| ||||
| Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni | ||||
|
Wydawnictwo FINNA
|
||
PAUL BRITTEN AUSTIN
TŁUMACZENIE WOJCIECH CHRZANOWSKI KLEMENTYNA CHRZANOWSKA FINNA Gdańsk 2005 Caulaincourt "Skrajna nędza nie wie co to prawa człowieka. Często podporządkowuje się wszystko instynktowi samozachowawczemu."Luiza Fusil nad Berezyną "Nigdy, do dnia kiedy to piszę, w 1828 roku, nie widziałem relacji z tego odwrotu, którą mógłbym uznać za przesadną. W istocie jestem pewien, że względem tego, co musieli znosić jego uczestnicy - przesada jest niemożliwa."Porucznik Vossler "Być może, ze względu na honor ludzkości, nie powinienem opisywać wszystkich tych przerażających scen. Zdecydowałem się jednak spisać wszystko to, co widziałem. A jeśli w czasie tej kampanii popełniono czyny haniebne, to należy pamiętać, że zdarzały się i szlachetne."Sierżant Bourgogne 1 "SŁOWO NIEZNANE W ARMII FRANCUSKIEJ"Kozacy - łupy z Moskwy - zawartość pewnego wozu - los rannych i jeńców - Maily-Nesle ciągle śpiewa - korpus Neya w Borowsku - Dumonceau poświęca swój wózek - kogut trafia do garnka Le Roya - protest Davouta - Napoleon widziany oczami Dedema - narastające braki żywności - cesarski wybuch - los rannych z Możajska Jak dotąd tylko jeden jedyny raz zmuszony był do odwrotu. Jest to więc operacja, w której nie ma, lub ma bardzo niewiele doświadczenia. Wszyscy instynktownie rozumieją co to znaczy i głęboko ich to przygnębia. Czyż Cesarz nie przysięgał, że nigdy nie będzie się wycofywał drogą, którą przybył - przez "pustynię, jaką sami stworzyliśmy"? Samozwańczy malarz batalistyczny Albrecht Adam, który miał już tej kampanii po dziurki w nosie i ruszył do domu, wie też dobrze, że pomiędzy Moskwą a Smoleńskiem "wszystko jest zdewastowane na przestrzeni ponad trzystu mil. Wioski leżały w ruinie. Miasta były wygłodzonymi szpitalami. Tych kilka stodół czy chat, jakie nadal stały, były wypełnione trupami ludzi i zwierząt domowych, czasem na wpół zgniłymi. Wystarczyło iść za trupim smrodem, aby być pewnym, że jest się na właściwej trasie". Tych kilku ludzi, na jakich były cukiernik i jego towarzysze podróży natknęli się po drodze, "maruderów ciągnących za armią i pozbawionych jakiegokolwiek pożywienia, z największym trudem błąkało się tu i tam" po kraju "przepełnionym Kozakami i chłopstwem". Kilka razy "tylko cudem jakimś udało się im ocaleć". Morale jest kiepskie. Wszyscy wiedzą o tym, jak Cesarz "siedział przez całą godzinę" w owej chatce w Gorodni, "rozważając swoją dramatyczną decyzję" i jak wczorajszego ranka wpakował się w ćmę Kozaków,2 przez co o mało nie dostał się do niewoli. A choć CKG starała się jak mogła, aby wyciszyć ów szokujący epizod, to "do następnego wieczora wiedziała już o nim cała armia i cała aż trzęsła się ze zgrozy na samo jego wspomnienie". A także na pogłoski, jakoby najwyższego hetmana Kozaków, Płatowa, "po tym jak jego syn zginął w potyczce pomiędzy Kozakami a polskimi ułanami pod Wierieją, ogarnęła tak gwałtowna nienawiść do Francuzów, że rozkazał, aby przyprowadzać do niego każdego niskiego i tęgiego Francuza, aby mógł mu się dokładnie przyjrzeć. Obiecał ponoć nawet, że odda rękę własnej córki każdemu - choćby i prostemu Kozakowi - kto przyprowadzi mu Napoleona - żywego lub martwego". Holenderski eksdyplomata i generał brygady, Dedem van der Gelder, który ściągnął na siebie niechęć Berthiera za sposób, w jaki wstawiał się za cudzoziemcami i nawet usłyszał na Kremlu, że "jeśli nie jesteś pan zadowolony - możesz wracać do domu", uważa, iż plotka ta z pewnością "zaniepokoiła Napoleona". Nic jednak nie wspomina, jak się o tym dowiedział. Wszystkie wydarzenia wskazują na to, iż słowo "odwrót", o którym ten zjadliwy krytyk wojskowości usłyszał w lipcu w Witebsku, że "nie istnieje w armii francuskiej", staje się ponurą rzeczywistością. Zaledwie jednostki wykonały w tył zwrot i pomaszerowały, jedna za drugą, traktem na Borowsk, a już majorowi A. A. Pionowi des Lochesowi wydaje się, że "wszystkich ogarnęło jakieś otępienie". Ów nowo awansowany major jest także chronicznym dysydentem i powszechnie znanym wszystkowiedzącym. Takie "otępienie" - według niego - wydaje się już teraz "zamieniać nasz odwrót w pogrom". Będąc odpowiedzialnym za 1. kompanię 2. Pułku Artylerii Pieszej Młodej Gwardii oraz za część taborów, jest on zszokowany, gdy szef sztabu artylerii Gwardii, generał Lallemand, podjeżdża do niego konno i rozkazuje mu, aby "według własnego uznania - ponieważ potraciłem konie - porzucił wozy amunicyjne, niszcząc wiezioną na nich amunicję. Na próżno przedkładałem mu, że zatrzymywanie dział bez odpowiedniego zaopatrzenia jest całkiem bezużyteczne. 