| ||||
| Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni | ||||
|
Mariusz Promis Fuengirola - z dziejów wojny w Hiszpanii |
||
Pierwszego dnia straty Polaków wyniosły 3 zabitych i 13 rannych (wśród tych ostatnich dowódca obrony zamku kpt. Franciszek Młokosiewicz). Straty Blayneya nie przekroczyły 40-50 ludzi. Zorientował się, że popełnił błąd nie doceniając determinacji obrońców zamku do której niewątpliwie przyczyniło się porwanie prowiantu. W związku z tym postanowił ich złamać jak najszybciej. Zamek został otoczony siecią posterunków, całą noc przeznaczono na przetransportowanie i ustawienie artylerii dla uczynienia wyłomu w obronie od strony lądu. W bardzo trudnych warunkach ustawiono dwie baterie dział. Jedną stanowiły trzy 12-funtówki i jeden moździerz34, ulokowane na wzgórzach na zachód od zamku w odległości ok. 300-400 m. Mogła ona strzelać do wnętrza zamku przy odpowiednim położeniu luf. Drugą baterię stanowiła 32-funtowa karonada35 umieszczona nieco bliżej i na południe od zamku, którą byłoby bardzo trudno wciągnąć na wzgórza. Dodatkowo postanowił wysłać w kierunku Mijas oddział składający się z 350 Hiszpanów i 100 Niemców36 (interesujące proporcje, na niekorzyść dezerterów), pod dowództwem angielskiego kpt. Mullinsa. Hiszpański dowódca pułku Toledo buntował się, że jego żołnierze muszą walczyć w niedziele37 i do tego bez kapelana. Po przełamaniu jego obiekcji w tej kwestii oddział wyruszył w kierunku północnym po godzinie 24. Ich zadaniem było zajęcie skrzyżowanie w pobliżu Mijas i blokowanie prób odsieczy. Kilka godzin wcześniej por. Chełmicki z garnizonu tejże miejscowości, po posłaniu drugiej wiadomości do Bronisza i nie otrzymaniu na nią odpowiedzi, postanowił wyruszyć na pomoc swoim kolegom z Fuengiroli. Noc i pogoda sprzyjały jego planom. Po zabarykadowaniu bramy koszar oddział wymknął się oknami, aby uniknąć wścibskich oczu, które mogłyby zawiadomić o nieobecności garnizonu, zainteresowanych. Jak pisze Młokosiewicz: "Plan był tym trudniejszym do wykonania, iż z miasteczka Mijas jedna tylko ciasna ścieżka prowadziła, cała zatem nadzieja Chełmickiego była w sposobności, jaką mu podawały ciemność nocna, nadzwyczajna burza z piorunami, gradem i deszczem połączonymi, i najdokładniejsza znajomość drogi, którą mu odbyć wypadało. Ruszył zatem odważny Chełmicki z jak największą cichością, a przebywszy śród nocy kilka potoków gwałtownie z gór spadających i przeszedłszy prawie pomiędzy oblegającymi nas Anglikami, którzy leżeli na ziemi pokryci przed słotą derami wełnianymi, stanął pod murami Fuengiroli. Uwiadomiony od czuwających straży [Młokosiewicz trzymał garnizon pod bronią przez całą noc - przyp. M.P.] o zbliżaniu się jakiegoś oddziału, nie mogąc się spodziewać, aby to mógł być oddział Chełmickiego, w obawie jakiego ze strony nieprzyjaciela podejścia z jak największą ostrożnością przystąpiłem do rozpoznania przybyłych. Poznałem wprawdzie głos dowódcy jako dobrze mi znajomy, lecz nie mogłem sobie wystawić, jakim sposobem Chełmicki mógł się przedrzeć aż do zamku, kiedy ten prawie wkoło od oblegających był otoczony, a w mniemaniu, że wzięty w niewolę mógł być zmuszonym do tego podstępu dla ułatwienia nieprzyjacielowi opanowania zamku, opierałem się początkowo otworzeniu bramy, lecz gdy Chełmicki dał mi słowo honoru, że przychodzi wolny i całym swym oddziałem, przyjąłem go z tym większą radością, im więcej czułem potrzebę śpiesznej pomocy." 