Że jenerała Valesteros w żaden sposób z pod twierdzy wyrugować nie było można, a przekonany był dowodzący wypra-

s.86

wą francuzką, że tylko z jego winy dozwolił nieprzyjacielowi wycofać się aż pod bramy do wzięcia niepodobnej fortecy, nadto gdy brak żywności dokuczać nam zaczął, po 10 dniach stania tu naszego, odwrotny marsz na miasta Arcos, Medina-Sidonia, Utrera rozpoczęliśmy, nakoniec przymaszerowaliśmy do wielkiego miasta Sewilli. Jenerał Gudinot udał się do marszałka Soulta główną kwaterą tu stojącego, celem zdania raportu z odbytej wyprawy. Marszałek będąc już uwiadomionym, że ta się nieudała a to jedynie z winy niedołężnego jenerała, łajać go począł, z oświadczeniem, że zda monarsze swemu raport, w którym całą winę z utraty tylu ludzi jemu przypisze. Zmartwiony tem jenerał dywizji Gudinot powrócił do swego mieszkania, testament napisał i z wziętego od warty naszej karabina w łeb sobie wypalił.
Dozwolono nam tu dni 7-m odpoczywać, w ciągu tego czasu starałem się wywiedzieć o mieście największem w całej Hiszpanji. Musi być w oczach Hiszpanów najpiękniejsze, najlepsze, najbogatsze: kiedy o niem takie przysłowie mają: "Kogo Bóg kocha, temu daje na mieszkanie Sewillę, a kto miasta tego nie widział, ten o żadnej piękności miast mówić nic korzystnego nie może." Zanadto ich duma w tym względzie unosi, bo chociaż Sewilla jest miastem pięknem i obszernem, ma przecież w sobie ulice ciasne i kręte, co go znacznie oszpeca. Ludności liczą tu teraz do 150,000. Przez sam prawie środek miasta płynie rzeka Guadalquivir, w której jak twierdzą, są żyły w gruncie jej srebrne a nawet i w niektórych miejscach złote. Most kamienny na tej rzece jest fundamentalnie i gustownie postawiony. Największe i najpiękniejsze przedmieście nazywa się Trajana. Pomiędzy rozlicznemu kościołami, celuje tu katedra, która tak ze swej odwiecznej budowy, i z swej obszerności jest arcy-sławną. Ma ona 240 stóp długości, a 150 szerokości, wchodów do niej jest dziewięć a okien długich różnokolorowych ma ośmdziesiąt. Ołtarzy ma w sobie ośmdziesiąt i dwa a bogactwa na nich miljony przechodzą. Obraz Św. Antoniego Padewskiego, dzieło Murilla, jest arcy-piękny. Zaręczali mi tu księża, że w przeciągu godzin sześciu, do pięćset mszy się odprawia. Ta świątynia po kościele ś. Piotra w Rzymie, jest największą ze wszystkich chrześcijańskich kościołów w całym świecie. Na najwyższej kościoła tego wieży, w miejscu krzyża, stoi posąg wyobrażający Wiarę, w jednym ręku trzyma palmową gałązkę a w dru-