'Cesarz', powiedział generał władczo, 'nie chce, aby pozostawić choćby jedno działo!'. Cóż za mądrość! Czyżby ten człowiek myślał, że tylko działa wpadające w ręce nieprzyjaciela będą świadkami jego odwrotu? Ale jego rozkazy zostały wykonane". Sprawy stoją więc tak, że żołnierze już teraz "porzucają wozy amunicyjne, i to bez żadnych formalnych instrukcji. Każdy z nas postępował według własnego widzimisię". Pionowi des Lochesowi nie przychodzi na myśl, że przecież Napoleon będzie mógł uzupełnić amunicję w Smoleńsku, gdzie znajdują się ogromne magazyny wszelkiego zaopatrzenia, podczas gdy działa to już całkiem inna sprawa. Rozkaz Lallemanda będzie chyba ostatnim, jaki major otrzyma w Rosji. Naturalnie, nie wszyscy podupadają na duchu. Pułkownik Lubin Griois przepełniony jest podziwem dla "rzadkiej odwagi i przytomności umysłu" swojego dowódcy korpusu, generała Grouchy'ego, którego 3. Korpus Kawalerii osłania tylną straż armii utworzoną przez I Korpus Davouta. Artyleria konna Griois miała jako ostatnia przekroczyć most nad przełomem Łuży: "Obecny wszędzie, w spokojnym, niemal pogodnym, nastroju, [Grouchy] wlewał tyle pewności siebie, tyle ufności w te konne oddziały, jakie jeszcze mu pozostawały, że nieprzyjaciel, mimo wciąż ponawianych wysiłków, nie potrafił mu przeszkodzić, ani nawet go zniechęcić. Był to zaiste odwrót rannego lwa". A przecież ledwo co doszedł do siebie po ranie, jaką otrzymał pod Borodino, a po jego kawalerii także "zostało stanowczo zbyt mało" po całomiesięcznym głodowaniu w obozie pod Winkowem.4 Jest wspaniały, słoneczny dzień. Konni artylerzyści Griois staczają nieustanne potyczki z ciągle rosnącą liczbą Kozaków: "Nadciągali i kręcili się wokół nas, czasami zaledwie na odległość strzału z pistoletu. Gdy tylko ataki ich stawały się nazbyt ożywione, zatrzymywaliśmy się, aby odpędzić ich paroma salwami lub szarżą kilku plutonów. Oznaczało to jednak spowolnienie naszego marszu i czynienie Kozakom zbyt wielkich honorów. Ograniczyliśmy się więc do zmuszania ich do okazania nam szacunku, posyłając im kilka kartaczy lub strzałów karabinowych, i kontynuowaliśmy marsz". Łatwi do rozpoznania nawet z daleka - "przez nieporządek panujący w ich kupach, niewyraźną barwę strojów jeźdźców i mieszaninę używanych przez nich koników", Kozacy także jednak dysponują artylerią. "Wieńczyli oni niemal każde wzgórze w okolicy, pojawiali się na wszystkich drogach, nacierali w każdym kierunku. Wypatrywaliśmy więc ich ze wszystkich stron. Nasze działa odpowiadały ich armatom. A we wszystkich możliwych miejscach dochodziło do małej wojenki pomiędzy nimi, a naszą lekką kawalerią". Owi "barbarzyńcy", o których nasze oddziały zwykły mawiać "hurasjerzy" [niby "kirasjerzy", od ich gromkich okrzyków "hurra"5], bynajmniej nikogo z naszych nie potrafią zastraszyć swoim potrząsaniem pikami. "Niektóre z naszych plutonów raz po raz szarżowały przez owe chmury jeźdźców, którzy rozstępowali się przed nimi tylko po to, aby po chwili galopem powrócić i zebrać się w jakimś innym miejscu i od nowa rozpocząć swoje wrzaski i prowokacje". Zdarza się, że dochodzi nawet do indywidualnych pojedynków:6 "prawdziwego potykania się 'na kopie'. Każdy z walczących starał się wykazać w oczach kolegów swoją wspaniałą odwagą i wyjątkowymi umiejętnościami. Nad wszystkimi górowali w tym nasi Polacy. Ich sposób walki i ich okrzyki, w znacznej mierze przypominające przeciwników, potrafiły w szczególny sposób ożywić i ubarwić ogólny łoskot dział i eksplodujących pocisków. Będąc na przemian ścigającymi i ściganymi, w zależności od tego czy jacyś koledzy przybyli im z odsieczą, czy też musieli stawić czoła nowym napastnikom, krążyli w małych oddziałkach między obiema armiami", co tworzyło zaiste wspaniałe widowisko, uważa Griois, a co przypomina mu jego lektury na temat dawnych wojen. Niektórzy jednak spośród jego ludzi zostają ranni. I tych właśnie, pierwszych padłych w boju, pułkownik pakuje na swoje wozy amunicyjne: "Jednak co ciężej rannych, którzy nie byli w stanie dotrzymać