Przyczyny utworzenia III koalicji antyfrancuskiej
Francuskie przygotowania do inwazji na Anglię bardzo niepokoiły Londyn. Anglicy potrzebowali więc kogoś, kto weźmie na swoje barki główny ciężar nowej wojny z Napoleonem. Nie za darmo oczywiście. Rozpatrując przyczyny utworzenia nowej koalicji przeciwko Francji należy dostrzec pożywny strumień angielskiego złota, który miał popłynąć do kieszeni każdego monarchy, gotowego wystawić swoją armię przeciwko Napoleonowi. Oczywiście bodziec finansowy był tylko cementem spajającym koalicję, cudownym zastrzykiem, dzięki któremu można było wyekwipować armię do wojny. Ale przede wszystkim potrzebna była chęć powojowania z Napoleonem ze strony monarchów europejskich. A chyba nikt nie był ślepy, by nie dostrzec bolesnych lekcji jakie Bonaparte udzielał swoim przeciwnikom w przeciągu ostatnich dziewięciu lat. Szczególnie mocno doświadczyła tych "napoleońskich prelekcji" habsburska Austria.
Filary kształtującej się koalicji miały tworzyć przede wszystkim: Austria i Rosja. Było rzeczą oczywistą, że monarchia habsburska, chociażby z uwagi na położenie geograficzne, będzie musiała w razie nowej wojny stawić się na polu bitwy jako pierwsza. Natomiast decydujący, śmiertelny cios Napoleonowi miał być wymierzony przez potęgę rosyjskiego imperium.
Austria prawie od razu zapaliła się do nowej rozgrywki z napoleońską Francją. Po pierwsze, Wiedeń został już dwukrotnie pokonany i upokorzony przez "korsykańskiego generała", a następnie praktycznie usunięty z Włoch. Po drugie, "nowe porządki" Napoleona w krajach niemieckich doprowadziły do ostatecznego poniżenia autorytetu monarchii habsburskiej na tamtejszych dworach. Wiedeń będzie chciał go na powrót odzyskać - i to za angielskie pieniądze. Dla Austrii miała to być ostatnia deska ratunku przed zepchnięciem do szeregu państw drugorzędnych. Wydarzeniem, które ostatecznie przekonało cesarza Austrii Franciszka I do podjęcia kolejnego ryzyka wojennej awantury z Napoleonem, było proklamowanie cesarstwa we Francji na początku grudnia 1804 roku. Koła arystokratyczne, przywiązanie mocno do tradycji, której obrońcę upatrywały w Austrii, poczytały ten krok za ciężką obrazę. Napoleon przecież koronował się na cesarza, a więc przyjął tytuł, który w Europie nosili dotychczas tylko Habsburgowie - tak mówili. Sprawa stała się jasna. Austria została wyproszona za drzwi z Niemiec, tak jak poprzednio usunięto ją z Italii. Koła wojenne w Wiedniu uderzyły na alarm. Dalsze oczekiwanie na rozprawę z "francuskim uzurpatorem" to hańba dla całej monarchii. Kolejny krok to ręka w stronę Rosji - jak już się bić z Napoleonem, to nie samotnie. Partia wojenna przejęła ster rządów. 9 sierpnia 1805 roku kanclerz Johann Cobenzl w imieniu Franciszka I oficjalnie przystąpił do nowej koalicji antynapoleońskiej.
A co z Rosją? Za panowania Pawła I stosunki między obu mocarstwami były naprawdę dobre. Oczywiście, nic za darmo. Aby car nie musiał gorączkować się postępami Bonapartego w Egipcie, rząd w Paryżu machnął ręką na sprawę polską, dając Rosji w tej sprawie wolną rękę. Niestety, pojednanie to odeszło do historii, gdy w marcu 1801 roku car został zamordowany - nie bez przyklasku ze strony Londynu. Tron w Petersburgu objął teraz syn Pawła I - Aleksander I, który maczał palce w usunięciu ojca. Prawą ręką nowego cara w sprawach dyplomacji europejskiej był książę Adam Czartoryski. Minister spraw zagranicznych Aleksandra I miał jasne sprecyzowane poglądy - szacunek dla Anglii i jej parlamentaryzmu oraz pogarda dla rewolucji francuskiej i Napoleona, jako jej kontynuatora. Głównym celem carskiej dyplomacji było tylko jedno - pchnięcie Rosji do wojny przeciwko napoleońskiej Francji i zdruzgotanie po drodze sprzymierzonych z nią Prus. Po tej krucjacie Rosja stałaby się dominującą potęgą polityczną i militarną w całej Europie. Nie każdemu jednak odpowiadały wizje Czartoryskiego. Podejrzewano go przede wszystkim, że za daleko puścił wodze fantazji, schodząc na manowce, które prowadziły go krótką drogą do zdrady interesów politycznych Rosji.
