Napoleon.org.pl English     Deutsch    
Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni



Pamiętniki

Pamiętniki Józefa Rudnickiego, zawarte w "Piśmie Zbiorowym Wileńskim na rok 1862"
ss. 39-66


s.39

W roku 1805 w czasie wojny Pruss z Francją, wówczas gdy wszystka młodzież do wojska polskiego, nowo-formującego się, zaciągała się, ja do takowych w mieście Kaliszu przystałem. jenerał Skórzewski podówczas organizator wojska polskiego, powstającego w departamencie Kaliskim, w krótkim przeciągu czasu mej służby, zanominował mnie podporucznikiem do półku strzelców generała S t o k o w s k i e g o, w mieście Wieluniu formującego się; ścisłe dopełnianie rozkazów i pierwsza wyprawa na Prusaków pod miasto Byczynę, zjednały mi szacunek Generała, a chęci połączone z patryotyzmem uczyniły mnie niezłym instruktorem świeżo zaciągnionych żołnierzy, za co przy końcu roku 1806 awansowałem na porucznika.
Książe Józef Poniatowski jenerał dywizyi 1-ej, już ogłoszonego Księstwa Warszawskiego, jako minister wojny rozkazał półkowi jenerała Stokowskiego śpiesznie przybyć do Warszawy; tenże jenerał gdy nie mógł się bez poprzednich zasług wojskowych utrzymać przy stopniu jenerała, zażądał dymiksji; wraz z wydaniem mu jej, półk strzelców rozebrany i wcielony do dywizji 1-ej został. Ja dostałem się do półku 2-go piechoty liniowej, którym podówczas dowodził Stanisław P o t o c k i hrabia.

s.40

Armja Francuzka po batalii w roku 1807 pod miastem Pułtuskiem, śpiesznym krokiem w stare-Prusy dążyła i wówczas to odebrał rozkaz od ministra wojny tak półk 2-gi jak i 4-ty piechoty, aby po jednym bataljonie wykomenderowali w marsz pod fortecę Grudziądz. Bataljony z półku 2-go pod komendą szefa Żymirskiego, w którym ja porucznikiem zostawałem i z 4-go pod komendą Zdzitowieckiego, wyruszyły z Warszawy w miesiącu kwietniu 1807 roku. Maszerowaliśmy po lewej stronie rzeki Wisły na miasto Toruń, które szczycić się nie przestanie z urodzenia się tam, sławnego w świecie astronoma Kopernika; urodził on się w r. 1472, w domu rodziców swoich, który po dziś dzień stoi jeszcze niezrujnowany. Toruń leży na prawym brzegu Wisły, jest on staroświecko pobudowany, lecz przytem dosyć piękny. Im bliżej dochodzimy do Grudziądza tym więcej nas zachwycały na Żuławach piękne wioski, dobrze uprawne pola i obfite łąki; nakoniec przybyliśmy pod fortecę, która leży na prawym brzegu Wisły i liczy się do rzędu pierwszego; zupełnie ukończoną została w r. 1776. Miasto zaś tego nazwiska leży opodal od twierdzy, przy którym płynie rzeka Osa; jest całkiem zamurowane, czyste i piękne. Rozlokowano nas po wsiach przyległych do twierdzy, bronionej wówczas przez Prusaków pod dowództwem jenerała Curbie zostającej; mała liczba Francuzów, pułk piechoty księstwa Hessendarmsztadzkiego i nasze dwa polskie bataljony, blokować rozpoczęły warowną i trudną do zdobycia twierdzę. Częste wycieczki na nas przez Prusaków czynione, lubo zawsze z wielką ich stratą odparte, jednakże nie dozwalały nam momentu spokojnego; jeden tylko zapał, z jakim młodzi nasi wojownicy podówczas walczyli, sił i męztwa nam dodawał. Przez kopanie parapetów coraz zbliżaliśmy się pod fortecę, a po dwumiesięcznej pracy i ścisłej blokadzie, wtenczas właśnie kiedy na wały sprowadzono mozolnie ciężkie działa a wojsko było z zapałem w pogotowiu do szturmu, nadeszła wiadomość o zawartym w mieście Tylży, po nad rzeką Niemnem, pokoju. Skoro tylko działanie wojenne ustało, odebraliśmy rozkaz udania się staremi Prusami na Litwę; a kiedyśmy już minęli miasto Nikolaiken i wielkie jezioro Spirdyńskie, powrócić nam do stolicy polskiej polecono.
Po odbyciu tej dla nas szczęśliwej kampanji, powróciliśmy do Warszawy w miesiącu sierpniu 1807 r. Półkowi 4-mu rozkazano zająć na garnizon miasto Płock a 2-mu w Warszawie pozostać. Po kilkotygodniowym tu pobycie, z korzyścią tranzloko-

s.41

wałem się z 2-go do 4-go półku piechoty, pewnym będąc zostania w nim adjutantem bataljonowym. Starannie wypełniane rozkazy władz wyższych, zjednały mnie szacunek kolegów i szczególną przyjaźń szefa bataljonu, na przedstawienie którego na dniu 13 października 1807 r. adjutantem majorem zanominowany zostałem. Półkownik hrabia Feliks Potocki, dowódzca półku, do którego świeżo przybyłem, odebrał w miesiącu kwietniu 1808 r. rozkaz przymaszerowania z półkiem do Warszawy. Skorośmy tylko w stolicy stanęli, zaczęły chodzić pogłoski, że półk 4-ty wymaszeruje do Prus celem zajęcia twierdzy Kistryna; pogłoski te codziennie się mocniej stwierdzały, nakoniec marszałek państwa francuzkiego Książe Auersztat Davoust, zapytał się półkownika Potockiego, czyliby był gotów wymaszerować za granicę, gdyby na to odebrał rozkaz cesarski, tenże odpowiedział, że wszędzie gdzie go tylko los Polski wyśle, chętnie życie swoje wraz z półkiem poniesie. Polecono naprzód półk nasz wzmocnić do 300 głów, później rozdano nam wszelkie rekwizyta do marszu potrzebne, a kiedy już wszystko do drogi było gotowe odebraliśmy rozkaz maszerowania nie do Kistryna, jak to poprzednio sądzono, lecz w dalszą drogę, bo aż do Hiszpanji. Na kilka tygodni przed wymaszerowaniem zapadłem w ciężką słabość, która mnie nie dozwoliła wraz z półkiem w kraje obce maszerować, lecz wkrótce za pozyskaniem cokolwiek zdrowia, udałem się do jenerała Biegańskiego ówczasowego szefa sztabu z prośbą uzyskania rozkazu, pocztą gonienia, już maszerującego półku; wprawdzie wydano mi kartę drożną, lecz zarazem i rozkaz zabrania z sobą żołnierzy wyszłych z łazaretu. Przyzwyczajony do pełnienia święcie rozkazów władz wyższych, spiesznie uregulowawszy wszystko co tylko do dalekiej drogi potrzebnem być mogło, w dniu 9 września 1808 r. na czele oddziału złożonego z kilku podoficerów i 106 żołnierzy, z Warszawy do Hiszpanji wymaszerowałem.
Przeszedłszy szczęśliwie kraj polski, po kilkudniowym marszu przez kraj pruski, do miasta Frankfortu leżącego nad rzeką Odrą przybyłem. Miasto to jest dosyć piękne, lecz tylko podczas jarmarków ludne; stąd do kraju saskiego wkroczyłem. Państwo to szczycić się powinno z zaprowadzonego porządku; czystości, bezpieczeństwa, dogodnych dróg i mostów, fabryk i wszelkiego rodzaju rękodzielni. Szczególniej celują tu fabryki porcelany, płótna, bawełnianych wyrobów, nici i t.d. wpraw-

s.42

dzie Saksonja nie posiada żadnego portu, jednakże jest krajem do którego, celem handlu, z różnych narodów ludzie przybywają. Za przybyciem mojem pod miasto Torgau, przechodziłem szczególnie zadziwienia godny most, na rzece Elbie będący: jest on z drzewa wraz z dachem postawiony, przez co przejeżdżającemu zdaje się jakby pod baldachimem Elbę przebywał; stąd przybyłem do m. Lipska; leży ono nad rzeką Elster, jest dosyć duże i piękne, było kiedyś ufortyfikowane, dziś wały jego służą tylko do spaceru. Chcąc zwiedzić prócz miasta, pięknie pozakładane po przedmieściach ogrody, udałem się z gospodarzem moim użyć tej miłej przechadzki; po dwugodzinnym spacerze, wracając do mieszkania mego, zastałem przed nim adjutanta placu na mnie czekającego; za zbliżeniem oświadczył mi, że żołnierz z pod mojej komendy zabił kobietę przy nadziei będącą, że już jest aresztowanym, i że sam gubernator mówić ze mną o tym wypadku pragnie. Nim jednak do niego udałem się, spiesznie pobiegłem na miejsce popełnionej zbrodni, gdzie rzeczywiście znalazłem kobietę zabitą, która przed skonaniem wydała na świat dziecko nieżywe. -- Po wybadaniu ścisłem tak żołnierza jak i strony świadczącej, pokazało się że żołnierz nieposiadający języka niemieckiego, żądał od gospodyni kwatery swojej, posłania, lecz że to żądanie jestami tylko wskazywał, sądziła gospodyni że ma myśl nieprzyzwoitą a pasjonatką będąc z natury, uderzyła go butelką napełnioną wódką w głowę i zadała mu dość znaczną ranę. Oskarżony jak twierdził niewinnie zraniony, uniesiony pierwszą passją uderzył ją tak silnie w brzuch nogą, że się aż wywrócić musiała, padając na ziemię, powtórnie uderzyła się silnie o pieniek, przez co w największych boleściach wydała na świat dziecko nieżywe i sama w przeciągu czasu jednej godziny żyć przestała. Po zniesieniu się z gubernatorem i rozważeniu, że czyn morderczy wynikł jedynie z passji niepohamowanej kobiety, napisaliśmy do kraju stosowne raporta, a przy oddziale Francuzów, właśnie w tym czasie do Warszawy maszerujących, winowajcę celem odniesienia kary należnej odesłaliśmy (jeżeli na nią zasłużył).
Następnie wymaszerowałem z Lipska do miasta Sax-Gota; leży ono nad rzeką Liną i jest stolicą udzielnego księcia; w środku samego miasta na dość znacznem wzniesieniu, stoi pałac panującego, za którym jest ogród jeden z najpyszniejszych w Saksonji; w tym tu pałacu są umieszczone wszystkie kraju tego dykasterje i prócz nich zajmuje znaczne skrzydło