nam kroku nawet z pomocą swoich towarzyszy, musieliśmy porzucać na pastwę Kozaków. Ich błagania, ich krzyki, raniły mi serce. Nie mogliśmy jednak dla nich niczego zrobić, chyba że ponieślibyśmy ich na własnych ramionach". Kozacy są doprawdy wszędzie. Dedem van der Gelder, od Moskwy zdjęty z dowództwa i przydzielony do Cesarskiej Kwatery Głównej, wspomina jak "dorwali oni jego dwóch huzarów - ordynansów" podczas jego szalonego galopu tą właśnie drogą, kiedy to "wiózł rozkazy cesarskie dla wicekróla" podczas akcji pod Małojarosławcem. "Jedynie szybkości swojego konia zawdzięczał, że nie podzielił losu ordynansów". Teraz generał słyszy, że Kozakom udało się zaskoczyć nawet dywizję Dufoura (dawniej Frianta), której "zabrali kilka dział". Jesienne dni w Rosji nie trwają wiecznie. Od czasu do czasu niebo zaciąga się chmurami, przynosząc przygnębiającą mżawkę. Przez nasiąkniętą wodą krainę, mocno zalesioną dębami, jesionami i srebrnymi brzozami - już niemal ogołoconymi z liści - odznaczającymi się na spokojnym tle głębokiej zieleni lasów iglastych swoją szarością lub brunatnością - armia jedzie, kroczy, czy też toczy się traktem na Borowsk, którym tak niedawno nacierała. Czołowe jednostki wkrótce wpadają na nadmiernie rozrośnięte tabory, "pełną nieładu karawanę wszelkiego rodzaju pojazdów wojskowych, niewielkich powozów, caléches, kibitek i dorożek, z których większość zaprzężona jest w niewielkie rosyjskie koniki... a także najbogatszych i najbardziej eleganckich pojazdów, wozów markietanów, ciężkich furgonów, bryczek, dyliżansów, wszelkiego rodzaju karet, wśród których zdarzały się nawet dworskie", a które jeszcze wczoraj tworzyły tyły armii, dzisiaj zaś zmuszone zostały zawrócić konie i stać się jej awangardą. Do tej pory, w drodze na nieosiągalną Ukrainę, już jakieś 20 tysięcy tych wehikułów rozleciało się, połamało sobie wzajemnie szprychy w zderzeniach, potraciło konie, czy też - stanąwszy na drodze armatom - zostało podpalonych. A wtedy, wiezione na nich "cenne przedmioty, obrazy, kandelabry, całe biblioteki, złote i srebrne krucyfiksy, cyboria i kielichy, piękne dywany, gobeliny, makaty, sztuki jedwabiu we wszystkich kolorach, a także wspaniałe haftowane złotem i srebrem ubiory - tak kobiece jak i męskie - i to z tych, co się je widuje tylko na książęcych dworach ... drogocenne kamienie, szkatułki wypełnione brylantami lub rulonami dukatów", słowem - cały fantastyczny łup moskiewski - były wrzucane do rowów. Nadal jednak pozostają ogromne masy pojazdów, które korkują drogę. Jeśli istnieje człowiek dogłębnie wściekły na Kutuzowa za przegapienie "tak wspaniałej, wręcz złotej okazji", jaka mu się trafiała pod Małojarosławcem, a także za ogólną indolencję i fainéantise jednookiego feldmarszałka, to jest nim na pewno specjalny wysłannik rządu brytyjskiego i oficer łącznikowy w jego kwaterze głównej - generał Sir Robert Wilson. Armia rosyjska, jak notuje on w swoim Dzienniku, bynajmniej nie jest osłabiona, a w rzeczywistości nawet "została wzmocniona licznymi oddziałami milicji, które wszystkie walczyły z determinacją". No, a tutaj masz - jej niedołężny, a może nawet zdradziecki dowódca pozwala Bonapartemu - temu wrogowi ludzkości - wymknąć się z matni! To wystarczy, aby przywieść do szaleństwa każdego zdrowo myślącego człowieka. Dla wycofującej się armii ważniejsze od łupów są zapasy żywności, także wiezione w taborach. Wielu przewidujących oficerów zadbało już o to, aby ich dobrze zaopatrzone wozy toczyły się drogami z resztą wozów pułkowych. W drodze do Moskwy, Pion des Loches, będąc zaledwie kapitanem, musiał się dzielić swym wozem, "w połowie zapełnionym dobytkiem i rezerwowymi butami mojej kompanii", ze swoim porucznikiem. Teraz, po awansie na majora, jest on już uprawniony do własnego pojazdu, "mniejszego co prawda, lecz wystarczająco dużego, aby pomieścić moje wiktuały na trzy, cztery miesiące odwrotu". Wśród innych rzeczy wiezie też na nim szczególnie piękny serwis obiadowy z chińskiej porcelany, który przypadł mu do gustu, oraz "na ewentualność (co uważałem za nieuniknione) udania się na leża zimowe na lewym brzegu Niemna, skrzynkę z całkiem niezłym wydaniem Woltera i Rousseau, Historią Rosji Clerca i Levesque'a, sztukami Moliere'a, utworami Pirona, L'Esprit des Lois Monteskiusza i kilkoma innymi dziełami, takimi jak Historia