Dodatkowo Petersburg był bardzo uczulony na jakiekolwiek wahania sił w okolicach Bliskiego Wschodu i basenu śródziemnomorskiego. Rosja nie chciała tu widzieć ani Anglii, ani Francji. Aleksander natomiast bardzo chętnie widział siebie w roli arbitra w sprawach europejskich, a już na pewno w sprawie Europy południowo-wschodniej. Napoleon, wiedząc o carskich marzeniach, postanowił złapać rosyjskiego monarchę na wędkę, na której umieścił przynętę w postaci Malty. Zgodnie z pokojem z Amiens z marca 1802 roku, Anglia miała oddać wyspę zakonowi maltańskiemu. Urok całej sprawy polegał na tym, że oficjalnym protektorem joannitów była Rosja! Projekt ten został przez Londyn natychmiast odrzucony, zaś rządowi rosyjskiemu po prostu oświadczono, że Anglia nigdy nie zrezygnuje z Malty.
Aleksander I obraził się na Anglię. Ale z Francją także nie chciał się wiązać, bo także jej, a może przede wszystkim jej, nie cierpiał. W dodatku Paryż "podpadł" mu, kiedy odrzucił "wspaniałomyślną" propozycję, że może Rosja zagwarantuje neutralność państw sprzymierzonych z Francją, a także krajów niemieckich. W zamian Petersburg wyrażał zgodę na poszerzenie francuskich granic w Niemczech i Włoszech. Oliwy do oburzenia carskiego na Napoleona dolała sprawa rozstrzelania księcia Louisa d'Enghiena, kiedy to Aleksander musiał przełknąć zniewagę wypomnienia mu udziału w zamordowaniu ojca, znajdującą się między wierszami francuskiej noty. Porzucając grę na półtonach francusko-angielskich car przeorientował się całkowicie na Anglię. Londyn zaproponował natychmiast Aleksandrowi sojusz, którego celem miało być odebranie Francji Belgii, Holandii i Włoch. Teraz formowanie koalicji ruszyło ostro z kopyta.
Prusy odpadły z koalicji antyfrancuskiej w kwietniu 1795 roku podpisując pokój w Bazylei. Od tej pory Berlin pilnie strzegł swojej neutralności, nie biorąc udziału w dwóch kolejnych wojnach z napoleońską Francją, co też bardzo jej się opłacało, gospodarczo oczywiście. Prusy dostarczały bowiem zboża obu stronom konfliktu, a raczej trzeba powiedzieć, że oficjalnie tylko pośredniczyły w tym procederze. Berlin w tym czasie nie miał nawet jasno sprecyzowanych celów w polityce zagranicznej. Wybuch wojny angielsko-francuskiej Prusy powitały z niepokojem. Chciały zagrać o dużą stawkę. Chodziło im o utworzenie w Niemczech ligi państw neutralnych, co pozwoliłoby im uchwycić hegemonię w północnych Niemczech. Jednak Aleksander I stanowczo zaprotestował przeciwko takiemu pomysłowi, podejrzewając, że Fryderyk Wilhelm III dogadał się z Napoleonem. Car rzucił natomiast Prusom przynętę w postaci Hanoweru, który wbrew marzeniom polityków pruskich, przyłączyła do siebie Francja (marzec 1803 roku). Nadzieja, że rząd pruski na pewno zareaguje ostro na francuską aneksję, spełzła na niczym. Na nic zdały się obiecanki pomocy wojskowej i finansowej. Prusy okazały się niezwykle ostrożne i nie zdecydowały się na wojnę z Francją, tym bardziej, że Napoleon chciał skusić je owym kąskiem do neutralności. Z drugiej strony Berlin, który na pewno nie przepadał za Paryżem, jeszcze mniej "kochał" Austrię, której osłabienie byłoby na dworze Fryderyka Wilhelma III widziane szczególnie dobrze.