s.43

bibljoteka złożona z 500,000 dzieł, mieści on zarazem mieszkanie panującego, arsenał, zbiór medali, i różne inne rzeczy warte widzenia. Stąd wszedłem w księstwo Wejmarskie a za przybyciem do miasta Ejzenach, które leży przy rzece Nissie i liczy ludności do 14,000, udałem się na wysoką górę przy samem mieście będącą, na którą godzinę czasu iść trzeba było; na szczycie jej stoi zamek nazwany Wartburg: w nim to Luter Marcin rozkrzewiał i nauczał wyznania swego. W środku gmachu tego stoją wszelkiego rodzaju zbroje, tak one są (szczególnie pałasze) ciężkie, ze żaden z tegoczesnych ludzi robić niemi nie jest w stanie. Wszystkie ściany pałacu tego są nazwiskami tych pokryte, co te miejsce zwiedzali, a oprócz podpisów wielu panujących, jest za szkłem podpis cesarza Piotra Wielkiego.
Po kilkudniowym stąd marszu, przybyłem w dniu 14 października 1808 roku pod miasto Erfurt, w tym to samym dniu, kiedy po ukończonym tu kongresie, cesarz Napoleon otoczony królami i wielu książętami udzielnymi, przy biciu z armat odprowadzał cesarza Aleksandra wyjeżdżającego do miasta Wejmar. Miasto Erfurt leży przy rzece Garze, jest pysznie pobudowane, do 30 tysięcy ludności w sobie liczące, znaczna liczba kamienic stoi na palach, pod któremi szumny bieg czystej rzeki przyjemny widok, a miastu użytek, sprawia. Zwiedziłem tu dzwon znacznej wielkości bo 276 centnarów ważący, w proporcji objętości serce jego jest tak grube jak sześcio funtowa armata; odlany on i zawieszony w dzwonnicy kościoła został r. 1497. Stąd wszedłem w księstwa Nassau, Hessenkassel, Slichtern; w tych tu państwach, miasta są staroświeckim sposobem pobudowane, mieszkańcy zaś w nich są zuchwali i tak złą niemczyzną mówiący, że ich zaledwo zrodzony w Austrji lub Prusiech, niemiec, zrozumieć może; kobiety zaś z białemi zębami są tu tak rzadkie do widzenia, jak śnieg na równinach podczas wielkiego upału, gardła mają niemal wszystkie rozdęte: przypisują tu tę chorobę wodzie niezdrowej. Przemaszerowawszy te małe księstwa, w których co mila drogi, to inny rząd, inne pieniądze, odmienne wojska, nakoniec przybyłem do miasta Hanau, w nim znalazłem wielką już odmianę tak w czystości jak i porządku; leży ono nad brzegiem rzeki Menu: jest pięknie i regularnie pobudowane, lecz nieładne. Stąd na miasto Offenbach do księcia udzielnego Hessenhomburga należące maszerując, w którem prócz wielu

s.44

fabryk, jest największa tabaki, do wielkiego miasta Frankfurtu przybyłem. Miasto to leży już prawie przy ujściu rzeki Menu: prócz swej wielkości jest najnowszym sposobem pobudowane; pomimo rozlicznych w nim gmachów, ratusz przy placu Rosmarkt stojący, jest miasta tego osobliwością; ma on w sobie wielkie w kolumnady sale, w nich to podczas koronacji cesarzy austrjackich, magnaci państwa tego ustawiają złote serwisa na widok publiczny i w nich festyny się odbywają. Miasto to prócz tego iż jest koronacyjnym, jest również sławnem z walnych dwa razy do roku jarmarków. -- Od miasta Offenbach i wsi 0berat, do Frankfurtu, są przy drodze rozliczne domy, znaczne ogrody i winnice, te to dwa miasta formują jedno wielkie i wspaniałe miasto. Znaczna część mieszkańców Frankfortu jest wyznania mojżeszowego, lecz tych sposób życia i ubiór, w niczem się od innych wyznań nie różni, tylko przykazaniem do drzwi każdego domu izraelity przybitem. Prowadzą oni tu znaczne interessa, a handel wszelkich towarów li tylko w ich rękach spoczywa. Stąd przybyłem do miasta i mocnej fortecy Moguncji. Twierdza ta leży na lewym brzegu rzeki Renu, wówczas należała do Francji: dowodził nią marszałek państwa Kelerman książę Valmy; liczy ona się do pierwszego rzędu fortec, z jednej strony oblewa ją bystra rzeka Ren a z drugiej ogromnemi baterjami i fossami jest obwarowana. Miasto same w sobie jest wielkie, lecz nieczyste, a ulice ma tak ważkie i kręte, że trudno przez nie przejechać można. Most na Renie jest na łyżwach postawiony, ma on 2,100 stóp długości. Na prawym brzegu rzeki Renu stoi miasto lubo niewielkie lecz za to czyste, nazwane Kassel; dotyka ono aż do mostu Mogunckiego i razem z Moguncją liczą ludności do 40,000.
Już tu nie w niemieckim, lecz tylko w francuzkim języku potrzeba było porobić listy płacy, obliczenia się z urzędnikami francuzkimi za stołowe pieniądze, obuwie dla oddziału i t.d. Lubo to z trudnością dla mnie nieobeznanego przyszło, jednakże wspomniawszy na przysłowie polskie "że chcącemu nie masz nic trudnego." dokładniem wszystko porobił, przez co postawiłem się w możności dalej przez Francję oddział mój prowadzić. Dozwolono mi tu dni kilka wypocząć; po upływie których porobiwszy wszelkie przygotowania do dalszego marszu, wszedłem znowu w księstwo Hessendarmsztadzkie, Cwajbryk, w końcu stanąłem w mieście Trewier, stołecznem księstwa Trewierskiego. Dzień jeden tu tylko spoczywałem, maszerując

s.45

dalej na rożne małe miasteczka, do miasta i wielkiej fortecy Luksenburga przybyłem. Twierdza ta jest w samych skałach kuta, bagnami otoczona, leży ona przy rzece Alizond czyli Els: miasto liczy w sobie do 20 tysięcy mieszkańców, prócz garnizonu. Stąd wkroczyłem w stare granice Francji, a maszerując na miasto ufortyfikowane Longvi, Momedi, które są przedmurzem od strony Niemiec, do dość dużego miasta Sedan przybyłem. Miasto to odznacza się czystością i porządkiem, a ludność jego składają prawie sami fabrykujący sukno; pomimo rozlicznych tu fabryk, największa jest z nich Brencura, u którego za kilka miljonów złotych polskich sukna gotowego znaleść można.
Za wejściem w granicę francuzką rozpoczął się tu lubo porządny kwaterunek, jednakże dla strudzonego marszem żołnierza nader uciążliwy, albowiem żołnierz przyniósłszy gospodarzowi bilet na kwaterę, zwykle prowadzonym zostaje do najętej przez właściciela domu oberży, a tam lubo zastaje czyste i porządnie usłane łóżko, biały jak śnieg ręcznik, wodę i pantofle drewniane sabo zwane, jednakże prócz tego żadnego zasiłku nie uzyska, musi go sobie sam kupić i aż nadto drogo zapłacić. Nie masz we Francji ludzkości, ani też gościnności nam Polakom wrodzonej. Trafiało się czasem stanąć kwaterą u takiego gospodarza, co również był kiedyś wojskowym, przebywając on w różnych krajach, wymagał tam należnej dla siebie wygody; takowy powróciwszy do kraju swego, najczęściej z nabytkiem zyskanym w obcych narodach, stał się martwym na trudy współkolegi swego i zapomniał o należnej dla niego ludzkości.
Bardzo wielu żołnierzy, pozostawionych tu w lazaretach przy zakładzie legji Nadwiślańskiej, ze mną się złączyło, tak dalece, że wychodząc z Sedan przeszło 400 głów w oddziale moim liczyłem. Stąd maszerując na miasto Mezieur i Szarlewile do wielkiego i koronacyjnego miasta Reims przybyłem; zwykle tu królowie francuzcy, prócz jednego Napoleona, koronowali się. Katedra, w której te wielkie ceremonje odbywają się, jest wielką gotycką budową, tak, że do kilku tysięcy ludzi w sobie mieścić może. Mieszkańcy miasta tego są zamożni , weseli i najwięcej o waleczności swych ziomków mówić zwykli. Reims leży nad rzeką Vesle, w polach bardzo obfitych w dobre wina. Posuwając się w głąb prowincji Szampanji uważałem, że tu lasów nie ma, w miejsce drzewa, wypalają