filozoficzna Raynala, oprawiona w białą skórkę cielęcą i złocona na grzbiecie". Na jego nie mniej obfitą spiżarnię składa się "Sto okrągłych, liczących sobie stopę średnicy sucharów, worek zawierający kwintal mąki, ponad trzysta butelek wina, dwadzieścia do trzydziestu butelek rumu i koniaku, ponad dziesięć funtów herbaty i tyleż samo kawy, jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt funtów cukru, trzy-cztery funty czekolady, kilka funtów świec". Za osiemdziesiąt franków major kupił sobie także "jedno z najpiękniejszych futer, jakie zostały wzięte z Moskwy". Tego chłodnego dnia jego przezorność zdaje się zostać wynagrodzona. "Prowadziłem dom otwarty. Do obiadu rzadko było nas mniej niż siedmiu czy ośmiu". Jeden z podlegających mu oficerów ma nawet namiot,8 do którego major ma dostęp - w zamian za podzielenie się swoimi zapasami: "Przed wyjazdem zjedliśmy dużo gorącej zupy. Do kieszeni włożyłem sobie nieco chleba i cukru. Miałem też przy sobie butelkę rumu. Na południowym postoju wypijałem kilka kieliszków wina, a w ciągu dnia spożywałem kilka kawałków czekolady lub sucharów, aby nie opaść z sił". Sierżant Louis-Vincent Lagneau z Pułku Fizylierów-Grenadierów Młodej Gwardii także ma namiot i uważa (mylnie), że "jest bardzo prawdopodobne, iż jest to jedyny namiot w całej armii". Zrobił go sobie w Moskwie z pociętego na pasy brezentu i kazał swoim ludziom sporządzić do niego kołki i maszty: "Mój wóz ambulansowy był duży i ciężki. Załadowaliśmy go winem, ryżem, sucharami, cukrem i innymi zapasami, albo w małych baryłkach - tego rodzaju jakich używały nasze cantinieres - albo w dużych workach. Miał to być nasz wiatyk na ten odwrót". Kapitan płatnik P. T. Duverger z I Korpusu także nie zapomina zadbać o najważniejsze: "Posiadałem fortunę w futrach i obrazach. Miałem też pewną ilość skrzyń z figami, kawą, likierami, makaronem, soloną rybą i mięsem. Nie miałem jednak w ogóle białego chleba, świeżego mięsa, czy też vin ordinaire". Także i jego stać na wydanie obiadu dla szesnastu swoich towarzyszy, wśród nich jednego generała. "Uroczyście wznosiliśmy toasty za sukces nadchodzącej kampanii i nasze wkroczenie do St. Petersburga". Wszystko to pozostaje w ponurym kontraście z losem zwykłego szeregowca. Jeśli nie należy on do przedsiębiorczych duchów, którzy"wynajmują sobie świtę innych, aby dbali o nich i o ich konie, a także doglądali czasem aż czterech wozów ciągnących w taborze", to wszystko co posiada jest tym, co potrafi unieść na własnym grzbiecie. A Smoleńsk, ze swoimi ogromnymi magazynami wypełnionymi zapasami ściągniętymi z głębokich tyłów, jest odległy o co najmniej dziesięć dni, a może i dwa tygodnie marszu. Mimo wszystko nawet los szeregowca zdaje się godnym zazdrości, porównawszy go z losem chorych i rannych. Czujący się zazwyczaj zdrowo adiutant generała Pajola - kapitan Hubert-François Biot - po swoim wczorajszym ocaleniu podczas nalotu Kozaków, kiedy to sam Napoleon mógł zostać przez nich pochwycony, poczuł się nagle słabo i osunął do rowu. Miał szczęście, że odnalazł go tam Pajol i kazał go wpakować na "wóz powożony przez żonę jednego ze swych ordynansów, trębacza z 11. Pułku Szaserów". Teraz więc Biot podskakuje na stosie worków z mąką. Jednak los Biota i tak jest lepszy od losu jakichś dwóch tysięcy Włochów, Hiszpanów, Chorwatów i Francuzów, którzy zostali ranni pod Małojarosławcem. Generałowi Armandowi de Caulaincourtowi, wielkiemu koniuszemu, wygląda na to, że w armii nie istnieje już żadna służba medyczna - być może za wyjątkiem Gwardii - a nawet i tam jedynie szczątkowo. Dr Réné Bourgeois, także z 3. Korpusu Kawalerii, widział jak rannych "pośpiesznie ładowano na wozy ambulansowe, a ich rzeczy przekazywano wiwandierkom. Pozbawieni wszelkiej pomocy czy pożywienia, w bólach ciągnęli oni za armią". Jeszcze gorszy jest los kilkuset jeńców rosyjskich, którzy pędzeni są niczym stado. Chyba jednak nie są traktowani tak brutalnie jak ma to miejsce w przypadku dziesiątków tysięcy Francuzów i ich sojuszników, którzy jako jeńcy gnani są na wschód. To znaczy, dotyczy to przynajmniej tych, którzy nie zostali sprzedani "po dwa franki od głowy" rozwścieczonym chłopom na tortury i śmierć. Spośród tysiąca czterystu chorych i rannych, jakich marszałek Mortier musiał pozostawić w trzech moskiewskich szpitalach jako "zbyt słabych i nie nadających