Tymczasem Aleksander nie ustawał w wysiłkach, aby wciągnąć jednak Prusy do wojny z Francją. Po pierwszych delikatnych próbach i zachętach, car zmienił politykę. Widząc, że perswazja nie prowadzi do celu skłonił się do myśli, aby zmusić Berlin do sojuszu siłą. Trzeba przyznać, że lepszej metody na pozyskanie sojusznika nie można chyba wymyślić. We wrześniu 1805 roku, gdy wojenne kości zostały już rzucone, Aleksander I zagroził Prusom wojną, jeśli te odmówią przepuszczenia przez swoje terytorium rosyjskiej armii maszerującej do Bawarii na odsiecz Austrii. Mimo strachu do wojny rosyjsko-pruskiej nie doszło. Fryderyk Wilhelm III ugiął się pod carskim ultimatum. Szczególnie ciekawe było uzasadnienie tej decyzji. Ponieważ uprzednio armia francuska naruszyła integralność zachodnich posiadłości Prus, to równie dobrze mogą to uczynić Rosjanie na granicy wschodniej. Przypomina to trochę sytuację zmysłowej kobiety, która twierdzi, że jak jeden ją zgwałcił, to i drugi może. Aleksander uradowany udał się czym prędzej do Berlina. Wizyta carska w Prusach zaowocowała podpisaniem konwencji prusko-rosyjskiej z dnia 3 listopada 1805 roku w Poczdamie. Ustalono tam, że Prusy przystąpią do trzeciej koalicji antyfrancuskiej, a po klęsce Napoleona i przyłączeniu posiadłości francuskich nad Renem do Prus i Austrii, Rosja dostanie rekompensatę w postaci jakichś kawałków zaborów polskich. Berlin nie musiał co prawda uczestniczyć czynnie w nowej wojnie, jednak miał być "życzliwie" neutralny wobec rosyjskiego partnera. Oczywiście przypominało to obiecywanie gruszek na wierzbie, bowiem najpierw trzeba było pokonać Napoleona, a to już była inna sprawa.
Pewne problemy miała dyplomacja rosyjska i angielska z pozyskaniem szwedzkiego sojusznika. Aleksander I liczył nie tyle na szwedzką armię, ile potrzebne mu było pozwolenie na korzystanie ze szwedzkiego portu w Stralsundzie na Pomorzu Szwedzkim. Stamtąd carska armia miała pomaszerować na francuski już Hanower. Prośba Petersburga wobec Sztokholmu także była stosownie umotywowana. Zgoda rządu szwedzkiego na sojusz, albo inwazja rosyjska na Finlandię. Król Szwecji Gustaw IV ugiął się pod taką "prośbą", ale jednocześnie oświadczył, że nie da na wojnę ani grosza.
Londyn dogadał się także z Królestwem Neapolu, której królowa Maria Karolina, w imieniu męża Ferdynanda IV, aż dygotała z pragnienia, aby pomścić śmierć siostry Marii Antoniny, ściętej w czasie rewolucji francuskiej. "Korsykański tyran" miał zapłacić za przelaną krew Burbonów. Zgodnie z planem alianckim, rosyjska flota miała przetransportować do Neapolu korpus ekspedycyjny, który stamtąd miał ruszyć do północnej Italii.
Ostatecznie III koalicja antyfrancuska została sformowana. Tworzyły ją Anglia, Rosja, Austria, Szwecja i Neapol. Dodatkowo Prusy przyjęły neutralną postawę, choć sprzyjały aliantom. Lepszej okazji do wojny z napoleońską Francją nikt nie mógł sobie wyobrazić. Czy Napoleon będzie dysponował takimi siłami, aby pobić aż tylu przeciwników, na tylu frontach?
Opracował: Szymon Jagodziński
|