s.46

z ziemi czarnej rodzaj cegieł torfem zwany i te im służą za opał; do swędu, jaki torf wydaje, trzeba być przyzwyczajonym, nienawykłemu sprawia mocny ból głowy i często większej słabości przyczyną się staje. Cała ta prowincja ma podostatkiem różnego rodzaju wina, najlepsze jest z okolic miast Aii, Eperne, Szalon i Troa. Przechodząc przez miasto Chalons, które leży przy rzece Marn, do kapitalnego miasta Troies de Champagne przybyłem. Miasto to jest wielkie, leży nad rzeką Sekwaną, staroświeckim sposobem pobudowane, ulice ma w sobie tak ciasne, że dwa powozy nigdy się z sobą minąć nie mogą; zresztą prócz natłoku ludzi i kościoła Św. Piotra, który jest ozdobą miasta tego, nie masz tu nic więcej do widzenia. Po kilku dniach marszu, przybyłem do wielkiego i pierwszego rzędu miasta Orleanu, leży ono przy rzece Loara fundowane przez cesarza Marka Aureljusza, do 40 tysięcy ludzi dziś w sobie liczyć może; jest bardzo pięknie pobudowane. Teatr do rzędu pierwszego jest zaliczony, most na rzece jest z surowego kamienia zbudowany, latarniami bronzowemi przyozdobiony a prócz statui Karola VII-o i Joanny d'Arc na moście będących, stoi kolos w środku wielkiego placu, na marmurowym postumencie z brązu lana jest dziewica Orleańska Joanna d'Arc. W tablach bronzowych jest opis historyczny zwycięztwa przez nią odniesionego nad wojskiem angielskiem pod murami miasta w roku 1429. W dniu przybycia mojego do Orleanu, nadjechał z Paryża porucznik Parys. Oficer ten pozostawiony przez półkownika Potockiego celem załatwienia interesów półkowych, przyniósł mnie rozkaz od ministra wojny, abym dopótąd z Orleanu nie wychodził, dopókąd nie nadejdzie tu oddział z różnych polskich półków również do Hiszpanji maszerujący, a co może za dni 14 nastąpi. Kilkoma numerami starszemu ode mnie porucznikowi zdałem nad oddziałem komendę a sam będąc tak blizko stolicy najpierwszej w Europie, śpiesznie do niej udałem się. Dyliżansem jechał razem ze mną oficer z gwardyi cesarskiej, ten po zaprzyjaźnieniu się ze mną przyrzekł oprowadzić mnie po miejscach wartych widzenia. Z wielką niecierpliwością patrzałem na toczące się koła dyliżansu a mijając liczne wioski, w nich pięknie pobudowane letnie pałace, nakoniec wjechaliśmy na nieskończenie długie przedmieście, a po kilko-godzinnej jeździe stanęliśmy przecie w Paryżu.
Dyliżans zajechał do oberży amerykańskiej w blizkości placu La Victoire będącej, tu zająłem wraz z oficerem

s.47

Gwardji numer jeden, a po chwilowym tylko spoczynku wspólnie udaliśmy się meldować komendantowi placu. Za powrotem do oberży mój mentor prosił mnie, abym tylko jedną godzinę czasu na niego poczekał, po której przyrzekł powrócić i mnie zabrać z sobą; dotrzymał on słowa, lecz się mocno zadziwił, żem dotąd nie był po cywilnemu ubrany; najprzód oświecił mnie, że w Paryżu ci tylko oficerowie mundury noszą, którzy są na służbie, powtóre posłał swego służącego do pałacu zwanego Paleais-Royal po ubiór dla mnie cywilny a nie wyszło pół godziny czasu powrócił służący i przyniósł cały strój cywilny dla mnie tak dogodny, jak gdybym go tak umyślnie robić polecił. Po przebraniu się, udaliśmy się naprzód do wzwyż rzeczonego pałacu. Gmach ten jest czworokątno podługowaty, na kilka piątr wzniesiony, na dziedzińcu drzewami są powysadzane aleje, pomiędzy któremi nieustannie niezliczona liczba ludzi spaceruje. Wewnątrz tego pałacu w około są arkady szerokie a w nich najbogatsze sklepy, banki, wekslarze, różnego rodzaju rzemieślnicy, oberże, kawiarnie, gry publiczne; największa z nich tak nazwana Rouges et noire przynosząca rządowi kilka miljonów franków rocznego dochodu, słowem w tym tu wielkim gmachu wszystko się mieści co tylko do dobrego i rozkosznego życia potrzebnym być może. Dawniej gmach ten był mieszkaniem królów, dziś jest siedliskiem wszelkiej rozkoszy i zbytku. Wstąpiliśmy na śniadanie do restauracji Verego jednej z najsławniejszych; zastaliśmy tu salę jadalną gustownie ustrojoną, pomimo rozlicznych stołów i stolików, stał postument nakształt tronu zrobiony, na którym siedziała piękna kobieta rachunek utrzymująca, garsonowie byli wyświeżeni, wygorsowani, podawali potrawy w srebrnych naczyniach, u spodu spirytusem palących się; nie tylko znaleźliśmy wykwintność w potrawach, ale nawet i w zdawaniu reszty: na zapytanie nasze wiele się należy, pobiegł garson do pani utrzymującej rachunek a ta podała mu na srebrnej tacy tak pięknie napisaną należytość, jak gdyby z rąk najlepszego sztycharza wyszła. Po zapłaceniu więcej nad żądanie, przyniósł nam wprawdzie garson na tacy resztę, lecz zdala ją tylko pokazał, ukłonił się i odszedł, otóż i nowy sposób wyłudzenia pieniędzy za należną usługę. W następnym dniu udaliśmy się do pałacu Luksemburg, tam gdzie jest najsławniejsza w świecie galerja obrazów. -- Napoleon podbijając różne narody, zabierał z nich oryginalne najsławniejszych mistrzów malowidła i tu je umieszczać zalecił. Nad oglądaniem

s.48

tych arcydzieł sztuki malarskiej zeszło nam aż do objadowej pory; mój kolega zaprowadził mnie znów do restauracji w suterenach będącej; spuściwszy się po kilkunastu schodach na dół, znaleźliśmy obszerną salę zwierciadłowe ściany mającą, zasiedliśmy do stołu, przy którym już do 60 osób siedziało, a przez odbijanie w zwierciadłach drugie tyle mnożyło; czystość bielizny stołowej, szybka usługa, smak potraw, wino do stołu na dyskrecją stawiane, muzyka wyborna, wszystko to nęciło, gości a pomnażało dochód gospodarza. Obiad w tej restauracji nie był droższy nad trzy franki od osoby czyli złotych polskich cztery groszy 24. We wszystkich restauracjach (prócz Paryża) zwykle kobiety do stołów usługują, a że żadnych zasług od swych pryncypałów nie biorą i przeciwnie, za to że im dozwalają służyć, stosownie do umowy swym panom płacą, takowe to kobiety po skończonym obiedzie lub kolacji, z talerzem w ręku w około gości chodzą, a ci im podług upodobania za usługę płacą. Wieczorem udaliśmy się do teatru wielkiej opery; teatr ten jest obszernym, tak iż siedząc w loży po jednej stronie, trudno rozpoznać można po drugiej osoby siedzące. Dokładna gra aktorów, czysto wyrobione głosy, zgrabni tancerze, prędka zmiana dekoracji, najwyborniejsza orkiestra złożona z najpierwszych wirtuozów płatnych po kilkanaście tysięcy franków rocznie, w zachwycenie każdego wprowadza. Paryż liczy 800,000 ludności stałej, prócz garnizonu i cudzoziemców czasowo tu bawiących, a jednakże miasto dodaje tej operze, kilkakroć sto tysięcy franków rocznie, na wystawne jej utrzymanie. Po godzinie 11-ej wyszliśmy z opery i jeszcze raz wprowadzony zostałem do Palais Royal, zastałem go tak oświeconym, jak gdyby naród, po wielkiem jakiem zwycięztwie luminacją palił, weszliśmy do kawiarni Milles Colonnes (tysiąc kolumn) zwanej; prócz bocznych pięknie urządzonych pokoików, jest tu sala w same kolumny pobudowana, zwierciadłowe ściany mająca, których to kolumn przez odbicie się w zwierciadłach tysiąc naliczyć można i stąd to salą tysiąc kolumn nazwaną została. Zastaliśmy tu kilkaset osób tak mężczyzn jak i kobiet, chłodnikami i innemi trunkami zajętych; z prawej strony sali, prawdziwie jak królowa na tronie, siedziała cud piękności kobieta, wystrojona, wybrylantowana, mnóstwem wazonów z kwiatami i światłem woskowem obstawiona, była to gospodyni domu utrzymująca rachunki i dozierająca w sali ogólnego porządku, nazywano ją La belle Lemognadere, jak twierdzono podówczas, była ona jedną z naj-

s.49

piękniejszych kobiet francuzkiej stolicy. O godzinie dopiero pierwszej po północy wróciliśmy do naszego mieszkania. Po trzy-godzinnym zaledwie spoczynku, rozpoczęły się krzyki po ulicach niesłychane: tu chrapliwym głosem woła kobieta, "zieleniny, zieleniny kupcie"; tu rzeźnik mając na wozie mięso, przez psów ciągnione, zatrzymuje się przed każdym domem i donośnym głosem krzyczy: "mięsa kupić, mięsa"; tutaj znowu woziwoda, wioząc beczkę na małym wózku, krzyczy nielitościwie: "wody, wody" i takową na konewki sprzedaje; tu "chleba", tu ,,mleka" i tym podobnie krzycząc, spoczynku nikomu nie dają; jeszcze się jedne chrapliwe głosy nie uciszyły, to znowu drugie jeszcze donośniejsze słyszeć się dają; małe chłopaki, biegając po ulicach, wrzeszczą z całego gardła: "kupcie panowie, kupcie, batalję wygraną za dwa sou" -- rozumie się, że doniesienia sprzedają. Dopiero o godzinie 11-ej przedpołudniem uciszać się ta wrzawa zaczyna, bowiem każdy, czyli to ubogi, czyli bogaty, zabiera się do śniadania a la fourchette zwanego; i my też podobnie udaliśmy się do oberży przy ulicy St. Honore wówczas egzystującej; wykwintności wprawdzie takiej jak u Verego nie znaleźliśmy, lecz za to smak potraw i wyborne wino Bordo było daleko lepsze; stąd udaliśmy się do pałacu Louvre, w którym jest najpierwsze w świecie muzeum. Na oglądaniu tam przepysznych arcydzieł, zeszło nam aż do obiadu, dla zmiany poszliśmy do restauracji przy ulicy Bulwary, obok chińskich kąpieli będącej; po skończonym wybornym obiedzie, idąc celem zwiedzenia pałacu Tuilerij, mieszkania cesarza Napoleona, zastałem przy każdym rogu ulicy mnóstwo porządnych ludzi, powodem tego były gry, jako to lewki, koście, loteryjki i t. d. Francuzi bawią się jak małe dzieci, byle co ich zajmie, i są stąd uradowani; uważałem z pilnością, iż w niektórych miejscach okrążono chłopca, który przywiązawszy sobie nos woskowy i uczepiwszy kawał kolorowej szmaty do kija, wywijając nim, improwizował, opowiadał jakim sposobem i gdzie batalja wygraną została, ile nieprzyjaciołom Francuzi krajów i bogactw zabrali. Taki to mówca, otoczony najporządniejszemi mieszkańcami pierwszej w Europie stolicy, odbierał częste oklaski i hojne wynagrodzenia. Naśmiawszy się z amatorów podobnego głupstwa, przed pałac Tuilerij przybyliśmy. Gmach ten jest staroświecko, lecz aż nazbyt obszernie zbudowany; dziedzińce ma wielkie, sztachetami na fundamencie ciosowym ogrodzone, przed wchodem do tego gmachu stała brama znacznie wysoka, była ona

