| ||||
| Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni | ||||
|
Biblioteka źródeł
|
||
Tygodnik Ilustrowany 1912, cz. 9.
Jerzy Kossak, Odwrót. Widać z pamiętnika Karczewskiego, jak obu stronami traktu napoleońskiego płynął odwrót armii francuskiej i jak przez zimę jeszcze całą przeciągały krajem to bandy maruderów, to oddziały wojsk rosyjskich, tropiące niedobitków. Raz po raz zazierali do Bieniun kozacy, "trzęsąc" dwór i szukając Francuzów, to znowuż tylko dla rozgrzania się i posilenia. Wielu z nich proponowało nabycie bardzo nieraz pokaźnego "łupu", z którym kozak nic wiedział, co czynić. I radby go wymienił na rubli kilka, które mu się bardziej przydadzą. Tak np. opowiada Karczewski, że pewien kozak chciał mu raz zbyć za 15 rubli "niemały futeralik, napełniony samymi brylantami". Niestety jednak, w zdewastowanych Bieniunach kasa gospodarcza domu tak pusta była z kretesem, jak jego śpichlerz i śpiżarnia... "Dnia pewnego wieczorem - zapisuje Karczewski - nadjechało trzech kozaków. Jeden z nich, pokiereszowany, z roztrzepaną od blizn brodą, będąc pół pijany, był bardzo złośliwy. Nie złażąc z konia, wywołał mię z izby, a nałajawszy się do woli, kazał kozakom zrewidować mój dom, azali nie przechowuję w nim Francuzów. Kozacy, przechodząc mimo mnie, szepnęli do ucha, żebym się nie trwożył, a przygotował dla oficera butelkę wódki, to on się ułagodzi. Był to człek złośliwy i pijący, ale, jak o nim umówili kozacy, "chrabryj". Jakoż po obejrzeniu domu i nie znalezieniu Francuzów, oficer zsiadł z konia i zabrał się nocować. Postawiłem przed nim gorzałkę, siedliśmy za stołem, a on mi w poufałości pokazał bardzo piękne brzytwy. Siedm sztuk było zwirowanych, w złotej oprawie i w futeraliku. Podobały mi się tak dalece, żem mu zaproponował, aby mnie one sprzedał. Odpowiedział mi, że chętnieby to uczynił ale musi z nich zrobić prezent dla adjutanta pułkowego. Dałem mu więc spokój. Wtem pociągnął mię ktoś za połę. Była to służąca z piekarni (prowincyonalizm litewski; ma znaczyć - z izby, gdzie jada a czasem i sypia czeladź). Wzywała mię, abym tam szedł. Poszedłem i jakiż okropny znalazłem widok! Przy 30 stopniach mrozu człowiek nagi, mający tylko na sobie majtki płócienne i jakieś na nogach z onucz (szmaty płócienne, zastępujące skarpetki lub pończochy) opięcie, stojąc przy piekarnianym piecu, trzymał w objęciu słup jego i na zbliżających się kłapał zębami. Człowiek nie stary, dość przystojny, z czarnym włosem na głowie i takiemiż oczyma... Wraz tedy powróciwszy do mego kozaka, prosiłem, aby obaczył, jakie nasze położenie, kiedy mimowolnie w domach naszych mieć musimy Francuzów. Posłał swoich kozaków obejrzeć nieszczęśliwego. W majtkach znaleźli i zabrali u niego kilka napoleondorów. Nie wiem, co z nim zrobili, gdyż mię tegoż czasu spotkał drugi ambaras." "Była w starym domku kuchnia, od sieni ścianą oddzielona, z wejściem od tyłu. Dano mi wiedzieć, że tam przyszedł raniony żołnierz polski. Pobiegłem do niego i aktualnie (prowincyonalizm litewski; ma znaczyć rzeczywiście, istotnie) znalazłem okropnie ranionego, gdyż mu nawet jelita wychodziły. Zapytałem, co się z nim stanie, kiedy za ścianą są kozaki? Odpowiedział, że mi nie zrobi kłopotu, tylko prosi opatrzyć ranę. Opatrzyłem tedy kompresami ranę. Dałem dla okrycia się jakiś worek, będący pod ręką, i wyprawiłem tylnemi drzwiami. Co się z nim stało? Bogu wiadomo. Znajdowano wiosną wiele trupów po jamach warzywnych (dla przechowywania warzyw przez zimę) we wsi - i gdzież ich jeszcze nie było!" A senator Ogiński, wracając do swego Zalesia traktem Napoleońskim wczesną wiosną roku 1814, oglądał jeszcze - we dwa lata bez mała po przejściu Francuzów: wioski całkiem bezludne, po części spalone, dwory zrabowane i porujnowane, resztki kości ludzkich walające się po krzakach, tu i ówdzie po rowach przydrożnych - trupy, zasypane tylko ziemią, ówdzie sterty popalonych ciał. Nie, - pisze - zgoła żadnej nie było przesady w opowiadaniach tych, co świadkami byli nieszczęsnego odwrotu! Kraj, którym jechałem, jeszcze wyglądał, jak pustynia.. Le pays que je traversais prisentait le tableau d'un désert.