s.87

giej sztandar; zarazem ten posąg wskazuje zmianę wiatru, nazwany la giralda. Arcybiskup tutejszy ma 200,000 piastrów rocznego dochodu. Pierwszy zegar wieżowy w Hiszpanji zrobiony, umieszczony został w przytomności Henryka III w wieży tego kościoła w r. 1400. Publiczność tutejsza jest więcej jak w innych miastach hiszpańskich fabrykami i rękodzielniami zajęta. Największa teraz fabryka jest tu czerwonej tabaki, dwadzieścia ośm młynów obraca dwieście mułów, a ludzi zajętych skręcaniem, zwijaniem i pakowaniem, pracuje w niej codziennie dwa tysiące. Kolor czerwony nadają jej za pomocą ochry, a dochód z niej li tylko do monarchy panującego jest przywiązany. Prócz tej fabryki, jest tu mnóstwo warsztatów jedwab przędzących, przy których około 15 tysięcy robotników pracuje. Za czasu panowania tu Maurów, Sewilla liczyła czterykroć sto tysięcy mieszkańców, zmniejszenie się tej ludności rozpoczęło się za panowania tu Filipa III, który w r.1609 rozkazał aby w przeciągu dni 30-tu, pięćkroć sto tysięcy Maurów Hiszpanją, pomimo spokojnego zachowania się, opuściło, a odtąd ludność Sewilli zmniejszać się poczęła. Wielka promenada, nazwana Almeida, przyozdobiona jest dwoma posągami; Herkulesa i Juljusza Cezara, restauratora miasta tego; prócz tego trzy piękne fontanny zdobią ten spacer publiczny. Sewillą zbudowana była przez Fenicjan i nazwana Hispolis. Widziałem tu avieduc (wodopłyn) nazwany Los Canos de Carmona, długi na mil tutejszych leguas sześć, jeszcze za panowania tu Maurów stawiany; przez częste i. długie wojny, nadto brak dochodów w skarbie, nie jest dotąd w należnym porządku utrzymywany, lecz jego z ciosowego kamienia na ołów zalewanego fundamentalną budowa, sławę ówczesnym władcom dotąd przynosi. W liczbie 150,000 tysięcy mieszkańców w Sewilli najmniej 30,000 księży się mieści, którzy prócz odbywania częstej służby kościelnej, ciągle się po ulicach kręcą, gdy jaką osobę pominąć mąją, słowa następujące mówią: "Ale Maria" (Zdrowaś Marja) na co odpowiedzieć przechodzący powinien: ,,purissima sen pecado" (czysta bez grzechu).
Za nadejściem święta, mieszkańcy tutejsi cisnąć się poczęli w porze przedwieczornej do wielkiego amfiteatru, w którym Toros (walka byków), rozpocząć się miała; lubom już nieraz tę ich zabawkę widział, pewnym będąc, że w czasie takiej zabawy teatr pustym bywa i ja na walkę byków się udałem. Zastałem do sześciu tysięcy ludzi w amfiteatrze, 240 stóp wewnętrz-

s.88

nej szerokości mającym; ta jak śmiało rzec mogę, dzika zabawa, rozpoczęła się następującym sposobem. Na plac obszerny wypuszczono wołu dzikiego, przez dni kilkanaście w ciemnym lochu trzymanego. Skoro go tylko publiczność na wzniosłych miejscach siedząca ujrzała, zaraz rozpoczęła świstać, w ręce klaskać i hałasować; wół odurzony latał jak wściekły, tarzał się w piasku i pienił, wówczas wypadł do niego Hiszpan lekko ubrany zwany Alguasiles; wół spostrzegłszy go na placu, w największym pędzie do niego leciał i wtenczas kiedy go rogami przebić usiłował, nachyliwszy ku temu swe ostre rogi, Hiszpan go przeskoczył i w miejsce bezpieczne się schronił, tak coraz inny Alguasiles powtarzając, ostatni przeskakując wołu, utkwił mu w karku dwa fajerwerkami zaprawne sztylety, które gdy pękać zaczęły, do najwyższego stopnia drażliwość wołu przywiodły. Natenczas wyszedł przeciwko niego bogato ubrany Matador (zabijacz), w prawym ręku trzymał prosty rapier czyli miecz, a w lewym ponsową chorągiewkę; po trzykroć ukłoniwszy się i odebrawszy od publiczności rzęsiste oklaski, śmiało na wołu uderzył i ilekroć razy ten rogami go przebić zamyślał, tyle razy nadstawiał mu chorągiewki, o którą się tylko rogi usuwały, nakoniec nie mając już chorągiewki, wtenczas właśnie kiedy zdawało się, że go wół rogami nieochybnie rozedrze, wepchnął mu pomiędzy łopatki swój rapier a wół padając przy jego kolanach, życie zakończył. Podówczas cała publiczność krzyczeć zaczęła "brawo valiente Matador" (brawo waleczny zabijaczu). Wtem zajechały cztery muły bogato ubrane, które z wielkim tryumfem przy radosnym krzyku całej publiczności, wołu z placu boju uwiozły. Później drugiego wołu wyprowadzono, na którego jeździec konny, trzymając l a n s ę silnie w prawym ręku, uderzył, i wtenczas kiedy wół w pędzie ku niemu zbliżał się, tak mu silnie w łopatkę lansę wepchnął, że wół jak wryty na miejscu stanął, lecz gdy to po kilka razy powtarzał, lansa mu się usunęła a wówczas wół obalając na ziemię jeźdźca Dycadoresa, konia rogami przebił i gdyby nie spieszny i śmiały ratunek przez Matadora udzielony, byłby dzirydarza wół na śmierć zatratował. Temu tu wypadkowi rzęsiste oklaski publiczność dawała i z ukontentowaniem, że wół zwalczył człowieka, do swych mieszkań wróciła.
Nakoniec odebrał półk nasz rozkaz maszerować w assekuracji znacznej ammunicji aż do pogranicznej twierdzy Badajoz. Uważałem, że prowincja Andaluzji, a szczególnie około miast Se-