s.50

podówczas z samych N pobudowana, na niej stały cztery konie, zaprzężone do wozu tryumfalnego, z bronzu lane, były one arcydziełem weneckiej roboty. W r. 1806, po zawojowaniu Prus, Napoleon rozkazał ten wóz z końmi z Berlina do Paryża sprowadzić. Z tyłu tego pałacu jest ogród przyozdobiony pysznemi posągami bronzowemi, kaskadami, altanami. Ogród ten założony został przez sławnego botanika Le Notre, dotyka on do placu, na którym stał posąg Ludwika XV. Za tym placem zaczyna się przechadzka, polami Elizejskiemi nazwana a ciągnąca się aż do lasku Bulońskiego. Z prawej strony widzieć się daje rzeka Sekwana, a na niej granitowe mosty tak dawne, jak i po zwycięztwach stawiane; najładniejszy z nich jest cały żelazny, zwany Austerlicki. Mieliśmy jeszcze wielką chęć zwiedzić mieszkanie wewnętrzne cesarskie, lecz nam to dozwolonem nie zostało. Stąd udaliśmy się do teatru francuzkiego, w którym wyborna gra aktorów rzetelnie mnie zabawiła. Ażeśmy byli dnia tego dosyć sfatygowani, udaliśmy się wcześniej jak zwykle do spoczynku. Skoro tylko dzień zajaśniał, mój kolega rozpoczął układać plan codziennego zwiedzania bibljotek, po zwykłem śniadaniu udaliśmy się naprzód do bibljoteki królewskiej przy ulicy Richelieu będącej; niezliczona liczba dzieł, wzorowy porządek, czystość i wolność czytania każdego dnia, zaszczyt temu narodowi przynosi. Po wcześniejszym jak zwykle obiedzie, poszliśmy zwiedzić bibljotekę Mazarini zwaną, przy placu Beux-arts będącą, w której również wolność czytania każdemu jest dozwoloną. Wieczorem, dla zmiany, poszliśmy do teatru Odeon, a po skończonej sztuce dość miernej, udaliśmy się na spoczynek. Tylko co dnieć zaczęło, odebrałem z placu kommendanta Paryża, rozkaz udania się z powrótem do Orleanu, bowiem oddział zebranych tu Polaków już wymaszerował tam, utraciłem więc przez to sposobność widzenia jeszcze niezliczonych a cudownych rzeczy, lecz dopełniając rozkazów władz wyższych, zmuszony zostałem najpyszniejszą w świecie stolicę opuścić. Serdeczne uściskania były podziękowaniem zacnemu oficerowi gwardji za jego fatygę i uprzejmość, a wówczas kiedy mi życzył szczęśliwego odbycia trudnej kampanji, dyliżans ruszył ze mną z Paryża do Orleanu. Przybyłem tu w dzień świąteczny, uważałem z pilnością jak Francuzi w święto bawić się zwykli; zbierają się oni po za miastem na trawnikach, zwykle pod lipami i tam tańczą czyli skaczą jak kozy: niektórzy w drewnianych trzewikach kontradansa skaczą, często

s.51

spektatorowie pomieszają się tak z tańcującemi, iż nic widzieć ani słyszeć nie można, prócz opasłego skrzypaka, który zwykle na beczce lub drzewie siedząc, zmiany figur ogłasza. Po skończonym tańcu roznoszą kobietom syder, jabłecznik, a ten im służy za lody. W tym to mieście co rok dnia 8-go maja bywa wielka uroczystość z powodu oswobodzenia go z rąk angielskich w r. 1429 przez sławną dziewicę orleańską Joannę d'Arc, która po wygraniu kilku znacznych bitew, nakoniec w niewolę zabrana, w mieście Rouen stolicy Burgundji, d. 30 maja 1431 roku spaloną została.
Zauważałem i to, że o ile w dużych miastach widzieć można rozwiązłego życia, o tyle skromności w każdem miasteczku i wiosce znaleźć można.
Rolnicy z dwóch klass ludzi składają się: z właścicieli i dzierżawców; ostatni pomimo ciężkich prac, zbyt nędzne życie prowadzą: i tak parobek wychodzący w pole na robotę, dostaje na śniadanie kawałek chleba, wprawdzie pszennego i na nim gruszkę lub trochę powideł; z tym to posiłkiem pracuje on aż do godziny 5-tej w wieczór, wówczas wraca do domu na obiad, który zwykle składa się z zupy cebulowej, zaprawnej oliwą i trochę grochu szablastego, jedną małą szperką słoniny okraszonego: smażona owa słoninka tyle miejsca w misie zajmuje, ile wiórek na wielkim oceanie; wolno mu jest do tego napić się najczęściej kwaśnego sydru, i z tem to uraczeniem dla strawności, spać się kładzie.
Nadszedł też dzień wymarszu mego z Orleanu, polecono nam, z znacznie już powiększonym oddziałem, udać się na miasta Poitiers, Tours, do wielkiego miasta Bordeaux. Przybywszy nad rzekę Garonnę, na której, dla bystrości i niestałego gruntu, mostu postawić nie mogą i tylko promami ludzi i wszelkie towary przewożą, co utrudza komunikacją z miastem tak wielkiem, -- bulwar z ciosowego kamienia dzieli rzekę od miasta, na którym najnowszym gustem postawione domy i przepyszne pałace, cudowny widok każdemu sprawiają. Miasto to uważać można za najpiękniejsze i najhandlowniejsze a przez to najbogatsze w całej Francji; domów ma przeszło ośm tysięcy a ludności 150,000; ma w sobie akademją, a dom wielkiej giełdy jest jego ozdobą; dzieli się ono na stare i nowe miasto. W nowem stoi, przy obszernej ulicy alejami wysadzanej, teatr, który tak z pięknej budowy, jako i z dobrych aktorów śpiewaków,

s.52

mało co wielkiej operze paryzkiej ustępuje. Oberże, wszelkiego rodzaju zabawy, gry publiczne, cukiernie, restauracje, są tu do najwyższego stopnia wykwintne. Wino tu zrodzone jest dosyć drogie, bo za jedną butelkę prawdziwego Bordeaux płaciłem franków trzy, czyli złotych polskich cztery, groszy dwadzieścia cztery. Sławne są tu szynki i wszelkiego rodzaju wędliny. Wódki wyrabiane w tem mieście, wcale gdańskim nic ustępują. Szalupy i brygantyny z morza Oceanu Wielkiego, pod sam bulwar przypływają, przez co mnóstwo cudzoziemców do miasta codziennie przybywa i ruch w niem, i tak wielki, pomnaża. Rzeka Garonna co każdą dobę do 20 łokci przybiera i na powrót opada, cud ten natury jak wiadomo nazywa się flux et reflux. Przyjemnie jest tu wojażującemu patrzeć na mnóstwo w porcie stojących statków, które, z przybytkiem wody z oceanu w stronę jej biegu same się obracają, a z ubytkiem jej, napowrót kierunek swój biorą. Można tu kilka tysięcy ludzi w porcie pracujących widzieć, którzy jak mrówki od rana do ciemnej nocy ładowaniem i barkowaniem towarów są zajęci. Gubernator tutejszy, zebrawszy kilka bataljonów wojska z różnych narodów, za półkami pozostałych, do których i nasz oddział wcielił, rozkazał do Hiszpanji maszerować. Wkroczyliśmy najprzód w prowincją Gaskonji, a przybywszy do miasta Dax, które leży przy rzece Adour, z podziwieniem patrzałem na wytryskujące tu źródło, z którego tak gorąca siarczana woda wybucha, iż w niej rzeźnicy wieprze oparzają. Natłok ludzi z Francji, Włoch i Hiszpanji bywa tu ogromny, celem poratowania zdrowia, tak jest źródło to wielce pomocnem. Gaskonję można śmiało stepami Francji nazwać; nie masz w niej dobrych dróg, zwykle w całym tym kraju bitych, ani pięknych miast i wygód podróżującym potrzebnych, -- bagna tylko i gdzie niegdzie w polach chróst mały jest tej części kraju ozdobą.
Z podziwieniem patrzałem tu na ubiór chłopów i zaprzęgę wołów. Włościanin ma na sobie suknię bez żadnego kroju; dwa bryty ordynaryjnego sukna, zwykle koloru kapucyńskiego, w kupę są zszyte a po obu stronach są pozostawione otwory, przez które gołe ręce wyścibiają. Suknia ta jest tak długą, że kostek u nóg dojrzeć nie można, przez co czyni ona ruch człowieka niezgrabnym; głowy przykrywają czapką, nazwaną montera, która jest zrobioną w podobieństwie do grzyba dużego i jest ich całą ozdobą. Zaprząg zaś wołów, jest następujący: radło lub wóz ciągną woły rogami, a chłop nie popędza, jak się zwykle