się do transportu razem ze swoimi towarzyszami", niektórzy zostali "wrzuceni na wozy, które miały odwieźć ich do Tweru. Wszyscy zginęli z zimna i mizerii, lub zostali pozabijani przez wieśniaków, którym nakazano ich tam dowieźć, a którzy zamiast tego po prostu popodrzynali im gardła, aby zabrać sobie ich płaszcze. Reszta pozostała w szpitalach, wraz z francuskimi chirurgami, którzy zostali tam, aby ich doglądać, nie otrzymawszy jednak żadnej żywności ani lekarstw". Jest jednak przynajmniej jeden Francuz całkiem zadowolony z faktu, że dostał się w ręce Brytyjczyków. Powody ma do tego mieszane, po części rodzinne, po części polityczne. Jest nim Clarke - bratanek ministra wojny Napoleona. Wilson oferował się doprowadzić do jego wymiany za jeńców rosyjskich. Młodzieniec jednak, wiedząc jaki los by go czekał, nie skorzystał z propozycji "woląc poczekać aż Francuzi wydostaną się ze swoich obecnych tarapatów, ponieważ 'miał już dość smaku koniny i kozackich szabel'. Odesłałem go więc, zaopatrzywszy w bardzo mocny list polecający do wszystkich Rosjan, dobrą kapotę i dwieście rubli". Niewielu jeńców ma takie szczęście. Powiedzenie Fezensaca o tym, że "różnica pomiędzy sposobem traktowania oficerów i szeregowych może oznaczać różnicę między życiem i śmiercią", wydaje się tutaj szczególnie trafne. Kilka mil na południowy wschód, chirurg M. R. Faure z 1. Korpusu Kawalerii, pochwycony w desperackiej bijatyce i zamieszaniu pod Winkowem, zauważa jak bardzo pewni są jego strażnicy, że - z zimą mogącą się rozpocząć lada dzień - francuskie sobaki skazane są na klęskę. Z początku jednak, przynajmniej oficerowie nie są traktowani zbyt surowo: "Przybył wzięty do niewoli szef sztabu i przyniósł każdemu oficerowi ze swojego korpusu [2. Korpusu Kawalerii] po sześć dukatów od księcia Kutuzowa, który okazywał jeńcom całą szczodrość i wielkoduszność, jakiej można było się spodziewać po człowieku wielkiej cnoty. Widzieliśmy, że wśród rosyjskich oficerów panował rodzaj braterstwa, świadczący o dobrym duchu w armii, co powinno sprzyjać pięknym akcjom podczas tej kampanii". Grupa Faury'ego opuściła pobojowisko pod Winkowem "zadowolona z postępowania Rosjan. Pod dowództwem oficera nie mieliśmy powodów do narzekań". W drodze na południe, w kierunku Kaługi, natrafili oni na drogi zakorkowane pojazdami transportującymi zaopatrzenie dla armii rosyjskiej: "Trzeciego lub czwartego dnia słyszeliśmy całodzienną kanonadę, trwającą do dziesiątej, może i dwunastej w nocy. Była to bitwa pod Małojarosławcem, odległym od nas o trzy lub cztery ligi [9-12 mil]". Jeńcy widzą także masy chłopów zmuszonych do opuszczenia swoich wiosek. Docierając do Kaługi, 35 mil za Małojarosławcem, Faure widzi, że wszyscy jej co zamożniejsi mieszkańcy uciekli, tak samo jak to miało miejsce w Moskwie: "Ci z kupców, którzy jeszcze nie wyjechali, byli na to przygotowani. Gubernator poczynił wszelkie przygotowania do tego, aby w razie zagrożenia ze strony naszej armii, podłożyć ogień pod miasto. Przybył, żeby nasycić swoje oczy widokiem ofiar, jakie do niego przyprowadzono. Głośno się skarżył, że wydajemy mu się być w zbyt dobrym zdrowiu. Powiedziano mu, że w armii francuskiej brakuje żywności i, żeby go zadowolić, musielibyśmy być tak wychudzeni jak on sam". Gubernator "znieważa" jakiegoś Polaka, któremu pod Winkowem pocisk urwał nogę na wysokości uda, co powoduje, że prosty lud zaczyna podobnie postępować z innymi jeńcami. Faure jednak wybacza im, potępiając jedynie gubernatora. To, co najbardziej szokuje w Kałudze, to brutalność okazywana niektórym rannym żołnierzom, którym przytrafiło się "wpaść w szczególnie niedobre ręce", a którzy zostają spędzeni do jakiegoś brudnego budynku: "pobici i posiniaczeni, nie mający nawet sił krzyczeć po tym jak zostali zrzuceni z wozów. Paskudny typ, jakiś oficerek niższej rangi, którego uczyniono odpowiedzialnym za ich prowadzenie, kazał po drodze rozstrzelać dwóch lub trzech, ponieważ wydawało mu się, że mają zamiar uciekać". Dopiero gdy jakiś wyższy rangą oficer przymyka oko i pozwala kamratom Faurego udać się na zakupy, natychmiast zapominają o swoim poniżeniu. Nawet jednak i wtedy, dwóch lub trzech z nich jest obrażanych przez "jakiegoś Rosjanina noszącego broń boczną". Wszystko to jednak jest dopiero początkiem ich cierpień. Jak zawsze, przywileje i koneksje mogą mieć wielki wpływ na czyjąś sytuację. Niemal najlepszymi możliwymi wygodami (wyjąwszy ranę w ramieniu) cieszy się pewien arystokratyczny podporucznik z prestiżowego 2. Pułku Karabinierów - młody hrabia A.