Napoleon.org.pl English     Deutsch    
Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni

Postawy honorowe oficerów Armii Księstwa Warszawskiego
Copyright   ©   Michał Mazanowski


Honor a postawa wobec ludności cywilnej
Oficerowie szwoleżerów XIX-sto wieczna sztuka prowadzenia wojny nie pozwalała na prowadzenie jej bez angażowania ludności cywilnej, głównie jeśli chodzi o prowiantowanie i kwaterowanie żołnierzy. Wielotysięczne armie przemieszczając się z miejsca na miejsce, nawet jeśli uprzednio zgromadzono odpowiednie zapasy, nie mogły zapewnić sobie dostatecznej ilości żywności z powodów znacznych odległości, utrudnień w komunikacji itp. Dlatego też powszechnie sięgano do spiżarni lokalnych mieszkańców, a ich zagrody, obejścia i domy zamieniano na czasowe kwatery dla żołnierzy. Jak pisał Paweł Fądzielski, kapitan 1 pułku Legii Polsko-Włoskiej: życie nas niedrogo kosztuje, bo nikomu nic nie płacimy, taka tu jest moda, która mi się bardzo spodobała. O ile przemarsz odbywał się przez terytorium przyjazne, można było spodziewać się pewnej dozy entuzjazmu, lecz z zasady raczej rzadko, bo zazwyczaj wiązało się to z poważnym uszczerbkiem zasobów żywności, inwentarza a nawet dobytku stałego. Przy przemarszu przez wrogie terytorium sprawa była jeszcze trudniejsza bo zdarzały się wypadki , gdzie całe wsie uchodziły do lasu zabierając ze sobą wszystko co miało dla armii wartość. Sprawa kwaterunku i prowiantowania była dla armii sprawą jej życia i śmierci, żołnierz miał przy sobie prowiant na kilka dni, a i ten nierzadko porzucał jako uciążliwy w marszu. Skutek był łatwy do przewidzenia przy kilkunastodniowym pochodzie przez regiony ubogie w możliwości uzupełnienia zapasów armię spotykała zagłada. Korpus oficerski Armii Księstwa Warszawskiego zdawał sobie sprawę z tego, iż stosunki z lokalnymi społecznościami są sprawą wyjątkowej wagi i wiąże się z interesem własnym. Szybko tez "podciągnięto" relacje armia-ludność cywilna pod wielce delikatną sprawę honoru. W tym momencie sprawa nie należała już do osobistych przekonań oficera, ale została rozciągnięta na płaszczyznę honoru całej armii a więc i honoru narodowego. Opinia o Polakach frapowała tak dalece większość korpusu oficerskiego, iż nie cofali się przed niczym aby honor narodu ukazać, bądź uchronić. W czasie jednego z postojów Szwoleżerów Gwardii we francuskiej wsi tamtejszy ksiądz poskarżył się Józefowi Załuskiemu na pewnego żołnierza Polaka, który "dowcipkował" z jego świętej osoby. Załuski wsadził "dowcipnisia" do aresztu na kilka dni, mimo, że jego czyn nie był adekwatnym do tak srogiej kary. Widząc to sam pokrzywdzony przyszedł prosić o uniewinnienie dla żołnierza, na co Załuski odpowiedział: mości Księże mówiłeś mi, że żołnierz polski uchybił ci jako Księdzu, ubliżył powadze jaką masz w tej wsi. Występek ten według mojego sposobu widzenia jest niemały, mianowicie dla żołnierza Polaka-katolika umyśliłem więc skarać takowy surowo i dać przykład. Innym razem jeden z żołnierzy 7 pułku lansjerów został oskarżony o gwałt na pewnej Hiszpance. Pułkownik Jan Konopka natychmiast zarządził zbiórkę i nakazał kobiecie wskazanie sprawcy, okazało się szybko, iż nie Polak, ale jakiś Francuz dokonał tego czynu, a pomyłka wynikła z powodu podobnego umundurowania. Francuz został natychmiast rozstrzelany, a Konopka poprosił o przeniesienie pułku pod dowództwo marszałka Soulta, bo gen. Sebastiani jeszcze przed rozwiązaniem sprawy nazwał Polaków rabusiami i gwałcicielami. Gdy w czasie pobytu wspomnianych już szwoleżerów w Bordeaux oskarżono ich o kradzież oszczędności życia gospodarza u