s.89

willi, Corduby i Malagi różni się od innych co do budowli domów, w nich bowiem dostrzedz jeszcze można piętno Maurytańskiego smaku. Drogi publiczne, które tu nie od zbyt dawnego czasu są urządzone, zaszczyt tej prowincji przynoszą; jednakże zjechawszy z traktu głównego, widzieć się dają kamieniste i wąziuchne, po których zapewne żadne dotąd bryki ani też powozy nie przechodziły. Prowincja ta posiada, prócz wszelkich potrzeb do życia i odzieży, cudownie piękne konie, tak gładką szerść na sobie mające, że zdaje się jakby najlepszym aksamitem obszyte były; nadto mają one żywość arabską i niesłychaną łatwość poznania głosu pana swego. Wszelkie podróże odbywają Hiszpanie na osłach, a to z powodów następujących: pierwsze, że stworzenia w chodzie niewiele zginają kolana, prawie nie trzęsą; po drugie, że nadto są wytrzymałe na trudy i noszenie wielkich ciężarów a to przy bardzo umiarkowanej żywności, bowiem garstka słomy jęczmiennej może wystarczyć na wyżywienie dzienne tego to pracowitego stworzenia. Damy nawet podróże na nich odbywają i siadają bokiem na przypasowane do osła siodło, które ma wygodną poręcz i parasol chroniący od skwaru słonecznego. Karawany takie, lubo są po części śmieszne, lecz wojażującym bardzo dogodne. Mało tu znajdzie amatorów zwiedzania, nie mówię już obcych krajów, ale nawet swych własnych prowincij, wtenczas tylko wojażują gdy ich monarcha jako magnatów na urzęda grandów do stolicy wzywa, inaczej dla swej rozrywki Hiszpana wojażującego w żadnym kraju nikt nie obaczy.
Szczęśliwie przeprowadziliśmy przez prowincję Extremadurę amunicję, a za przybyciem do wsi Albueri oglądaliśmy pozycję, z której marszałek Soult zniósł armję hiszpańską pod komendą jenerała lorda Beresford, Kastaniosa, Valesterosa i Blacka podówczas zostającą. W tej tu batalji półk 7-my hułanów polskich cudów waleczności dokazywał. Po czterogodzinnym marszu przybyliśmy do fortecy Badajoz. Twierdza ta leży przy rzece Gwadjanie, na samej granicy królestwa portugalskiego.. Rozpoczęła się tu uprzykrzająca służba garnizonowa, która niszczyła żołnierzy naszych a brak żywności śmiertelność znaczną nam zadawał, tak dalece było jej mało, że zaledwie jedna racja żołnierska, oficerowi się na dzień dostawała. Po przebyciu dwu miesięcznej dokuczającej tu służby i poczynionych częstych wycieczkach w kraj portugalski, celem wyszukania jakiejkolwiek żywności, przybiegł kurjer z Sewilli i przywiózł