Stanisław Dunin-Wąsowicz Z OSZMIANY DO WILNA. Do Oszmiany przybył Napoleon o północy z 5-go na 6-ty grudnia, w mróz siarczysty. Nie spodziewano się go. Tem mniej, iż co tylko zaatakowane było miasteczko przez silny oddział kawaleryi Siesławina. W utarczce atoli nie brał udziału garnizon oszmiański, złożony z Niemców, pod dowództwem generała rodem z Niemiec południowych. Odparli szturm na Oszmianę ułani polscy, znajdujący się akurat w okolicy, a, dokonawszy dzieła, stanęli kwaterą w mieście, wzmacniając załogę, aby mogła stawić czoło ponownemu targnięciu się Siesławina na Oszmianę. Tymczasem zaś wojska rosyjskie rozłożyły się obozowiskami i czatami po całej okolicy, ześrodkowawszy główne siły pod Nowosiadami, wioską tuż w pobliżu Oszmiany.
Gajdziewicze, typowa "okolica" szlachcica-włościanina w pobliżu Traktu Napoleońskiego w okolicy Żupran. Zastał tedy Napoleon całą załogę pod bronią, a na rynku, pomimo głębokiej już nocy i ostrego mrozu, stojące trzy szwadrony ułanów, dowodzonych przez Ignacego Stokowskiego. Gdy pierwsze oszołomienie, na widok cesarza, minęło i gdy dowiedziano się, że w drodze jest do Wilna, rzucono się błagać, aby przynajmniej noc spędził w Oszmianie, nie narażając się na podróż nocną, gdyż droga niepewna, a wzdłuż jej gęsto rozsiane biwaki rosyjskie. Napoleon namyślał się krótko. Zdecydował się jechać natychmiast dalej. Kazał tylko zmienić konie u powozów, oraz zluzować eskortujących go od Smorgoń strzelców konnych. Karocę cesarską i cały korowód podróżny otoczyli ułani polscy Stokowskiego, z nim samym na czele, a w liczbie 266 koni. Wąsowicz w pamiętniku swoim notuje, że cesarz kazał na kozieł swej karety siąść generałowi Lefebyre-Desnouettes i mamelukowi Roustanowi, że sam podał im parę pistoletów i rzekł: - W razie niebezpieczeństwa, nie dajcie mnię wziąć do niewoli. Zabijcie mię! Tuez-moi! - Wasza Cesarska Mość - podchwycił Wąsowicz - pozwoli mi powtórzyć jej słowa polskim ułanom? - I owszem! Gdy zaś Wąsowicz przetłómaczył na głos ułanom słowa cesarskie, rumor stał się wśrod nich nieopisany i huknęły dokoła zapewnienia, że dadzą siebie porąbać co do nogi, a nikogo do cesarza nie dopuszczą. I wśród okrzyków Vive l'Empereur! korowód ruszył. Napoleon wiedział, co czyni, nie usłuchawszy zaklinań szefa załogi oszmiańskiej, aby zaniechał dalszej podróży. Liczył na osłonę nocy i na obezwładniający mróz. Noc, aczkolwiek nielitościwie mroźna, była ciemna. Trzy karety, przodujące im sanie i eskorta przemykały się traktem - niepostrzeżone. Wśród głębokiej ciszy słychać było dalekie głosy nieprzyjacielskich forpoczt i pikiet; błyskały tu i owdzie rozsiane wzdłuż drogi ognie biwakowe, ale mróz przykuwał czaty nieprzyjacielskie do ogni roznieconych w polu; kozacy spali na posterunkach, zawinąwszy się w kożuchy, obezwładnieni, zesztywniali. Raz po raz ktoś z eskorty cesarskiej zwalał się z konia, jak kłoda; marzły konie same. Dwaj energiczni ludzie, których cesarz na kozły karety swej posadził, z pistoletami w ręku, czuwali przytomnie, nie spuszczając z oka okolicy... Czesław Jankowski |
||
|
|
|||||
|
|||||
|
|
||