-A.-A. Mailly-Nesle. Jeśli on i jego towarzysz, książę Charles de Beveau, syn jednegoz szambelanów Napoleona, ciągną gdzieś przed bagażami cesarskimi i to w jednym z osobistych powozów Cesarza (choć wydaje mu się, że niezbyt dobrze chronionym przed Kozakami), to tylko dlatego, że jest on krewnym sławnego niegdyś marszałka Mailly. Jak wielu innych "białych", Mailly-Nesle stanął, przynajmniej tymczasowo, po stronie nowego reżimu. "Nienawidzi on jednak despotyzmu i tyranii uciskających Francję", a sam siebie "postrzega jako skazanego na prowadzenie takiego żołnierskiego życia": "Jestem więc tutaj, w doskonałym powozie, z jednym z moich przyjaciół, ze służącym oczekującym moich rozkazów, a ponadto z trzema doktorami mającymi dbać o nas i bandażować nasze rany. Mamy sześć koni, które nas ciągną, i dwóch woźniców. Wygląda na to, że wybrnę jakoś z tych kłopotów". Od czasu, gdy został ranny pod Winkowem, nonszalancki Mailly-Nesle zdążył kupić sobie "pelisę z lisów, która okazała się wielce przydatna". Ma również "rodzaj deski, która za dnia służyła nam jako biurko albo stół jadalny, zaś wieczorami jako kandelabr, zaś po położeniu jej w poprzek dwóch siedzeń - także jako łóżko". Od "niejakiego pana Lameau, przydzielonego do gabinetu Cesarza jako geograf", hrabia pożyczył sobie Historię Karola XII Woltera - dokładnie ten sam "śliczny tomik, oprawiony w złoconą marokańską skórkę", który Napoleon czytał podczas lipcowych upałów w Witebsku i trzymał na swoim nocnym stoliku na Kremlu. Mailly-Nesle może sobie w nim przeczytać wszystko o tym, jak cała armia szwedzkiego króla-bohatera została w 1709 roku starta na proch pod nieodległą stąd Połtawą. Pomiędzy rozdziałami hrabicz podśpiewuje rozpustne piosenki dla dodania odwagi sobie i swojemu przyjacielowi Beveau. Ale któż to teraz podchodzi do nich - w przeciwnym do marszu kierunku - jak nie "L - promieniejący i elegancki jakby przed chwilą opuścił Tuileries. Zapytałem go, dlaczego nie pozostał w swoich dobrach, aby polować na zające. Odpowiedział mi, że musiał spełnić swój obowiązek". Kursywa ma oznaczać ironię! Maily-Nesle może czuć się dobrze urządzony w swoim wygodnym, choć zatłoczonym powozie - jedyną niedogodnością, jaka daje się we znaki jemu samemu i pozostałym współpasażerom, jest robactwo zmuszające ich do drapania się w swędzące miejsca. Ale "wielu z nas było nieodpowiednio ubranych - ciągle nosiliśmy letnie spodnie. Brakowało rękawiczek i innych elementów stroju". Po spędzeniu trzech dni w Czirikowie, przy skrzyżowaniu traktów na Podolsk i Fominskoje, III Korpus Neya opuścił wieś o północy z 25na 26 października, aby podciągnąć to, co nadal uważano za tylną straż armii. Także nowo awansowany do stopnia majora Guillaume Bonnet przedziera się przez błotniste, wydające się nie mieć dna drogi. W przeddzień wyruszenia z Moskwy powaliła go gorączka i tego samego ranka, gdy III Korpus ruszał w drogę, "opuszczał miasto sam, dorożką, jadąc ulicami, na których nie widać było ani jednego Francuza", lecz szczęśliwie dołączył do swojego pułku jakieś piętnaście mil za miastem na drodze kałuskiej. Teraz major odnotowuje w swoim dzienniku, jak Kozacy, którzy ciągle ich naciskają, jakby chcąc sprawdzić jak na to zareagują, trzymają się jednak na dystans ze swoimi "dwiema kiepskimi armatkami, które jak dotąd wystrzeliły ze dwadzieścia kul, nie trafiając jednak nikogo". Być może zawdzięczamy to "lekkiej kawalerii Guardina i Beurmanna, która otrzymała rozkazy podpalania wszystkich napotkanych wiosek". Gdy żołnierze Neya docierają wieczorem do Borowska, także i to miasteczko zastają w płomieniach. Przez kilka ostatnich dni łącznikiem pomiędzy III Korpusem, a główną częścią armii jest Brygada Lansjerów Gwardii Colberta, składająca się z dwóch pułków: 1. (polskiego) i 2. (holenderskiego). Otrzymawszy również rozkazy przesunięcia się jakieś sześć mil w kierunku na Borowsk, Colbert wysłał naprzód swojego młodego belgijskiego kapitana François Dumonceau, dowodzącego 6. kompanią 2. szwadronu 2. Pułku Lansjerów, aby poinformował Neya o jego starciu z Kozakami, zakończonym niemal porażką, do czego doszło pod Uwarowskoje.15 