
Aleksander
Berthier był urodzonym szefem sztabu, sztabowcem skończonym, absolutnym,
kompletnym, słowem — genialnym, i historycy wojskowości, co do jednego są
zgodni — że nigdy przedtem ani potem pod żadną szerokością
geograficzną nie urodził się lepszy oficer sztabowy, niż syn inżyniera królewskiego,
Aleksander Berthier. Mapy, to jest każdą zaznaczoną na nich wklęsłość i
wypukłość terenu „czuł” on wprost organicznie, jak gdyby były
wydrukowane na jego własnej skórze. Berthier miał umysł otwarty i
precyzyjny, zdolny do zestawienia i rozdzielenia olbrzymiej ilości
najdrobniejszych szczegółów. O każdej porze doby pamiętał nazwisko
komendanta małej placówki obsadzonej przed tygodniem, znał położenie każdej
jednostki, jej stan liczebny, wyposażenie i planowany kierunek manewru. Żywy
atlas, skrzyżowany z dziennikiem działań bojowych i z maszyną liczącą. W
czasie jednej kampanii obywał się bez snu przez trzynaście dni i nocy z rzędu
(!) — pod tym względem tylko jeden Napoleon próbował mu dorównać, ale
przegrał, uzyskując rekord życiowy w granicach tygodnia. Gdy zachodziła nagła
potrzeba naniesienia na plany nowych meldunków o godzinie — powiedzmy
— drugiej w nocy, z reguły zastawano Berthiera ubranego i gotowego do
pracy. Po przekroczeniu drzwi sztabu w odwrotną stronę, ten tytan pracowitości
i inteligencji kartograficznej momentalnie zmieniał się w niezgrabiasza o umyśle
i sposobie bycia rozkapryszonego dziecka. Dwoma stałymi atrybutami tego sposobu
były: narzekanie i opryskliwość. W Egipcie narzekał na słońce i piaski
pustyni, w Szwajcarii na góry, w Polsce na błoto, w Rosji na śnieg, w Prusach
na deszcz, i w ogóle narzekał wszędzie na wszystko, gdyż takie miał
usposobienie. Z równą opryskliwością przychylał się do próśb swych podwładnych,
jak i odmawiał im, gdyż zawsze był z nich niezadowolony, tak samo jak z każdej
pogody. W Egipcie Bonaparte powiedział do generała Klebera: — Przyjrzyj
się Berthierowi, jak kaprysi i narzeka. I tego człowieka o charakterze starej
baby zowią moim mentorem! Jeśli kiedykolwiek dojdę do władzy, postawię go
tak wysoko, że każdy zobaczy jego pospolitość. Doszedł do władzy w rok później
i dotrzymał słowa, mianując Berthiera marszałkiem, szefem sztabu
generalnego, Wielkim Łowczym Cesarstwa i podwójnym księciem: Neuchatel i
Wagram. Ale i bez tego wszyscy widzieli pospolitość tego następcy Quasimoda,
o małym, niekształtnym ciele, dźwigającym jeszcze bardziej niekształtny
wielki łeb z kędzierzawą czapą włosów, obgryzającego paznokcie „do
łokci”, publicznie dłubiącego w nosie, źle ubranego (adiutant
Napoleona, Grabowski: „Mundur i spodnie wisiały na nim”), jąkającego
się i plującego w trakcie mówienia. Należy podziwiać maestrię hagiografów,
którzy tak oto ujęli fizys Berthiera (cytuję z wydawnictwa warszawskiego z
roku 1841): „Twarz Berthiera była delikatna i łagodna, lecz bez
odznaczającego się wyrazu, dlatego dziwnie odbijała od owych pięknych i męskich
postaci generałów, których działaniami kierował”. Berthier cały swój
wolny czas poza sztabem poświęcał na rozmyślania, jaka to łaska boska,
jakie to niesłychane szczęście, że żyje na tej samej planecie i w tym samym
czasie, co piękna Madame Visconti. Ale i tutaj znalazł okazję do narzekań.
Napoleon, tolerujący tylko przelotne nielegalne związki, zabronił pani
Visconti wstępu na dwór, gdyż była ona stałą metresą marszałka. Tym
bardziej więc nie mogła, nawet gdyby chciała, towarzyszyć Berthierowi w ciągłych
kampaniach między Pirenejami a Moskwą w przebraniu adiutanta, tak jak to czyniły
gromadnie „dziewczynki” Masseny. Dlatego mógł spędzać z nią
upojne chwile tylko w króciutkich antraktach wojennych. Wojna jako taka nie była
żywiołem Berthiera, było nim wyłącznie zacisze sztabowe. W polu
kilkakrotnie skompromitował się, a swą największą bitwę stoczył w czasie
polowania, które jako Wielki Łowczy zorganizował dla Napoleona w roku 1808.
Załatwił sprzęt, nagonkę i zwierzynę, i popełnił tylko jeden drobny błąd:
zamiast dzikich, kupił tysiąc oswojonych królików, nie wiedząc, iż są one
przyzwyczajone do otrzymywania dwóch posiłków dziennie. Kiedy więc cesarz
wszedł ze strzelbą do lasu, króliki wzięły go za pastucha i radośnie
oblepiły ze wszystkich stron. Zrozpaczony Berthier nadbiegł z batem i zaczął
je siec, pragnąc rozproszyć i dać monarsze okazję do strzału. W końcu
wygrał tę batalię, ale wówczas obrażony Bonaparte był już dawno w drodze
powrotnej do stolicy. Berthier, podobnie jak Augereau, Murat i kilku innych
marszałków, również porzucił cesarza tuż przed końcem Empire'u. Tylko, że
w przeciwieństwie do innych, kiedy ujrzał wojska rosyjskie maszerujące obok
jego domu na Paryż, wyskoczył z okna i zabił się na miejscu.
W. Łysiak, Cesarski poker