s.53

wszędzie dzieje, tylko idzie przed niemi, trzymając w ręku długi pręcik na końcu cieniuchnym żelazem okuty: tym to pręcikiem, gdy chce, aby woły prędzej w prawo lub w lewo udały się, kole je przez swe ramię i komenderuje gdzie się obrócić mają. Minąwszy przecie tę francuzką pustynię, stanęliśmy w pogranicznem mieście i fortecy Bajonnie. Twierdza ta jest od strony Hiszpanji mocno ufortyfikowana, a miasto w pośród niej jest dosyć duże, piękne i handlowne, szczególnie wełną hiszpańską. Rzeka sławna, nazwana Nive, przepływa środkiem miasta, łączy się z rzeką Adourem i obiedwie stanowią port dosyć dogodny. Na artylerją nasze marszowe bataljony były obowiązane czekać tu dni 8: przez przeciąg tego czasu cały polski oddział stanął we wsi zwanej Biarriz nad samym brzegiem morskim oceanu leżącej. Początkowo słuch nasz trudno mógł i nawyknąć do huku, jaki tu morze wydaje: bałwany, odbijając się o skały brzeżne, taki grzmot sprawiają, jak gdyby bajaljonami ognia dawano a w odległości wydawało się, jak gdyby ogień karabinowy nieustannie był czynnym. Tu to pierwszy. raz w mem życiu puściłem się statkiem rybackim na wielki ocean i przez czas trzygodzinny na takowym zostawałem i to bez szkodzenia zdrowiu mojemu, czego jednak żaden z mych kolegów dokazać nie był w stanie.
Po upływie dniu 8-u wyruszyliśmy na miasto Saint-Jean de Luce jeszcze do Francji należące, a minąwszy most na małym graniczącym strumyku będący , do miasta Yrun pierwszego w Hiszpanji przybyliśmy, dnia zaś następnego w mieście Toloza stanęliśmy. Miasto to leży w prowincji Biskai, w której mówią językiem Basque tak trudnym, że nawet rodowici Hiszpanie zrozumieć go nie mogą. Tu już znaleźliśmy wielką zmianę od wszystkich dotąd widzianych przez nas krajów. Naprzód miasto Tuluza jest brudne, ulice ma w sobie tak ciasne, że parą koni zaledwie przez nie przejechać można a domy choć wprawdzie są z kamienia murowane, jednakże żadnej powierzchownej piękności nie mają, każde okno jest kratą żelazną obwarowane, słowem nie do miasta, lecz do jakiegoś ścisłego więzienia jest podobne. Mieszkańcy tej prowinncji twierdzą, że są wszyscy najdawniejszą szlachtą hiszpańską, która wielkie prerogatywy w tym kraju posiada. Stąd zaczęliśmy przechodzić góry, prawie najwyższe w Europie, Pireneje; są one tak nad powierzchnią morza wzniesione, że ich często chmury przecinają a na wierzchołkach przepaścistych skał śnieg leży zlo-

s.54

dowaciały, którego nigdy słońce nie topi; po tych tu urwiskach kozy dzikie, zwykle koloru blado-żółtego, z szybkością błyskawicy biegają. Ogromne bryły skał, pochyło przy trakcie sterczące, grożą człowiekowi zupełną zagładą jego, słowem w tych tu olbrzymich skałach jest potężny strach z największą rozkoszą człowieka. Dwie zaś góry, pierwsza Montperdu druga Maladetta, wznoszą się po nad powierzchnię morza o 1700 sążni. Pomimo, że kilka mil drogi po tych krętych skałach w górę iść trzeba było, jednakże przykrzyć się droga ta w żaden sposób nam nie mogła, z powodu szerokiego wybrukowanego traktu i miłego uroku i patrzenia na rozrzucone domki, ogrody, po wierzchołkach skał będące. Takie są tu zakręty w trakcie bitym, że z góry patrząc, zdaje się, że jedni naprzód idą a drudzy na powrót schodzą, lubo wszyscy ci sami naprzód tylko postępują. W przechodzie tak górzystym nic się tak nie przykrzy, jak nieznośne piszczenie tutejszych wozów, piszczą one z powodu następującego. Oś, na której koło beż szczebli siedzi, jest czworograniasta a dopiero pod spodem wozu okrągła, ta okrągłość obraca się wraz z kołem w kabłąku do spodu woza umocowanym i ztąd wynika, że im się więcej na takowy woz ładuje, tem więcej ciężarem do osi przyciska i piszczy, tak dalece, że to nieznośne piszczenie w odległości mili drogi słyszeć się daje. Nakoniec weszliśmy na szczyt góry Montperdu zwanej, a za spuszczeniem się na równinę do miasta Victoria przybyliśmy. Od tego to miasta zaczyna się dopiero mowa kastylijska czyli prawdziwa hiszpańska. Victoria jest miastem dość dużem, lecz równie jak w Tuluzie ulice ma w sobie zbyt ciasne, które podczas wielkich upałów, od marca aż do października nielitościwie tu dokuczających, zaciągnięte ma z dachu jednej strony ulicy na drugą płótna, i te chronią mieszkańców od skwaru słonecznego. Natrafiłem tu na dzień świąteczny, w którym z podziwieniem patrzałem na próżniacką zabawę Hiszpanów; ze średniej klassy ludzie i chłopi wybierają najstarszą osobę z familji, ta siada przed progiem domu swego na ziemi, bierze pomiędzy swoje nogi drugą osobę, ta trzecią, czwartą i t. d. wszystkie te osoby, nie żenując się przechodniów, porozpuszczają swoje długie włosy i tak od południa aż do ciemnej nocy jedni drugich czeszą. Stąd maszerując na miasto Miranda, przy którem płynie największa rzeka w Hiszpanji Ebro, do Miasta Burgos przybyliśmy. Miasto te, chociaż staroświecko pobudowane, jednakże ma w sobie większe domy i place, jak dotąd przez nas

s.55

były widziane, leży przy rzece Arlanson. Na miesiąc czasu przed przyjściem tu naszem, pod samem miastem stoczył batalję, na czele wojska swego, sam Napoleon, przeciw wojsku angielskiemu, dowodzonemu przez jenerała Welesley, dziś Wellingtona. Po zwykłem na stronie Francuzów zwycięztwie, rozkazał Napoleon gwardji swojej pieszej, aby otoczyła katedrę i nie dozwoliła zwycięzcom linjowym niszczyć tego tak świętego i pysznego przybytku. Katedra ta jest w bogactwa znacznie obfita a oprócz tych ma jeszcze rzadki w świecie organ; w wielkim ołtarzu jest Pan Jezus mozajkowy, za arcydzieło przez znawców uznany. Świątynia ta jest tak obszerna, że kilka tysięcy osób w sobie wygodnie pomieścić może. Niektórzy Polacy z gwardji Krasińskiego Wincentego, zwiedzili o pół mili drogi stąd sławny Panteon, do którego w dawnych wojnach jenerał francuzki nazwiskiem Tieubolt, sprowadził z klasztoru Benedyktynów Św. Piotra de Cordoba, popioły sławnego Cyda i żony jego. Z Burgos, maszerując na różne małe miasteczka, do dużego miasta Valladolid przybyliśmy. Leży ono przy rzece Pisuerga w prowincji Starej Kastylji, mieszkańców liczy w sobie 30,000; dawniej królowie Kastylscy rezydowali tu w zamku, po dziś dzień jeszcze w dobrym stanie będącym.
Valladolid jest miastem dużem i pięknem; placów publicznych ma kilka znacznej obszerności, a bogactwa mieszczące się w kościołach są nader wielkiej wartości; jest ono największem i najhandlowniejszem na trakcie głównym z Francji do Hiszpanji środkowej, czyli do stolicy Madrytu. Są tu wielkie składy wełny z najlepszych merynosów zbierane, po które przybywają, i kupują kupcy angielscy i francuzcy; wyrabiają oni w swych krajach z niej sukno i takowe napowrót drogo Hiszpanom sprzedają. Pochodzi to z wrodzonej gnuśności tutejszych mieszkańców, bo kraj ten pomimo tego, że wszystko posiada, co tylko do dobrego życia i odzienia ludziom potrzebnem być może, przez brak industrji i szczerej chęci, wysyła miljony piastrów w obce kraje za płody, których aż nadto w swoim posiada. Dostałem tu kwaterę u jednego z pierwszych obywateli nazwiskiem Don Antonio Diaz de Rivera, ten przecie wiedząc, że Polacy są prawowierni chrześcijanie, zaprosił mnie na wieczorną zabawę. Za przybyciem mojem do sali, zastałem już licznie zebraną jego familję a prócz niej księdza, którego majordomo nazywano, bowiem w całym tym kraju usilnie się starają, aby przy każdej familji był taki majordomo czyli przy-

s.56

jacielski doradca i nauczyciel religji katolickiej. Skoro do stołu zastawiono, zbliżył się najprzód ów ksiądz i pobłogosławił modlitwą zastawione potrawy, później zajął miejsce obok najpiękniejszej córki gospodarza: najprzód dano na stół potrawę gaspacio, jest to chłodnik, który się składa z zimnej wody zabielonej tartym czosnkiem, z surowych w kostkę nakrajanych ogórków i siekanego białego chleba; na drugie danie postawiono potrawę zwaną la-ola czyli ola-podrida, potrawa ta gotuje się w dużym kociołku, mieści w sobie wołowe, baranie i wieprzowe mięso, kury, kiełbasy, groch cukrowy i wszelkiego rodzaju zieleniny; massa z mięsiwa tego wydaje rosół tak mocny jako buljon; mięsiwa zaś każde sosem oliwnym z odmiennemi przyprawami polane, stanowią najwyborniejsze dla nich jadło. Co do mnie, to tą razą dane na stół wyborne konfitury, ciasta, i różnego rodzaju wety, dość posiliły zgłodniały mój żołądek. Powód, dla którego w tym kraju wszystkie potrawy oliwą są za-prawne, jest ten, że tu masła wcale nie mają, przychodzi ono czasami do portów tutejszych z Hollandji i Anglji, naładowane w kiszkach wołowych i baranich, które na łokcie i inne miary sprzedają.
Po dwóch dniach spoczynku wymaszerowaliśmy w góry Somosierskie, w których do miasta Segovji przybyliśmy. Miasto to nie jest zbyt wielkie, lecz pięknie na wysokiej skale pobudowane; na najwyższej stoi zamek nazwany Oleazar, z pod którego biją ze skał gwałtownym pędem kaskady, i tu obijając się o ułomki gór, szum zadziwiający czynią. Segovia od Rzymian czyli Celtiberów zbudowana i nazwana Segubia, pobudowana ona jest w ciasnych i krętych ulicach, po nad dwiema rzekami Erezmie i Clamores; przy pierwszej stoi pięknie zbudowana mennica, która najwydatniejsze pieniądze wybija; w całem tem mieście żadnej studni nie ma, tylko przez sam środek miasta ciągnie się wodociąg, jeszcze za panowania tu Rzymian postawiony. Murowany on jest z samego ciosowego kamienia, ołowiem zalewanego, ma trzy tysiące kroków długości a fundamentalnych arkad 177. Wierzchem tego wodociągu płynie z gór odległych cynowemi rynnami czysta i najzdrowsza woda; te rynny mające kommunikację z rurami w arkach będącemi, najświeższej wody każdemu domowi dostarczają.
Pierwszy to raz z wielkiem podziwieniem patrzaliśmy na ten cudowny wodociąg, który nas łatwo przekonał, że w owym