którego mięli kwatery, wszczęto specjalne dochodzenie, które szybko wyjaśniło całą sprawę. Otóż worek z pieniędzmi Francuza schowany był w... gnoju, który to gnój roztrąciły konie, skutkiem czego kosztowności zmieniły swą lokalizację. Oddając publicznie worek Francuzowi, spytano go ile pieniędzy w nim przechowywał? Liczba była znacznie zaniżona od prawdziwego stanu toteż ogłoszono wszem i wobec, iż Polacy nie tylko nie ukradli pieniędzy, ale jeszcze dołożyli pieniędzy w podzięce za kwaterunek. Wszystkie te zabiegi wokoło zachowania dobrego imienia Polaka, miały jeden podstawowy cel, mianowicie zasłużenie sobie na szacunek ludności cywilnej. Nie chodziło tu bowiem tylko o kwaterunek, furażowanie koni, czy prowiantowanie oddziałów. Żołnierz bowiem będąc rannym, chorym, czy w jakikolwiek sposób niezdolnym do służby wojskowej, zostawał pod opieką ludności cywilnej. W momencie, gdy sam zachowywał się przyzwoicie i zostawiał po sobie dobre wrażenie, mógł liczyć na pomoc społeczności lokalnych. Nie było jednak łatwo wypracować sobie dobrej opinii. Wspomnienia Polaków są tu jednoznaczne. Ludność, w pierwszych chwilach, z reguły bardzo niechętnie odnosiła do Polaków. Przyczyną tego była bardzo często fama jaką głosili o Polakach Francuzi. Kazimierz Tański przekazuje relację z pobytu Polaków w Rzymie (1798 r.), gdzie mieszkańcy mieli panicznie bać się Polaków, a to z powodu Francuzów, którzy mówili jakoby Polacy mieli być ludźmi dzikimi i okrutnymi. Szybko jednak poznano się na legionistach i darzono ich szacunkiem, a nawet zawiązywano przyjazne stosunki. O podobnym zdarzeniu wspomina Piotr Wierzbicki, gdzie na San Domingo, początkowo traktowano jeńców polskich na równi z francuskimi, czyli bardzo okrutnie, a to dlatego, że Francuzi mówili Murzynom, że: Polacy to barbarzyńcy, którzy żywią się ludzkim mięsem. Jak wcześniej tak i tu, jak i potem w Hiszpanii przekonano się, że Polacy barbarzyńcami nie są a wręcz przeciwnie, w porównaniu z wojskiem francuskim, ich zachowanie jest lepsze i łagodniejsze, jeśli chodzi o stosunek do ludności. Ciekawy opis furażowania oddziału i związanych z tym dylematów moralnych zostawił Michał Jackowski porucznik artylerii konnej. Dotarłszy do pewnej bogatej wsi (kampania 1812), miał rzec: Mój bracie, nie my winni, bo to robić musimy, co nam starsi rozkażą; i oni także muszą żywić wojsko. Kazano mi zabrać, co tylko w waszej wsi zastanę z żywności i furażu. Ja tego nie uczynię, bo i wy z waszymi rodzinami żyć musicie, ale jest tu sześćdziesiąt domów; proszę was po chrześcijańsku... Poprosił o dość sporo, jednak, co podkreśla, wieś była bardzo bogata. Na takie postawienie sprawy, w dodatku wypowiedziane w języku zrozumiałym dla gospodarza i przy nieprzypadkowym z pewnością pokazaniu się jako "dobry chrześcijanin" otrzymał wszystko z błogosławieństwem gospodarza nawet. Co ciekawe gdy przyprowadzono furaż na wskazane miejsce szef batalionu, niejaki Truskowski, posądził Jackowskiego o to, że ten nie wziął wszystkiego ponieważ za pozostawioną resztę przyjął pieniądze od chłopów. Panie szefie - miał odpowiedzieć Jackowski - w Hiszpanii nie byłem, gdzie wielu rabowało, a podłym być nie umiem, zresztą na ten zarzut później panu odpowiem. Niestety nie wiemy czy pojedynek się odbył, ale jeśli wierzyć tej relacji, możemy stwierdzić, że starano obchodzić się w ludzki sposób z ludnością cywilną, choć, co też z tekstu wynika, musiały zdarzać się także wypadki bezlitosnego traktowania tejże. Nie można bowiem powiedzieć, że żołnierz polski nie dokonywał nigdy grabieży, ani nie popełniał złych występków. Jednak z relacji o