38 W tym czasie losem obrońców Fuengiroli postanowił się zainteresować szef batalionu Bronisz39. Jego brak odpowiedzi na wezwania Chełmickiego był spowodowany z pewnością dylematem i brakiem rozkazów z góry, mogących go rozwiązać. Polacy mieli zwalczać partyzantów, ale co robić w przypadku desantu? Mimo wszystko postanowił zaryzykować i wyruszył w kierunku Mijas ze wszystkimi posiadanymi ludźmi. Dotarł tam o godz. 5 rano (deszcz, trudny teren) i nie zastał oddziału Chełmickiego, ani śladów walki wskazującej na możliwość wyrzucenia go stamtąd. Postanowił więc poczekać i wysłać patrole na przedpole. Była to doskonała decyzja wskazująca na ogromne doświadczenie i intuicje polskiego dowódcy. W tym momencie do Mijas zbliżał się kombinowany batalion kpt. Mullinsa. Wbrew rozkazom zdecydował się on zająć tę miejscowość, lecz zaniedbał podstawowych środków ostrożności i jego żołnierze spokojnie zbliżali się do cichych zabudowań Mijas. Byli z pewnością mocno zaskoczeni, gdy przywitał ich ogień karabinów polskich żołnierzy. Nie zrażeni takim przyjęciem szybko zaatakowali (co świadczy o ich klasie) i chwilowo opanowali wioskę. Jednakże żołnierze Bronisza wraz z francuskimi dragonami nie na darmo spędzili dużo czasu w Hiszpanii. W kontrataku na bagnety wyrzucili Niemców i Hiszpanów za Mijas kładąc trupem i raniąc 20, a 40 zagarniając w niewolę40. Teren nie pozwolił rozwinąć powodzenia szarżą kawalerii, która z pewnością spowodowałaby wzięcie większej ilości jeńców. Bronisz postanowił poczekać na rozwój wypadków w Mijas skąd miał bezpośredni wgląd na zamek i gdzie jego ludzie mogli trochę odsapnąć po nocnym przemarszu. Rankiem burza ucichła i rozpoczął się ostrzał artyleryjski zamku. O ile działa okrętowe miały działanie czysto psychologiczne, o tyle ostrzał od strony lądu bardzo szybko zaczął przynosić rezultaty. Zwłaszcza, że obrońcy mogli na niego odpowiadać jedynie ogniem dwóch 2-funtówek. Górna część muru i parapet zaczął się kruszyć dzięki czemu można było skuteczniej ostrzeliwać wnętrze zamku. W pewnym momencie zawaliła się cała baszta grzebiąc w sobie dziewięć ciał. Nasi wojacy zaczęli odczuwać potrzebę udania się tropem krówek z dnia poprzedniego. Młokosiewicz podtrzymywał morale nadzieją nadchodzącej odsieczy, w którą sam nie za bardzo wierzył. Niewiele rzeczy ma na żołnierza tak niszczący wpływ jak ogień artyleryjski. W czasach wojen napoleońskich ogromną role przywiązywano do wytrzymałości psychicznej żołnierzy. Gwardia cesarska, która nieczęsto brała bezpośredni udział w walkach, samą swoją obecnością miała za zadanie podtrzymywać morale regularnych i młodych pułków (Iława Pruska, kampanie 1813 i 1814). Niektórzy dowódcy wręcz wystawiali swoje pułki na ogień artylerii, aby przećwiczyć ich wytrzymałość psychiczną (Guyot) 41, lub za karę (Lasalle) 42. Nic dziwnego, że Blayney stwierdził iż po takim ostrzale Polacy powinni zmądrzeć i poddać się. Nie bez znaczenia był także brak wody, który również musiał