s.57

czasie kiedy tu Rzymianie panowali, było aż nadto wybornych architektów i mularzy. Wodociąg ten już przez ciąg lat dwóch tysięcy istnieje, a żadnemu uszkodzeniu dotąd nie uległ. Jeszcześmy tu jeden zamek wart widzenia zwiedzili, nazwany on jest Oleazar, w nim to dawniej królowie mieszkali, dziś służy za więzienie przestępcom politycznym, sławnym on jest z osadzenia w nim Idziego - Blas.
Stąd zaczęliśmy przechodzić góry Somosierskie, których pasma łączą się z górami Sierramoreńskiemi, odległemi stąd o mil polskich 30. Na tych tu górach rzadko kiedy śnieg lub lód topnieje, przez co klimat w tych stronach jest najniezdrówszy; w dzień zeszedłszy cokolwiek na równiny, słońce tak dokucza , że aż oddech w człowieku tamuje, w wieczór zaś i w nocy takie zimno bywa, że bez dobrej odzieży trudno wytrzymać. Przeszedłszy te wielkie lodowate góry i małe mniej znaczące miasteczka, do stołecznego miasta Madrytu przybyliśmy.
Madryt jest miastem wielkiem i pięknie zabudowanem. Wjazd do niego ze wszystkich stron alejami wysadzony, stoi na pięknej równinie, prawie w samym środku całego królestwa, w około górami opasany, płaszczyznę przecina rzeka Manzanares. Ulice niektóre są tu dosyć szerokie, kamienice na trzy i cztery piętra wzniesione. Pałac królewski, lubo staroświeckim gustem zbudowany, jednakże z obszernej jego budowy, poznać można, że jest królów katolickich mieszkaniem; leży on nad brzegiem rzeki Manzanares, wyrestaurowany został za panowania Karola III roku 1734; w tym gmachu, prócz mnóstwa przepysznych apartamentów, alabastrów, jest sala tronowa nazwana Los Reinos, w niej są lustra tak wielkie, jakich w żadnej stolicy Europy nie znajdzie, schody do tego rezydencjonalnego pałacu, korytarze i przedsionki są ozdobione malowidłami sławnych malarzy Rubensa, Korredźia i t. p. W środku tego gmachu, stoi budowla nazwana Armeria, w której są zachowane miecze najsławniejszych rycerzy, jako to Pelagjusza, Rolanda, Cyda i Franciszka I, walczącego pod Pawją, niemniej zawiera w sobie mnóstwo strzał, maszyn, pierwszych wynalazków karabinów i muszkietów. Madryt ma kościołów i klasztorów sto trzydzieście i trzy, największy i najwspanialszy z nich jest Panny Maryi, nazwany Nuestra Seniora de Atocha; koszar ma kilka murowanych, największe z nich są przerobione z pałacu królewskiego a dziś nazwane

s.58

Bon-Retiro, w tyle tych koszar jest ogród, w nim stoi posąg króla hiszpańskiego Filipa drugiego; ten posąg jest z bronzu lany, monarcha siedzi na koniu wspiętym na dwóch tylnych nogach, strój rzymski jego, mankiety nakształt koronki odlane, cugle, gors od koszuli i siatka na koniu są mistrzowskiej roboty, szkoda, że tak piękny posąg w tak niedogodnem i ukrytem miejscu stoi. W tych tu koszarach można wygodnie kilka półków pomieścić, a prócz tego w oficynach jest fabryka porcelany. Do tego gmachu dotyka ulica zwana Prado, jest to spacer publiczny alejami po obu stronach wysadzony, w środku alabastrowemi fontannami przyozdobiony, których wraz z figurami jest 17; każdego pogodnego dnia wieczorem, można na tym tu spacerze kilkanaście tysięcy ludzi z różnych klass widzieć. Bocznemi alejami spostrzegać się dają karety i konno jadący, uważałem, że karety są tu jeszcze staroświeckim sposobem pobudowane, po sześć i ośm mułów do każdej zaprzęgają. Muły te poubierane były w siatki, przy łbach miały kokardy i pióra, po których warty poznają godność jadącego; w środku zaś pierwszej pary biegnie człowiek nakształt laufra ubrany, ten trzymając rękoma musztuki, w miarę poganiania wraz z mułami leci. Kobiety są tu powszechnie piękne, wzrost ich jest nieco mniejszy jak w innych prowincjach a pomimo najostrzejszej religji są Madrylenie (tak ich Hiszpanie zowią) do najwyższego stopnia rozpustne. Tu w Madrycie tylko pierwsza klassa ludzi nosi się tak jak zwykle w innych stolicach, klassę zaś drugą i trzecią rozpoznać można po ubiorach następujących: Mieszczanie noszą płaszcze pąsowe, końcem takowych owijają szyję, a kapelusze z tak dużemi rondami noszą, że się największemu przetakowi polskiemu zrównać mogą, nawet księża w takowych kapeluszach chodzą. Klassa zaś rzemieślnicza i wyrobnicy, noszą płaszcze koloru kapucyńskiego, na głowie mają czapki nazwane monteri, które są czarnemi kutasikami przyozdobione: najwięcej jest takich, co swoje długie włosy w siatki kolorowe chowają, każdy z nich opasuje się pasem włóczkowym koloru pąsowego lub zielonego, do trzewików przypinają kamasze skórzane wysokie aż do kolan, kamasze te zapinane są na srebrne wypukłe guziki.
Co do mężczyzn, to ci twarze mają brunatne, oliwkowe, ponure, jednakże obejście ich jest w ogóle uprzejme, nigdy nie pominą przechodzącego lub podróżnego, niepowitawszy go słowami: Dios guarda a ustet, Vaia ustet con Dios

s.59

Cavalero, co znaczy ,,niech was Bóg strzeże, Bóg z wami niech będzie panie kawalerze." Kobiety są tu wszystkie piękne, bo oprócz zgrabnych swych figur, nogi mają nadzwyczaj małe a przy białem ciele, włosy i oczy jak heban czarne; ubiór ich, kiedy do miasta lub kościoła idą, jest podobnym ubiorowi zakonnic. Suknie noszą czarne, raczej morowe, nazwane Basquinias, w staniku i na rękawach, mają dużo frenzli i kutasików jedwabnych a obrąbek u wierzchniej sukni ma w sobie szrót zaszyty, który ciężarem swym ociągając suknię, wykształca im figury. Każda ma twarz welonem zasłoniętą, jednakże, jak się to zwykle wszędzie dzieje, ta co jest piękniejszą rzadszym welonem twarz okrywa.
Hiszpanka nigdy głowy swej przed nikim nie uchyli, jeżeli spotka kogo znajomego, podówczas trzymając zwykle w ręku wachlarz, tym kilka razy poruszy i to jest oznaką grzecznego powitania. Mężczyźni szczególną grzeczność w paleniu sygar zachowują, najprzód każdy z nich ma przy sobie tabakierkę, w której chowa kilka kawałków tłustego i mocno ubitego tytuniu, chcąc sygaro zapalić kraje dużym nożem, zwykle przy sobie noszonym, ów tłusty tytuń na najdrobniejsze kawałki, później w przysposobione do tego papierki wsypuje go, zakręca, i tak przez siebie zrobione sygaro zapala, gdy spotka kogo niepalącego, pyta się: "chcesz pan palić, to proszę", jeżeli tamten nie podziękuje słowami: "graciias, non me gusto aura de fumor", to jest: "dziękuję nie mam chęci teraz palenia" wyjmuje natychmiast z ust swoich sygaro i zapytanemu oddaje, ten podobnież postępuje, więc nim się sygaro dopali w kilku ustach tym sposobem być może. Nawet i damy z klass wyższych palą tu sygara, są one delikatną słomką powleczone i nazwane Pakitas.
Uważałem tu z pilnością, że każdego dnia o godzinie 7-ej w wieczór, bić zaczynają w dzwony, na który to znak cały Madryt, składający się z 13 parafij i 160,000 ludności, przestaje być czynnym. Stangreci konie swoje w biegu wstrzymują, rzemieślnicy pracować przestają, a każdy pieszo idący staje na miejscu jak wryty, zdejmuje czapkę lub kapelusz i odmawia modlitwę wieczorną zwaną la Oracion, po skończeniu takowej, jeden do drugiego lub wcale nieznajomego obraca się i przy ukłonie dobrego wieczoru życzy.
Hiszpanja ma ludności przeszło jedenaście miljonów: z pomiędzy tej liczby pewno narachować można do miljona przez