Za Borowskiem Dumonceau napotyka "spokojnie biwakujące czoło kolumny marszałka. Dowodzący nim generał nie okazał się zbytnio poruszony moją opowieścią i mimo nacisków z mej strony zwlekał z postawieniem swoich ludzi pod bronią". Zawsze skutecznie działający Colbert wysłał 26 października, o ósmej rano, rozpoznanie na południe - w kierunku Małojarosławca. Nie napotkano tam Kozaków. Zamiast nich, ku wielkiemu rozczarowaniu, natknięto się na "rozciągnięty konwój rannych, zmierzający w naszym kierunku". Z tego co opowiedzieli nam jego przewodnicy wynikało, że ich śladem ciągnie cała armia: "Wszyscy byliśmy tym bardzo dotknięci. Po przedwczorajszym sukcesie nie byliśmy w stanie pojąć, że mogłoby dojść do wycofania się". Dopiero teraz, wieczorem, żołnierze Neya dowiadują się, iż armia jest w odwrocie. Wiadomości te wstrząsają Bonnetem i wirtemberskim majorem G. Faberem du Faurem, odpowiedzialnym za dwunastofuntówki z odwodu artyleryjskiego Neya. Do III Korpusu docierają rozkazy, aby wyruszał w kierunku Wiereji, następnego miasta na trakcie możajskim. W chwili, gdy jednostki właśnie szykują się do wymarszu - atakują Kozacy. Żołnierze Neya muszą więc wykonać zwrot i "na równinie, w zupełnie nieosłoniętym terenie, pozbawieni [wszystkiego]" stawać w linii do bitwy. Nie znaczy to, że Kozacy mogą stanowić jakieś poważne zagrożenie dla całego korpusu armii. "Krótkotrwały ogień artyleryjski i szarża kawalerii Królewskiej Gwardii [Wirtemberskiej] wystarczają aby ich odeprzeć". Ileż to żywych scen zawdzięczamy rycinom Fabera du Faura! Według jego wrażenia, "zdawało się, że pod Borowskiem opuściło nas szczęście; po południu 26 października rozpoczęliśmy odwrót". Dziennik Bonneta zawsze jest zwięzły. Tegoż wieczora czyni w nim jeden ze swoich pośpiesznych zapisków. Choć pod sztandarem 18. Pułku Liniowego pozostało ze stanu początkowego jedynie tysiąc stu żołnierzy, to ciągle liczy on sobie dwa pełne bataliony. Dopiero o 7 rano, gdy pułki Neya porzucają ogniska swoich obozowisk, Bonnet zaczyna sobie tworzyć realistyczny obraz sytuacji: "Musimy porzucić [pomysł] marszu na południe. Bez wątpienia - albo zostaliśmy odparci, albo Cesarz manewruje - sam nie wiem". W tym momencie przybywają ludzie Colberta, wjeżdżają na równinę nieopodal płonącego miasta i rozbijają biwak pośrodku "kilku jednostek piechoty i rozmaitych parków" gromadzących się wokół tysięcy ognisk. Gdzieś tam w ciemnościach, u stóp wzgórza, nadal krążą Kozacy. Nikt się jednak tym nie przejmuje - przynajmniej Dumonceau wydaje się, że tylko jego Holendrzy trochę trzęsą się ze strachu, co jest raczej naturalne po ich prywatnym starciu z Kozakami 25 października: "Wszyscy byliśmy w mniejszym lub większym stopniu zdemoralizowani naszą porażką". Dopiero gdy CKG i jednostki Gwardii wkraczają do Borowska, przybywa oficer sztabowy i mówi Colbertowi, żeby szykował się do natychmiastowego wyruszenia do Smoleńska. "Nowina ta całkowicie spełniała nasze pragnienia. Rychło zatarło się wrażenie odwrotu". Może też spora liczba Holendrów Dumonceau miała już po uszy tej kampanii - przynajmniej w Rosji? Po potyczce pod Uwarowskoje, lansjerzy mieli do zabrania ze sobą mnóstwo rannych. Choć dwudziestosześcioletni Dumonceau jest bystrym obserwatorem i rejestratorem wydarzeń, to nie okazuje szczególnych emocji czy miękkiego serca. Mimo tego dzieli pakunki z żywnością pomiędzy swoją ulubioną klacz Liesje,17 swojego luzaka oraz obdarzonego szorstką sierścią konika (rosyjskiego kuca) swego służącego Jeana i udostępnia rannym swój nieduży wóz wraz z jego zawartością. Następnego ranka, gdy Brygada Lansjerów rusza zająć swoją normalną pozycję na czele kolumny Gwardii, jego wóz z trzema rannymi lansjerami rusza w drogę pod eskortą kaprala. Świeżo awansowany do stopnia podpułkownika C. F. M. Le Roy18 podróżuje ze swoim 85. Pułkiem Liniowym i I Korpusem jedynie ze względów bezpieczeństwa. Awansowany przez Davouta za okazaną skuteczność, jedzie on z powrotem do Francji, do bazy pułku. Na razie ma ze sobą swojego najlepszego przyjaciela, porucznika Jacqueta - jedynego zaufanego, jakiego kiedykolwiek miał - oraz szpetnego, lecz oddanego służącego Guillame'a. Ich cenny żelazny kociołek, który przebył z nimi całą drogę aż z Głogowa w Prusach, zamienia to trio w kwartet. Ciągłą troską tęgawego Le Roya jest bowiem zapewnienie sobie