dać się we znaki. Jednakże i tym razem Młokosiewicz nie chciał z nim rozmawiać, także dlatego żeby nie osłabiać morale. Wściekły angielski dowódca postanowił nasilić ostrzał zwłaszcza że otrzymał wiadomość, że Sebastiani wyruszył z odsieczą ze wszystkimi posiadanymi oddziałami43. Co prawda nie był jeszcze w połowie drogi, ale nie zmienia to faktu, że kiedyś w końcu przybędzie. Blayney zaczął objeżdżać pole rozglądając się pod względem rozstawienia wojsk przed starciem z Sebastianim. O tej porze przybyły posiłki (I bat. 82 pp angielskiej i okręt liniowy "Rodney" i podobnych gabarytów hiszpański (ciekawe jak się czuł dowódca hiszpański w pobliżu śmiertelnego wroga z przed lat pięciu). Blayney od razu rozkazał wyładowanie wojsk. Tymczasem Bronisz zarządził odprawę, na której postanowił zapytać o zdanie swoich oficerów. Wszyscy jednogłośnie postanowili iść na pomoc załodze Fuengiroli. Przekonywującym argumentem była nasilająca się kanonada artyleryjska od strony zamku. Była godzina 14. Dragoni zostali posłani dłuższą drogą ze względu na warunki terenowe. Mieli nadejść od strony wsi Fuengirola. W międzyczasie sytuacja obrońców pogorszyła się na tyle, że Chełmicki zaczął namawiać kapitana na atak, który jest lepszy niż śmierć pod gruzami poza tym rokuje chociaż minimalne szanse na zwycięstwo. Młokosiewicz waha się, ale w tym momencie dzieją się dwie rzeczy, które go przekonują. Po pierwsze z pozycji angielskich na brzegu wycofuje się po prowiant 89-ty pp. Po drugie od północy ukazał się oddział 11 dragonów z wachmistrzem na czele. Ukazanie się tych ostatnich tak opisuje sam dowódca: "Ani sternik ze skołatanego burzą okrętu i zagrożony bliskim rozbiciem nie upatruje z większym natężeniem lądu, gdzie mógłby znaleźć ocalenie, jak ja z wysokości murów, śród gradu kul przebiegałem okiem znane mi okolice w nadziei odkrycia zbliżającej się jakiej pomocy. Na koniec przecież i dla nas zabłysnęła nadzieja, dostrzegliśmy pokazujący się z wolna od strony Malagi mały oddział kawalerii" 44. Z zamku wyruszyła wycieczka. Pierwszy oddział 90 ludzi prowadził por. Chełmicki, drugi 40-osobowy sam Młokosiewicz. W zamku pozostali ranni część ludzi mających wspierać ogniem wyjście. Oddział Chełmickiego błyskawicznie wdziera się pod górę i uderza na zachodnią baterie i oddziały stojące w asekuracji (ok. 1000 bagnetów). Wspierane przez galopem nadjeżdżających dragonów natarcie kończy się zdobyciem dział i pogonią za pierzchającym nieprzyjacielem, w której nasz bohaterski porucznik tak się zaawanturował, że przez chwilę dostaje się do niemieckiej niewoli45 (znów ci dezerterzy). Zrywają mu szlify, ale w chwilę później uwalniają go polscy żołnierze. Oba nieprzyjacielskie oddziały cofają się rozbieżnie, pułk Toledo w kierunku zachodnim, a dezerterzy na brzeg (pewnie chcieli ładować się na okręty). Ta akcja tak zawstydziła Blayneya, że powiększył on siły Polaków w swoich wspomnieniach, do 650 bagnetów i 60 szabel. Polscy żołnierze kierują ogień z obróconych armat w stronę 89 pp. Angielski generał, któremu w ten oto brutalny sposób wróg przerwał posiłek postanawia go za to ukarać. Reorganizuje oddziały i rusza odebrać działa. Pociski Polaków, wystrzeliwane ze