s.90

nam rozkaz opuszczenia tego ostatniego w Hiszpanji garnizonu i udania się na powrót w prowincją Estremadurę aż do miasta Safra. Doniósł nam zarazem najpomyślniejszą dla nas nowinę, że napowrót do Polski maszerować mamy. Z jakim pośpiechem udaliśmy się pożegnać jenerała dywizji, nazwiskiem Filipou, gubernatora twierdzy i z jaką prędkością półk był gotów do marszu, to tylko ten uczuć zdoła, kto tak jak my oddalony od swej rodzinnej ziemi, kiedyś mógł doświadczył lub doświadczać tego będzie. Dosyć na tem, że po odebraniu rozkazu, we dwie godziny czasu byliśmy już za wałami twierdzy. Ranni, chorzy uciekali z lazaretu a łączyli się z nami, celem prędkiego oglądania raz jeszcze ojczyzny swojej. Tu się skończyły nasze czteroletnie krwawe boje i nieznośne trudy po kraju, w którym prócz politycznych wygnańców nie ma śladu, żeby kiedy zbrojni Polacy chodzili.

<<< Wstecz     Dalej >>>





Teatr wojny w Hiszpanii

Geneza i przebieg wojny w Hiszpanii
 • Preludium

Kampanie, bitwy, potyczki, oblężenia
 • Saragossa 1808
 • Saragossa 1809
 • La Coruna 1809
 • Fuengirola 1810
 • Albuhera 1811
 • Sagunt 1811
 • Ciudad Rodrigo 1812
 • Badajoz 1812
 • Almaraz 1812

Polacy w Hiszpanii
 • Polacy w Hiszpanii
 • Legia nadwiślańska
 • 4 pułk piechoty
 • Ułani nadwiślańscy
 • Somosierra
 • Szwoleżerowie

Uczestnicy wojny
 • M. K. Bronikowski
 • G. J. Chłopicki
 • L. M. Dembowski
 • F. A. Dembiński
 • S. Estko
 • F. Kierzkowski
 • S. Klicki
 • J. Konopka
 • T. Łubieński
 • L. Pac
 • P.A. Sułkowski

W oczach różnych narodowości
 • Albuhera
 • Cataluña
 • Ciudad Rodrigo

Wspomnienia, raporty, listy
 • Saragossa w roku 1809
 • Autobiografia - Smith
 • Żołnierz Daleki
 • Wspomnienia Blayney'a
 • Pamiętniki Rudnickiego
 • Hołownia - Opisanie...
 • Kozłowski - Historya...
 • Łaszewski - Opisanie
 • Wspomnienia Sucheta
 •  Raport Philippona
 •  Dziennik Walla
 •  Raporty Wellingtona
 •  Raporty i pamiętniki

Wojna w Hiszpanii w sztuce
 • Francisco Goya

Varia hiszpańskie
 • W piekle Cabrery
 • Guerrilla
 • Szabla Blayneya
 • Okręty angielskie
 • Korespondencja
 • Armia Badenii

Forum
Forum projektu stworzenia najlepszego w Polsce opracowania wojny w Hiszpanii 1808-1814. Zapraszamy do dyskusji i wspomagania projektu.

Guerra de la Independencia española team
Pomysł, projekt i koordynacja:
Rafał Małowiecki anrama@interia.pl
Włodzimierz Nabywaniec wlonab@wp.pl
Guerra team:
Duroc, Bernard Lipka, Waldemar Karczmarczyk, Michał Swędrowski, Zenobi, Magda, Scout, Gipsy, makron, Rafał Jan Komorowski, Eques, Agent FBI.

Guerra de la Independencia española - linki

Copyright © 2001 - 2011  NapoleonTeam
Wszelkie Prawa Zastrzeżone