tych zdarzeniach wyłania się pewien raczej stały obraz. Po zdobyciu twierdzy Gaety doszło do rabunku ludności, w którym udział wzięli, oprócz Francuzów, także Polacy. Zatrąbiono na zbiórkę, aby powstrzymać rabunek i znaleźć winowajców. Jedno spojrzenie wystarczyło, aby zidentyfikować rabusiów, na co stanowczo nastawali Francuzi, bowiem Polacy dosłownie i w przenośni obwieszeni byli najróżniejszego rodzaju jedzeniem. Mimo to nakazano rewizję osobistą. Jednym chórem zakrzyknęli Francuzi, że to godzi w honor żołnierza(!). Dąbrowski jednak był nieubłagany, i już w pierwszym francuskim plecaku, jak i w następnych znaleziono kosztowności, monstrancje, kielichy mszalne itp. Innym znowu razem w czasie przemarszu szwoleżerów przez Francję, oskarżono ich o zagarnięcie całego drobiu jakim dysponował komendant placu w jednym z miasteczek. Rewizja osobista nic nie pokazała i szwoleżerów puszczono dalej. Po chwili jednak rozległo się gdakanie, pianie i gęganie, co przyprawiło o śmiech wszystkich łącznie z oficerami, a żołnierzy, którzy przezornie drób schowali pod czapkami nie spotkała nawet najmniejsza kara. Wydaje się, że pewne cwaniactwo było wrodzonym dla żołnierzy a korpus oficerski przymykał oko na takie występki, jeśli oczywiście miały one na celu poprawę stanu aprowizacji oddziału. Rekrutujący się najczęściej z niższych warstw społecznych szeregowi mięli wyniesione z domu pewne normy moralne, które trudno było wykorzenić. Marcin Smarzewski porucznik 8 pułku piechoty wspomina o pewnym więźniu, który próbował uciec kanałami z więzienia urządzonego w prochowni nad Wisłą. Złapany ów więzień zapytany czemu uciekał kanałami odpowiedział: A jużci uciekać najlepiej tędy, którędy nikt nie goni, a droga znana dokładnie. - Skądże ci znana, czy pracowałeś w kanałach? - I to nieraz, alboż to dyshonor? - Tobie łotrze o honorze mówić! Tobie, złodzieju! - Właśnie mówić, bom tylko złodziej, a kradzież nie zawsze jest występkiem. Rzekł Bóg: "nie kradnij", ale nie dołożył: "choćbyś miał z dziećmi z głodu umierać". Oczywiście człowiek ów nie był żołnierzem, jednak pewien tok myślenia przejawiał wspólny z ówczesnymi standardami. Co jednak z powyższych zdarzeń wynika to to, że żołnierz polski przedkładał dobra praktyczne i pożyteczne nad wątpliwej wartości, w czasie marszów i pochodów, kosztowności. Korpus oficerski na takie zachowanie reagował raczej łagodnie wiedząc doskonale że wojna nikogo nie rozpieszcza a zagłodzony żołnierz nie jest w pełni efektywny. Jeśli jednak występki były cięższego kalibru nie było litości dla winowajcy. Tu nie było kompromisów i dobre imię Polski i honor Polaków nakazywał jak najsroższe postępowanie. Kary cielesnej nie było w wojsku, żołnierz prowadzony honorem, poznał wnet własną godność, a jeżeli się splamił brudnym czynem, kompania go sądziła. taki sąd był okropny, żołnierze nie mieli litości nad delikwentem, wybierali spomiędzy siebie sędziów, a wyrok, przysłany dowódcy kompanii, musiał tenże każdego razu załagodzić. Dezercja śmiercią była karana, jeżeli się zdarzyła w czasie wojny; jeżeli w czasie pokoju, szedł dezerter w kajdany. Występek przeciwko subordynacji był karany rozmaicie, od aresztu aż do kary śmierci, według wielkości winy. Kradzież była karana kajdanami, pijakowi lano wodę na głowę aż do otrzeźwienia. Dla mniejszych przestępstw był szyldwach kilkodniowy, warta kilkodniowa, stanie kilkogodzinne pod bronią przy odwachu, maszerowanie pieszo przy tylnej straży. jeżeli cały oddział zawinił, musiał występować z mundurami przewróconymi albo wypełniać służbę za drugich. Najsroższą karą jednakże był sąd kompanii.