świeżo zdobytych dział koszą ściśnięte szeregi piechoty angielskiej. Po zmniejszeniu dystansu dochodzi do tego ogień muszkietów. Pod Blayneyem poda koń. Dalej prowadzi atak pieszo, ze skrzydła uderzają Hiszpanie. Polacy nie mogą się utrzymać i wycofując się wysadzają amunicję, która eksploduje z wielkim hukiem, raniąc trzech naszych żołnierzy46. Po zajęciu dział Anglicy zatrzymują się i porządkują szyki. Młokosiewicz powoli cofa się do zamku. I w tym właśnie momencie na zdezorganizowane oddziały wychodzi atak Bronisza. Jest on skierowany na lewe skrzydło Anglików, konkretnie na 89-ty pułk. I tu pojawia się problem, jak bowiem ten oddział mógł się tam znaleźć, skoro na lewym skrzydle był pułk Toledo? Dowodzi to ogromnego pomieszania szyków angielskich. Niemożliwe jest raczej aby Bronisz dokonał tak głębokiego obejścia, żeby uderzyć na prawe skrzydło, bo w ten sposób nie miałby łączności z Młokosiewiczem, co przy ogromnej przewadze wroga mogłoby doprowadzić do porażki. Bronisz najpierw oddaje kilka salw z bliskiej odległości, a następnie uderza na bagnety. Anglicy przyjmują atak. Nie są jednak w stanie wytrzymać impetu polskiego natarcia. Dużą rolę mógł tu odegrać szyk47. Blayney broni się długo, wokół niego zostaje w końcu dziewięciu żołnierzy. Jest otoczony, walczy pałaszem raniąc kilku żołnierzy. Jeden z nich mimo potraktowania kilka razy przez łeb wyrywa mu broń, a jego kumple zaczynają okładać generała kolbami. Z opresji ratuje go por. Fryderyk Petit, z oddziału Bronisza, który każe odprowadzić go do zamku. Młokosiewicz widząc atak Bronisza zbiera ponownie swoich ludzi i uderza na prawe skrzydło gdzie bronią się dezerterzy. Angielscy artylerzyści nie zdążyli ani razu wystrzelić. Hiszpanie nie chcąc brać udziału w ogólnej rzeźni wycofują się w porządku na z góry upatrzone pozycje, w kierunku plaży. Piechurzy 4-ego pułku wraz z francuskimi dragonami wpadają na świeżo wyładowane kompanie 82-go pułku. Ci po tak gorącym przyjęciu ceniąc życie ponad honor brytyjskiej armii wykonują manewr niejednokrotnie ćwiczony w przeszłości przez wojska angielskie - pośpieszne ładowanie się na okręty. Ich odwrót osłania ogień dział z okrętów, które podpływają pod sam brzeg. Do angielskich okrętów dołącza fregata "Circe". Blayney wychodzi na mury i sygnalizuje dowódcy eskadry przerwanie ognia. Polacy i Francuzi ścigają niedobitków, którzy nie zdążyli załadować się na pokład. Oczywiście Hiszpański pułk Toledo zrobił to odpowiednio wcześniej. Następuje jakże symboliczna scena spotkania dwóch głównych bohaterów wydarzeń. Oddajmy głos naszemu dowódcy: "Jenerał, zbliżając się do mnie wraz z innymi zabranymi oficerami angielskimi, zdjął kapelusz, tak jak i inni oficerowie, i rzekł do mnie po francusku te słowa: "jestem jeńcem w. pana", na to ja salutując pałaszem, który miałem w ręku, zapytałem go się tonem łagodnym i z delikatnością, jaki był jego stopień? A gdy mi powiedział, że był jenerałem i dowódcą tej całej wyprawy, pytałem się go dalej, dlaczego powtarzał swe wezwanie mnie do poddania, kiedy nieprzyjęcie pierwszego parlamentarza powinno go było przekonać, że nie byłem w myśli wchodzenia w jakiekolwiek bądź układy. Odpowiedział mi na to, że widząc