s.60

próżniactwo żebraków, ci ludzie siadając zwykle w miastach, przy każdym rogu ulicy i wtórując na fałszywie nastrojonej gitarze, przez niewiadomość fałszywie tłumaczą przechodniom tajemnice wiary, wyłudzając za tę niewłaściwą posługę niesłuszną nagrodę. Dnia 3 mego tu pobytu poszedłem zwiedzić gabinet naturalny przy ulicy Alkala będący, ulica ta, jest tak szeroka, jak rzadko w jakiej stolicy znaleźć można, po obu stronach przepysznemi pałacami przyozdobiona, przy niej prócz gabinetu naturalnego stoi wielki marmurowy pałac, należący do Don Manuela Godoj, Principe del pao, księcia pokoju, który to książę z prostego grenadjera doszedł do godności książęcej i ożenił się z synowicą króla swego; tenże sam książę po śmierci żony swojej, zostawił majątku sto ośm miljonów plastrów. Był on za młodu ubogim szlachcicem, urodzonym w mieście Badajoz, biegłą grą na gitarze i przyjemnym śpiewem, potrafił podobać się królowej, przez co Karol IV wcielił go do swojej przybocznej gwardji; w roku zaś 1787 został adjutantem, wkrótce jenerałem, księciem Alcadia, kawalerem orderu Karola III i złotego runa, pierwszym ministrem i pierwszym grandem hiszpańskim. Gabinet tutejszy zajmuje kilkanaście sal, w których prócz pięknie ustawionych, szczególnych w świecie rzeczy, i bogactwa się mieszczą. Widziałem tu ogromne bryły złota z ziemi wydobytego, wielkości głowy człowieka, wielkie perły, drogie podarunki ludów podbitej Ameryki, prezenta państwa Chin, Persji, Turcji i t. d. Jest tu w krosnach jeszcze chustka koloru pąsowego warta zastanowienia; jak opis twierdził, leżała ona przez ciąg lat 200 w ziemi, a od wydobycia jej liczą lat 80, jest ona zupełnie całą a kolor jej jeszcze tak świeży, jak gdyby ją dziś najświeższemi farbami malarza malował. Ten, do kogo należało pokazywać wszystkie osobliwości, wskazał mi naprzód dwa landszafty opodal wiszące i prosił, abym powiedział mu co one oznaczać mogą; widząc mnóstwo wież kościelnych i innych gmachów, nadto kilka mostów po nad rzeką będących oświadczyłem mu, że nic innego wyobrażać nie mogą jak tylko miasto jakieś przez dobrego artystę wymalowane, wówczas przybliżył się wraz ze mną do owych landszaftów, a nic innego niedostrzegłem jak tylko kamień naturalny rozmaite kolory w sobie zawierający, w ramy osadzony; widząc moje prawdziwe ukontentowanie, wskazał mi bębenek podobny do przetaka, składał on się z łyka obciągnionego skórą, niewiadomą z jakiegoby zwierza być mogła, w okrągłem tem łyku były gdzie niegdzie

s.61

blaszki brzęk z siebie wydające, przy tym, jak nazwę, przetaku, wisiała pałka zwykle do tołombasów używana; Hiszpan wziąwszy ją w rękę prosił mnie, abym się cokolwiek oddalił, gdym to uczynił, dotknął się dość lekko nią w skórę, a natychmiast wydała ona z siebie grzmot tak silny i zadziwiający, że zdawało mi się jak gdyby rzeczywiście z obłoków pochodził. Po stopniowem uciszeniu się dozwolił mnie obejrzeć ten osobliwy instrument, w którym nic więcej nad łyka, skóry i blaszek mosiężnych nie znalazłem. Okaziciel oświadczył mi, że gdyby kto z całej siły w tę skórę uderzył, niezawodnie by słuch postradał. Następnie wprowadzony zostałem do sal mineralogji, zoologji, malarstwa. Jedna z tychże sal ma w środku kościotrupa ze zwierza mammuta, któren jest raz jeszcze większy od wielkiego słonia. Najwięcej się ubawiłem w sali, w której są starannie zachowane zbroje i ubiory wszystkich ludów Ameryki i Indyj. Stąd udałem się do kawiarni nadzwyczaj obszernej, pod nazwą Fuente del Oro (fontanny złotej), jest to jedna z największych kawiarń tej stolicy, do kilkaset osób w sobie pomieścić może, które najwięcej czarną kawę i czekoladę piją. Za nadejściem wieczora udałem się do teatru "los Canos de Peral", w nim Włochy opery grywają, całą sztukę odśpiewali wybornie, lecz za to orkiestra w połowie paryzkiej wyrównać nie mogła. Prócz powyżej rzeczonego teatru są tu jeszcze dwa, Opery hiszpańskiej zwany Crux i trzeci komiczny "Teatro del Principe" (teatr książęcy.) Najpryncypalniejsze tańce tego narodu są "Volero, Fantango i Sorongo." Gdy tańczą, nie dotykają się rąk kobiet, tylko opodal od siebie lubieżnie skaczą, na swych palcach u rąk mają klekotki złotemi kutasikami przyozdobione, któremi w takt z muzyką klekoczą. W tańcach, szczególnie w Volero jest największą ich sztuką wybijać takt piętami w podłogę, co z wielką zręcznością wykonywają, a wówczas gdy para tańczących ma upaść w objęcia swoje, nagle muzyka ustaje, jest to największą zręcznością, aby w tej samej pozycji, gdy muzyka grać przestała, pozostać, aż do czasu w którym się na nowo rozpocznie.
Madryt ma w sobie placów publicznych dwadzieścia i trzy, prócz małych mniej znaczących; największe z nich są nazwane Plasa del Sol (Plac Słońca) drugi Plasa Major (Plac główny) a trzeci Plasa dela Sevada (Plac jęczmienny); na gawędę i palenie sygar schodzą się Hiszpanie zwykle o bardzo rannej porze na Plac słońca. Bram ma piętnaście; najgu-
s.62

stowniejszej architektury są bramy Alcala i Toledańska: zwiedzając je, przybyłem do pysznego mostu Toledańskiego na rzece Manzanares, przez Filipa drugiego postawionego, celem przypatrzenia się biegowi wody. Most ten jest z ciosowego kamienia, kosztem dość znacznym wzniesiony.
Co do religji, to prócz katolickiej żadna inna nie jest tu cierpiana ani też przez rząd tolerowana. Szlachta jest tu niesłusznie do najwyższego stopnia dumna, bowiem rzadko który mówi jakim obcym językiem a całą ich nauką jest pamiętać nazwiska przodków swoich i nakoniec wiedzieć niektóre wyjątki z pisma świętego. Gospodarz, u którego stałem na kwaterze, był kiedyś Grandem hiszpańskim. Grandów takowych w tym kraju było dawniej trzy klassy; pierwsza, choć w sali tronowej, w przytomności monarchy swego, kapeluszy nie zdejmowała; druga, mówiąc do króla, zdjąć je była obowiązaną, a trzecia ciągle z odkrytą głową stać była powinna.
Nakoniec, po ośmiodniowym tu spoczynku, wyruszyłem do miasta Toledo; przechodząc drogą z Madrytu do Toledo, był wiatr tak mocny, że się zaledwie na nogach utrzymać można było; wiatr ten podnosi z sobą drobny kamienny pyłek a ten jest na oczy bardzo szkodliwym. W Toledo stanąłem dnia 11 lutego 1809 roku; zastałem tu małą armję polską podówczas pod komendą jenerała dywizji, para Francji Valansa zostającą, która składała się z półku 4-o, 7-o i 9-o piechoty. Komenderowali półkownicy: 4-m hrabia Felix Potocki; 7-m Sobolewski; 9-m książę Antoni Sułkowski. Kompanją artyllerji i saperów kapitan Kamiński, półkiem 7-m hułanów półkownik Konopka. Rzeczone półki wcielone były do korpusu czwartego wielkiej armii francuzkiej, którym dowodził jenerał dywizyi Sebastiani. Nakoniec przecie po pięciomiesięcznym moim marszu, złączyłem się z pólkiem, w którym adjutantem-majorem byłem.
Miasto Toledo, leży na prawym brzegu rzeki Tagu, pobudowane jest na znacznie wysokich skałach, jest ono o mil 10 od Madrytu odległe, kościołów ma w sobie prawie tyle, co domów prywatnych, przez nieustanne dzwonienie, śpiewanie przy processjach, momentu spoczynku człowiekowi nie dają. Że zaś kwaterą stałem u kanonika nazwiskiem Don Pedro Ximenes, zapytałem się go przeto, dla czego w jednem mieście tyle jest kościołów i księży? "Niech to waćpana nie dziwi, odpowiedział, że tu zaledwie 10-ta część domów należy do mieszkańców prywatnych i że 9-ta jest własnością księży, znaczna już liczba po dziś dzień

s.63

księży ubyła w Hiszpanji, bo za panowania Filipa II-go liczono w kraju naszym 58 arcybiskupów, 680 biskupów, 11,000 klasztorów męzkich i żeńskich, 31,000 księży mszalnych, 200,000 kleryków i nakoniec 400,000 mnichów i mniszek. Przeto gdyby ta liczba nie była zmniejszoną, niebyłoby i jednego domu prywatnego w tem tu niewielkiem mieście."
Ulice są tu nadzwyczajnie wązkie i kręte a domy na różnych pagórkach stawiane nieregularnem go czynią. Na jednym z tutejszych kościołów nazwanym Sant Juan de los Rejes, zewnątrz tego pozawieszali Hiszpanie bardzo znaczną liczbę kajdan, na pamiątkę odzyskania na Maurach miasta Toledo i rozkucia z więzów swych rodaków. Arcybiskupstwo Toledańskie jest z całej Hiszpanji najkorzystniejsze. Arcybiskup tutejszy jest Prymasem królestwa katolickiego i najbogatszym w świecie biskupem, ma on 350,000, dukatów rocznego dochodu, kapituła jest tak bogatą, że sam papież i król są pierwszemi jej kanonikami. Katedra, która za panowania tu Maurów była meczetem i przeciw miej pałac arcybiskupa, są przecudowną architekturą zbudowane; zakrystja i kaplica rzeczonej katedry są przyozdobione malowidłami wielkich mistrzów, Rubensa, Van-Dyka, Tintoretta, a w jednej z nich są groby tak czterech królów Kastylji jako i kardynała Mendozy. Sukienka Matki Boskiej, którą Arcybiskup rejterując się przed wojskiem francuzkiem uwiózł z sobą do miasta Sevilli, kosztowała jak twierdzili tutejsi wyższego stopnia księża, ośm miljonów realów, czyli trzy miljony kilkakroć stotysięcy złotych polskich.
W Toledo nie zastałem półku 1-go, drugi tylko bataljon półku 4-go. Pierwszy, w którym adjutantem-majorem byłem, pomaszerował do królestwa Leonu, a że przyprowadziłem sto kilkunastu ludzi należących do 1-go bataljonu a wyszłych z łazaretu, zastałem tu drugie tyle, z tego powodu polecił mi półkownik Potocki, abym dopóty tym zakładem kommenderował, dopóki oba bataljony nie połączą się. Od tej to daty na czele przeszło dwóchset ludzi rozpocząłem toczyć boje, na ziemi Gonzalów i Cydów. Jenerał hiszpański nazwiskiem Venegas z korpusem dwunasto-tysięcznym zaczął się zbliżać pod Toledo; w ten moment wyruszył korpus nasz przeciwko nieprzyjaciela, a w dniu 20 lutego1809 roku rozpoczęła się potyczka pod wsią Moro; pobici Hiszpanie zrejterowali się pod miasteczko Consiegra, gdy i stamtąd z wielką stratą cofnąć się musieli, Francuzi wpadłszy do miasta za uciekającym nieprzyjacielem, rozpoczęli gwałty i ra-