codziennie właściwego obiadu. Sos dobry do gęsi nada się także do gąsiora. Od czasu walk pod Smoleńskiem Rosjanie palili swoje wioski i miasta, a w końcu uczynili to także ze swoją świętą stolicą. Dla opóźnienie pościgu Kutuzowa, Napoleon nakazuje więc teraz palić za sobą każdą wieś, każdy dom, każdy dworek, każdą napotkaną na drodze marszu stodołę. Nie wolno było pozostawić niczego, co mogłoby stanowić schronienie dla jego żołnierzy, gdyby feldmarszałek zdecydował się pociągnąć za Francuzami tą samą, już i tak zniszczoną trasą. Ściśle mówiąc, wypełnienie tych rozkazów przypadło I Korpusowi, stanowiącemu straż tylną, lecz rozkazów tych spodziewała się też prowadząca kolumnę Gwardia Cesarska. Tej nocy łysiejący i noszący okulary "Żelazny Marszałek" i jego sztab śpią "w dużym drewnianym, umeblowanym i ozdobionym licznymi zwierciadłami château, które zdawało się oferować swojemu właścicielowi wszelkie pożądane wygody". Wieczorem Le Roy dołącza do swoich żołnierzy, wyruszających na polowanie na dzikie ptactwo. Nie musiał się właściwie trudzić. Pod słomą, na której śpi, znajduje bowiem dla siebie obiad w postaci "dużego koguta". Choć "zaczyna on czynić tumult godny samego diabła", to jego protesty na nic się nie zdają. Trafia prosto do żelaznego kociołka. Co się zaś tyczy château, to gdy Le Roy i jego żołnierze budzą się rano, "nie ma już po nim śladu. Podobnie jak cała wioska, zostało spalone. Była to kwestia kilku zaledwie minut". Niektórzy uważają, że Davout w swoim postępowaniu jest stanowczo zbyt metodyczny. Powinien ruszać się szybciej. Po całodziennym odpoczynku, 85. Pułk dopiero wieczorem "otrzymuje rozkazy przesunięcia się na skraj lasu, gdzie rozpalamy wielkie ogniska, mające zmylić Rosjan. Tuż przed północą wycofujemy się i ponownie przekraczamy rzekę w tym samym miejscu, z którego skorzystaliśmy wczoraj. Nasz marsz byłby całkiem skryty, gdyby nie nieostrożność zwiadowców, którzy, wycofując się, podpalili dwie duże wsie i w ten sposób ujawnili wszystkie nasze ruchy nieprzyjacielowi. Kozacy, ścigając nas, podeszli tak blisko, że mogliśmy oddać do nich kilka strzałów". Schronienie jest ważną sprawą. Zbudziwszy się owego ranka w Borowsku, Dumonceau stwierdza, że pada śnieg. Na razie tylko lekki. Mimo to okazuje się, że spał "pod grubą warstwą śniegu. Był to początek zimy, która nadeszła, już na dobre. Nasz marsz, który podjęliśmy tym razem na samym czele całej Gwardii Cesarskiej, kontynuowaliśmy pod smętnym i zamglonym niebem, wśród zaśnieżonych, pełnych mułu bagnisk". Teraz, w Borowsku, gdzie "kilka mostów przez Protwę zostało wykończonych zbyt szybko", Davout musi sobie poradzić z wielkim zatorem na drodze. Będący cztery mile przed Cesarzem Dedem otrzymuje wezwanie do stawienia się w kwaterze Napoleona. Zastaje go"grzejącego sobie splecione na plecach ręce przy ognisku, jakie dla niego rozpalono obok drogi na Wiereję". Jest z nim marszałek Berthier, szef sztabu Napoleona i całej armii. Napoleon rozkazuje Dedemowi, aby udał się na tyły i skierował I i IV Korpus na drogę równoległą, biegnącą na lewo od trasy głównej kolumny: "[Cesarz] osobiście wyłożył mi swoje zamiary. Gdy książę Neuchâtel objaśniał mi bliżej intencje Jego Cesarskiej Mości, miałem okazję przyjrzeć się z bliska twarzy tego nadzwyczajnego człowieka. W pewnym momencie, zwróciwszy się nagle ku księciu Neuchâtel, Cesarz powiedział 'Ale przecież go złapią'. A wszystko to tonem wręcz uderzająco obojętnym, bowiem nie była to dla niego kwestia mojego losu, ale ogólnych ruchów całej armii. Mina Napoleona przypominała gracza w szachy, który widząc, że gra jest przegrana, uczciwie prowadzi ją do końca i mówi do siebie, 'No, to pora na nową partię'". Dedem nie lubi Napoleona, "ponieważ zrujnował mój kraj. Pod Borodino byłem świadkiem jego obojętności i przerażającego stoicyzmu. Widziałem go wściekłego i zaskoczonego podczas wkraczania do Moskwy. Teraz był spokojny, nie okazywał złości ani przygnębienia. Pomyślałem sobie, że byłby wielki w nieszczęściu i myśl ta pogodziła mnie z nim. Tutaj jednak dojrzałem w nim człowieka, który widzi nieszczęście i jest świadomy, w jak trudnym znajduje się położeniu, lecz którego duch nie ugina się ani trochę i który powiada sobie: 'To porażka, z jakiej musimy się jakoś wykaraskać. Jeszcze się jednak spotkamy'". Dalej >>> |
||
|
|
|||||
|
|||||