jak szczupłą miałem siłę, a mając blisko 50 przeciw jednemu, był pewnym, że nie będę się nadaremnie tak przeważającej sile opierał. Rozmowę dalszą przerwał nam jeden z moich żołnierzy, mocno w głowę raniony, a zbliżywszy się do mnie, oddał mi pałasz jenerała, którym go przy pojmaniu kilka razy ciął w głowę48. Widok tego żołnierza zmieszał jenerała, co spostrzegłszy, prosiłem go, aby wraz z swymi oficerami udał się do mojej kwatery. Przechodząc przez plac zamkowy widział jenerał zabitych wielu moich ludzi i rannych oraz rozwalone już w wielu miejscach mury i dziwił się wytrwałości mojej w obronie zamku. Na co odpowiedziałem, że według mego przekonania, każdy na moim miejscu postawiony toż samo byłby uczynił. W mojej kwaterze zastaliśmy oficera zabranego w pierwszym uderzeniu na baterie. Oficer ten mienił się adiutantem jenerała, przywitał się z nim i wzajemnie był powitany w języku angielskim. W przekonaniu, że jenerał fizycznie i moralnie utrudzony potrzebować mógł co orzeźwiającego, a razem przez gościnność samą, zapytałem się go czyliby się czego nie napił, dodając razem, że wybór nie był trudnym, gdyż w magazynie moim nie miałem jak tylko wino secco malaga i wódkę hiszpańską. Zastanowiwszy się nieco, odpowiedział, że przedkładał wódkę nad wino. Wtenczas prosiłem adiutanta jego, ażeby poszedł do obok będącego mego magazynu, od którego dałem mu klucze, z dwoma innymi żołnierzami i raczył kazać przynieść nam wódki; użyłem go zaś z do tego z powodu, że najłatwiej mogłem się z nim rozmówić, gdyż mówił dobrze po niemiecku, a razem i z obawy, abym przez posłanie samych mych ludzi nie dał okazji do jakiego nieporządku, gdyż dziedziniec pełen był jeńców angielskich, którzy z łatwością mogli byli wpaść do mego magazynu, a ja miałem podówczas w zamku tylko 40 ludzi pod bronią, i to na murach stojących. Po przyniesieniu wódki wziąłem szklankę, nalałem i wypiłem zdrowie jenerała, a nalewając dla niego, gdy była w połowie nalaną, jenerał zawołał, że dość i prosił, aby mu dopełnić wodą. Odpowiedziałem, że wody w zamku nie było, gdyż istotnie, miejsce, z którego wodę brała osada, było zaraz z początku oblężenia zajęte przez nieprzyjaciela, i dodałem, że przez to żądanie czyni zniewagę swemu narodowi; a na zapytanie jego w jakim sposobie - odpowiedziałem, iż Anglicy i Polacy są dwa narody w Europie słynące z tego, że jeśli dobrze się biją, to także i nieźle piją. Wtenczas jenerał rzekł: - A więc proszę mi dać. I wychylił za moje zdrowie, co także zrobili i inni oficerowie. Nie było tu bynajmniej zamiarem moim upoić jenerała, lecz widząc zmartwionego, chciałem rozweselić." 49 W międzyczasie chirurdzy Polscy opatrywali jeńców i swoich rannych. W ten oto sposób zakończyła się jedna z najchwalebniejszych, lecz niestety nie najsłynniejszych akcji Polaków w Hiszpanii. Nasze straty wyniosły 20 zabitych i 100 rannych. Anglicy stracili 40 zabitych, 70 rannych i 177 jeńców. Oprócz tego zdobyto 5 dział, 300 karabinów i 60000 sztuk amunicji (częściowo zniszczonej) 50. Tak więc straty Polaków były dość spore, zważywszy na ilość sił, biorących udział w starciu, bo okoł0 28 %51. Początkowo gen. Sebastiani nie chciał wierzyć w raporty mówiące o odparciu