s.64

bunki czynić. Tu patrzałem na nieszczęście, jakie wojna mieszkańcom przynosi, płynęła tu krew może i bezbronnych obywateli, a w domach i klasztorach, w płomieniach już będących, wszelkie bezprawia miejsce miały. Żołnierz francuzki był podówczas w zwyczaju waleczny, lecz mało mając wpojonej subordynacji, łatwo potrafił w kilku godzinach czasu dosyć spore miasteczko w perzynę obrócić. Słusznie waleczny półkownik Godebski w swym Grenadjerze następne wiersze napisał:

"Większy ten u mnie, co dwa wywiódł szczepy,
Niż ten co tysiąc miast zamienił w stepy;
Z czyich rąk piękny gaj się zazielenił,
Niż ten co pola krwią ludzką zrumienił,
A ten co jednę łzę otarł sierocie
Większy nad tego co zadziwił krocie."

Dla zbyt słabych sił naszych, cofnęliśmy się napowrót do miasta Toledo; lecz skoro półki francuzkie do korpusu 4-go należące z nami się złączyły, zaraz wyruszyliśmy przeciwko nieprzyjaciół tym samym traktem na Consiegra aż ku miastu Cuidat-Real, przed którem to miastem, na dobrych pozycjach zastaliśmy korpus hiszpański na nas czekający, a lubo był od naszego liczniejszym, jednakże przez dobre rozporządzenie jenerała Sebastjaniego, po cztero-godzinnej batalji w dniu 27 marca 1809 roku pobici i rozpędzeni Hiszpanie zostali. Cofali się oni w największym nieładzie na miasto Almagro, w którem rezyduje przeorysza orderu damskiego Calatrava i na S-ta Cruse, aż w góry Sierramoreńskie. Goniąc ich dniem i nocą, zabraliśmy im znaczną liczbę niewolników, mnóstwo ammunicji i bagaży. Zapędziwszy ich aż w same góry Sierramoreńskie, pewni będąc, iż nie tak prędko nieprzyjaciel działać zaczepnie rozpocznie, z pod wsi Elvizi polecono nam w głąb prowincji Manchy maszerować. Dywizja nasza stanęła we wsi Manzenares, nad strumieniem tegoż nazwiska. Zwykle w Hiszpanji wioski są wielkie, a w nich domy z kamienia pobudowane i na piętra wzniesione, muszą być obszerne, kiedy w jednej stanęła cała nasza dywizja, a każdy oficer miał mieszkanie dosyć przyzwoite. Staliśmy tu spokojnie przez przeciąg trzech miesięcy. W tej prowincji nie masz gór; miasta i wioski stoją na pięknych równinach, w polach dla ocalenia zboża od słońca, które tu piecze nielitościwie, co tysiąc kroków porobione są studnie, przy nich

s.65

duże koła a do tych poprzywiązywane garnki gliniane. Przy tej studni jest dyszel, do którego zaprzęgają osła a ten, chodząc ciągle w około, wyciąga garnkami owemi wodę i w zagony ją rozlewa. Po wtóre w każdej bruździe co 40 kroków pozasadzane są drzewa oliwne, a te cieniem swoim również od słońca zboże chroniąc, podwójną korzyść kmiotkom przynoszą. W całej Hiszpanji innego zboża nie sieją, jak jęczmień i pszenicę; jęczmieniem koni i muły pasą a z pszenicy chleb robią. Młócenie zboża odbywa się tu szczególnym a następującym sposobem. Na dużem klepisku niepokrytem dachem, zboże w koło układają, na to zboże wtaczają kloc drzewa, który ma w koło siebie powbijane ostre krzemienie; jest on tak urządzony jak maszyna do zrównania placu jakiego; do tego kloca zaprzęgają 4-ry muły lub konie, te chodząc obok siebie wokoło, obracają kloc, a ten ciężarem swoim, krzemieniami i kopytami końskiemi zboże młóci; to pewna, że z takiego młócenia słoma prosta nigdy nie wyjdzie; pogruchotana na kawałki służy im na sieczkę, którą dla swej nieregularności w siatkach umyślnie do tego robionych sprzedają. Merynosy wysyłają właściciele w góry Somosierskie i Sierramoreńskie, gdzie się polnym rozmarynem pasą. Trafiało się nieraz, że wojska zagarniały całe trzody takowych i na żywność po 20 i 30 dukatów sztukę wartującą żołnierzom rozdawały. W Manchy wina czerwonego jest podostatkiem, najmocniejsze jest z pod wsi Waldepenias, tak jest esencjonalne, ze lejąc go na ogień, pali się jak spirytus. (*).

(*) W tej że samej wsi po szefie Broniczu, stanął na posterunku z kompanją jedną i 10 dragonami kapitan Zdziennicki; ten dowiedziawszy się, że kilka tysięcy Hiszpanów, pod wieś przez niego zajętą żbliia się, odważnie z tak małą siłą przeciwko nieprzyjaciołom w pole wymaszerowął; lecz przekonawszy się o niemożności stoczenia bitwy nazad do wsi Alaurin zrejterował się. Wszystkie domy znalazł mocno pozamykane, a bryganci rzęsisto strzelając do środka wsi cisnęli się, w tąkiem położeniu rzeczy waleczny kapitan rozkazał żołnierzom swoim drzwi domu jednego wysadzić i oddziałem go swoim zająć; że zaś domy murowane we wsiach mają i piętra, w takowych kompanję swoją po oknach rozstawił z zaleceniem, aby żaden ładunek napróżno nie był wystrzelony. W tym bryganci rynek zajęli i o zdobycie domu, w którym był kapitan Zdziennicki, kilka razy kusili się, lecz żołnierze słuchając swego dowódzcy za każdem zbliżeniem się ich kilkudziesiąt trupem kładli. Widząc Hiszpanie niemożność zdobycia domu tego, wystali mocny oddział z palnemi materjałami, aby go, profitując z ciemnej nocy, podpalili. Udało się Hiszpanom dom zapalić, lecz waleczny kapitan nic na tem nie stracił, mur do drugiego domu wybić kazał i tam się na nowo bronił; skoro się gubernator Malagi dowiedział, że hiszpanie Zdziennickiego oddział atakują, zaraz z kawalerją tam się udał, Hiszpanie nie czekając złych skutków podpaliwszy kilka domów, w których się mężnie polski oddział bronił, w góry się wynieśli, a waleczny kapitan z tryumfem wytrzymawszy oblężenie przez godzin 48, ze swemi się złączył, w nagrodę czego krzyżem legji honorowej ozdobiony został.

s.66

Dalej >>>





Teatr wojny w Hiszpanii

Geneza i przebieg wojny w Hiszpanii
 • Preludium

Kampanie, bitwy, potyczki, oblężenia
 • Saragossa 1808
 • Saragossa 1809
 • La Coruna 1809
 • Fuengirola 1810
 • Albuhera 1811
 • Sagunt 1811
 • Ciudad Rodrigo 1812
 • Badajoz 1812
 • Almaraz 1812

Polacy w Hiszpanii
 • Polacy w Hiszpanii
 • Legia nadwiślańska
 • 4 pułk piechoty
 • Ułani nadwiślańscy
 • Somosierra
 • Szwoleżerowie

Uczestnicy wojny
 • M. K. Bronikowski
 • G. J. Chłopicki
 • L. M. Dembowski
 • F. A. Dembiński
 • S. Estko
 • F. Kierzkowski
 • S. Klicki
 • J. Konopka
 • T. Łubieński
 • L. Pac
 • P.A. Sułkowski

W oczach różnych narodowości
 • Albuhera
 • Cataluña
 • Ciudad Rodrigo

Wspomnienia, raporty, listy
 • Saragossa w roku 1809
 • Autobiografia - Smith
 • Żołnierz Daleki
 • Wspomnienia Blayney'a
 • Pamiętniki Rudnickiego
 • Hołownia - Opisanie...
 • Kozłowski - Historya...
 • Łaszewski - Opisanie
 • Wspomnienia Sucheta
 •  Raport Philippona
 •  Dziennik Walla
 •  Raporty Wellingtona
 •  Raporty i pamiętniki

Wojna w Hiszpanii w sztuce
 • Francisco Goya

Varia hiszpańskie
 • W piekle Cabrery
 • Guerrilla
 • Szabla Blayneya
 • Okręty angielskie
 • Korespondencja
 • Armia Badenii

Forum
Forum projektu stworzenia najlepszego w Polsce opracowania wojny w Hiszpanii 1808-1814. Zapraszamy do dyskusji i wspomagania projektu.

Guerra de la Independencia española team
Pomysł, projekt i koordynacja:
Rafał Małowiecki anrama@interia.pl
Włodzimierz Nabywaniec wlonab@wp.pl
Guerra team:
Duroc, Bernard Lipka, Waldemar Karczmarczyk, Michał Swędrowski, Zenobi, Magda, Scout, Gipsy, makron, Rafał Jan Komorowski, Eques, Agent FBI.

Guerra de la Independencia española - linki

Copyright © 2001 - 2011  NapoleonTeam
Wszelkie Prawa Zastrzeżone