Specyficzną kwestią, w kodeksie honorowym oficerów Armii Księstwa Warszawskiego zdaje się być stosunek do płci pięknej. Nieskazitelne mundury, dumne sylwetki a i z pewnością pewien statut społeczny jaki reprezentowali oficerowie przyciągał do nich sporą ilość dam i nakłaniał ku nim wiele serc niewieścich. Mimo tego, w postępowaniu z nimi widać ogromny szacunek, pewien dystans i poważanie. W jakimś stopniu jest to z pewnością spowodowane samym właśnie statutem społecznym. Oficer umieszczony w wyższych raczej sferach nie mógł pozwolić sobie na bezpośredniość. Dlatego też bardzo często korzystał z pomocy kolegów, aby ci pierwej zbadali grunt pod jego awanse. Zabawnym zdaje się być zdarzenie, w którym Józef Jaszowski podejmował się przez kilka tygodni misji zachęcenia pięknej Klementyny z Kicińskich do spotkań z przyjacielem Józefem Bemem. Przewrotna panna nie tylko, że nie dała szansy Bemowi, ale uwiodła Jaszowskiego, z która wkrótce się ożenił. Jak twierdzi sam Jaszowski kilkakrotnie próbowano "odsadzić go od Kostusi", jednak zawsze po przyjacielsku i z marnym skutkiem. Henryk Brandt wspomina o pewnym incydencie, w którym w rolach głównych wystąpili dwaj porucznicy: Lasocki i Lewandowski. Ten ostatni podszywając się pod wybrankę serca Lasockiego przysyłał mu listy, w których zapewniał o afekcie do niego. Lasocki spotkał się ze swą senioritą (rzecz miała się w Hiszpanii) i został wzięty za wariata (opowiedział o listach od niej, o których rzecz jasna ta nie miała pojęcia). Gdy wyjawiono mu prawdę i przyznano się do dowcipu, Lasocki wyzwał na pojedynek Lewandowskiego. Interweniowano natychmiast i Lasocki poszedł do aresztu a Lewandowskiego miano przenieść do Sedanu gdzie znajdował się depot pułku. Co ciekawe na takie postawienie sprawy zaprotestował Lasocki, ręki jednak adwersarzowi nie podał mówiąc że: oboje na świecie żyć nie mogą. Obaj też pod słowem honoru przysiąc musieli, że bez wyraźnego pozwolenia nie odbędą pojedynku. Kobieta w życiu oficera, była jednak pewnym ciężarem, przynajmniej dopóki służba rzucała nim na wszystkie niemal zakątki Europy i skazywała na niepewny los. Od płci białej uciekałem tym bardziej, że ojcowie mający córki na wydaniu gwałtem, co podejrzenie obudzą, młodego, do swych domów ciągną i na zięcia polują. Kosztowało mnie to cokolwiek, ale odniosłem zwycięstwo, bo tez być młodym, służyć wojskowo i żenić się jest wielki bezsens. O ile jednak kontakty ograniczały się tylko do spotkań towarzyskich, nic nie stało na przeszkodzie, aby umilić sobie wojskową egzystencję. Wszystko jednak najczęściej odbywało się w ramach pewnego, ustalonego kodeksem honorowym właśnie, regulaminu, nakazującego jak największą delikatność w stosunkach z kobietami. Wspomina Jaszowski sytuację z czerwca 1814 roku kiedy to stacjonował w miasteczku St. Dizjer u pięknej mężatki. Raczej wstrzemięźliwy kiedy szło o uczucia, jednak kokietowany bez przerwy, zakochał się bez pamięci i wyznał to pani domu. Ta oczywiście czekała tylko na takie wyznanie młodego oficera: Potrafimy się przezwyciężyć! Jutro odjedziesz i nigdy cię już nie ujrzę! Przecierpmy te parę godzin raczej, niż mielibyśmy wiecznie znosić wyrzuty sumienia z popełnionej zbrodni. Widzę żeś człowiek honoru i na pięknej jesteś drodze, mam więc prawo domagać się, żebyś uszanował także honor słabej niewiasty. Jaszowski człowiekiem honoru jak najbardziej był, co nie przeszkodziło nazwać mu wywodów kobiety "sercowymi dubami". Mimo jednak zapewnień o obowiązku wierności wobec męża, niewiasta drzwi zostawiła do sypialni otwarte, a chcący ją pożegnać Jaszowski dostał jasno do zrozumienia że mógł odwiedzić w nocy jej alkowę. Tu dopiero przygnębienie naszło naszego oficera artylerii, bo całą noc z