ataku. Dopiero po przybyciu na miejsce walki, rankiem 16 października przekonał się o prawdziwości doniesień. Pochwalił Polaków i wysłał odpowiedni raport, skutkiem którego 18 XII 1810 r. Młokosiewicz, Bronisz, i Chełmicki zostali odznaczeni krzyżami Legii Honorowej. Wynikiem tego starcia był niewątpliwie wzrost szacunku Blayneya do polskich żołnierzy, których tak opisał po przybyciu do zamku "mieli wygląd szaleńczych bandytów, o których piszą w romansach, ich długie wąsy, ich twarze poczerniałe od dymu i prochu i ich podarte odzienie dawały im wygląd drapieżnych nie do opisania" 52. Świadectwem do dziś dnia pokazującym na wynik walki, jest szabla Blayneya, wisząca w krakowskim Muzeum Czartoryskich, w którym widziałem ją we wrześniu 2002 roku. Właśnie szabla nie pałasz, jak pisał Młokosiewcz. No, chyba angielski generał trochę przesadził. Z resztą nie jest ważny wygląd, ale postawa polskich żołnierzy. Zadecydowała ona o powstrzymaniu angielskiego ataku. Nie miała tutaj znaczenia pomoc Sebastianiego, który dotarł na miejsce po walkach, tym bardziej, że Polacy nie wiedzieli o nadchodzącej odsieczy. Umiejętne użycie mniejszych sił, ataki na skrzydła, nadejście posiłków w przełomowym momencie i wytrwałość polskich żołnierzy zadecydowała o zwycięstwie. Niewątpliwie dużą role odegrały błędy Blayneya: brak zabezpieczenia od strony Mijas, zwłaszcza po porażce kombinowanego batalionu, zlekceważenie przeciwnika (wysadzenie dział na ląd dopiero drugiego dnia, choć należy podziwiać angielskiego dowódcę i jego żołnierzy za przeprowadzenie tej akcji w nocy w niesprzyjających warunkach atmosferycznych), dopuszczenie do połączenia się Chełmickiego z Młokosiewiczem53. Wydaje się, że angielski dowódca wysadził zbyt mało dział. Większa ich ilość mogłaby zniszczyć umocnienia zamku zdecydowanie szybciej. Obrona zamku i linii rzeki Fuengiroli przed siłami Sebastianiego miałaby większe szanse powodzenia. Sukces polsko-francuski umniejsza nieco skład wojsk sprzymierzonych. II batalion w angielskich pułkach piechoty, składał się z żołnierzy zakładowych (aczkolwiek ten oddział spisał się najlepiej ze wszystkich). Hiszpańscy żołnierze z reguły dobrze działali w obronie, na dobrych pozycjach54, w ataku znacznie gorzej. No i dezerterzy. Nie oznacza to w żadnym wypadku, że była to przypadkowa zbieranina, nie zdolna do niczego poza pacyfikacją. Widać to z przebiegu walk, który w niektórych momentach był bardzo zacięty np. walki o Mijas. Choć i tak wydaje się, że cała akcja miała marne szanse powodzenia w związku z przewagą sił francuskich w tym regionie. Wątpliwym zdaje się być liczenie na odciągnięcie sił Victora spod Kadyksu. Nawet gdyby obrona zamku się nie powiodła, to opór wojsk angielskich nie trwałby zbyt długo, w tym rejonie. Wiele wskazuje na to, że cały desant miał charakter improwizacji, a co będzie dalej to się zobaczy. A nie była to akcja w stylu operacji komandosów brytyjskich z czasów II w. św. tj. wylądować, zniszczyć (co kutry rybackie w Maladze?), i wycofać się. No, to ostatnie to się akurat Anglikom udało. Nic dziwnego, że w czasie wojen światowych mieli ten manewr opanowany, skoro zaczęli ćwiczyć sto lat wcześniej... |
||
|
|
|||||
|
|||||