myślami walczył i kilkakrotnie chciał honor swój "w kąt odstawiać", jednak honor zamężnej kobiety stawał mu przed oczami i ostatecznie dotrwał do świtu. Trzeba pamiętać, że w tej epoce Polacy jak najwyżej w opinii ludów stali i kurs był ich wysoki, nic dziwnego że i kobiety były im przychylne. Postępowanie zatem z płcią piękną zdaje się być sprawą obwarowaną nakazami jakie narzuca kodeks honorowy i w tym aspekcie odstąpienie od niego nie powinno wchodzić w rachubę. Postępowanie oficerów, przenosiło się szybko na postępowanie szeregowych. Gdy miasto Chatellerault wystosowało do Napoleona oskarżenie, jakoby 7 pułk piechoty Księstwa Warszawskiego miał "porwać" panienki z owego miasta, które odprowadzały naszych żołnierzy, oburzały się wiarusy jak i oficerowie na ten występek. Napoleon jednak sytuacje miał uciąć krótko: Kobiety z miasta Chatellerault same temu winne, bo uczciwe kobiety i panny nie powinny chodzić za żołnierzami za ich muzyką po nocy. Innym znowu razem patrol szwoleżerów natknął się na karetę z kilkoma kobietami. Gdy te zobaczyły wąsate twarze Polaków wpadły w histerie, pewne, że nie tylko kosztowności przyjdzie im stracić. Dopiero stanowcze żądanie szeregowego Michała Żwana uspokoiło kobiety. Jedynym "haraczem" jakiego wiarusy wymogły był... całus(!).
Takie a nie inne podejście do ludności cywilnej przysposabiało ją przychylnie do naszych żołnierzy. Przynosiło to efekty w postaci łagodniejszego postępowania z jeńcami, lepszego zaopatrzenia w żywność itp. Czasem jednak przychodziło do utarczek gdzie nie dawano pardonu lub z ledwością udawało się oficerom powstrzymać rozjuszonych żołnierzy. Akty zemsty, były jeśli nie częste to na pewno nie osamotnione. W Hiszpanii we wsi Villa-Ferdinando spalono żywcem polski oddział kilkunastu piechurów rekonwalescentów, powracających z lazaretu w Toledo. Lansjerzy obstąpiwszy wieś do szczętu ją spalili i wszystkich mieszkańców, bez różnicy wieku i płci zamordowali. Gdy w okolicach wsi Laguna (Hiszpania) zabito porucznika Boguckiego, oddział szwoleżerów widząc ciało we krwi, nagie i obrabowane, chciał wioskę spalić i mieszkańców ukarać śmiercią. Ledwie udało się oficerom uspokoić żołnierzy, wiedzieli bowiem, że takie postępowanie doprowadza jedynie do eskalacji przemocy i nie rozwiązuje nic. Nie tylko jednak morderstwa dokonane na kolegach doprowadzały do wściekłości żołnierzy. W czasie furażowania zastali Szwoleżerowie w jednej z wiosek Hiszpańskich psa, którego mieszkańcy zwali Napoleon(!), obraza ukochanego wodza i urażony honor całej armii nie pozwalał odjechać spokojnie. Chciano wieś spalić, aby dać przykład i znów oficerowie zapobiegli rzezi tłumacząc, że źródło plamy na honorze zostało zlikwidowane (psa zabito) więc sprawa zamknięta. Znana jest sprawa poturbowania generała Krasinskiego w Cottbus, gdzie przed masakrą mieszkańców uchronił tylko stanowczy rozkaz poszkodowanego. To wszystko pokazuje, że kodeks honorowy oficerów, daje w stosunkach z ludnością cywilną, pewną dozę dowolności. Przymykano czasem oko na drobne przewinienia żołnierzy, nie mając jednak litości wobec poważnych wykroczeń. Te bowiem hańbiły wizerunek Polski i Polaków, i nie mogło pozostać to bez echa i słusznej kary. Dodatkowo krzywda wyrządzona bezbronnym zdawała się być czynem ohydnym i tu kodeks stawał w obronie słabszych. W kontaktach z kobietami, chcąc zachować swoje "akcje" należało być arcydelikatnym i pokazać, że jest się człowiekiem honorowym. W przeciwnym razie nie było szans na zdobycie wybranki serca, oczywiście jeśli ta była wolna, ponieważ kontakty z mężatkami powinny ograniczać się tylko do miłego towarzystwa.

<<< Wstecz    Dalej >>>





Copyright © 2001 - 2011  NapoleonTeam
Wszelkie Prawa Zastrzeżone