Home P@ge 


              Kampania francuska 1814
Powrót 

KAMPANIA 1814

   Po klęsce
   Nowe plany wojenne
   Pierwsze bitwy
   Klęski Blüchera
   Bitwa pod Montereau
   Ciągłe walki
   Ostatnia bitwa cesarza
   Bitwa o Paryż
   Abdykacja Napoleona

Abdykacja Napoleona

Napoleon podpisuje akt abdykacji

  Napoleon dowiedział się o nieoczekiwanej ofensywie sprzymierzonych na Paryż w chwili największego natężenia bitwy którą toczył z częścią armii Schwarzenberga między Saint - Dizier i Bar-sur-Aube. "Doskonałe posunięcie szachowe! Nigdy bym nie uwierzył, że któryś z generałów koalicyjnych może się zdobyć na taki krok" - wyraził swoje uznanie cesarz, gdy 27 marca dowiedział się o tym (na marginesie autorem tego planu był rosyjski generał Iwan Dybicz). Natychmiast też przerwał już rozpoczęty manewr oskrzydlający i czym prędzej ruszył w kierunku Fontainebleau, by ratować Paryż. Kiedy dotarł tam cztery dni później, dowiedział się o przebiegu szturmu i upadku stolicy. Po kwadransie zadumy przedstawił swoim generałom nowy plan.
Armand Caulaincourt, minister spraw zagranicznych uda się czym prędzej do Paryża i imieniu cesarza zaproponuje Aleksandrowi I pokój na "starych" warunkach, czyli Francja w granicach naturalnych, ale z Bonapartem na tronie. Potem minister miał spędzić trzy kolejne dni na przejazdach z Fontainebleau do Paryża i z powrotem. Zaś w ciągu tych trzech dni miały nadciągnąć oczekiwane posiłki. A wtedy sojusznicy mieli się pożegnać z francuską stolicą.
Kiedy Caulaincourt ruszył do stolicy, Napoleon zajął się przygotowaniem odsieczy i walnej bitwy do której miało dojść pod jej murami za dwa-trzy dni. Sytuacja cesarza nie była jeszcze beznadziejna. W okolicy Fontainebleau rozporządzał przeszło 60-tysięczną armią, zaś do 5 kwietnia przybyć miały jeszcze 15-tysięczne posiłki. Morale francuskich żołnierzy było doskonałe. Kiedy rankiem 4 kwietnia Napoleon dokonał ostatniego przeglądu podległych mu dywizji usłyszał tylko: "Na Paryż!". Oni nadal gotowi byli bić się i umierać za swojego cesarza. Na innych frontach też nie było tragicznie. Książę Eugeniusz Beauharnais nadal trzymał się w północnych Włoszech, zaś marszałek Louis Davout z 25-tysięcznym korpusem już od 30 maja 1813 roku (!) uparcie bronił się w Hamburgu. Na południu kraju kolejny marszałek, Nicholas Soult z 43-tysięczną armią skutecznie spowalniał marsz 54-tysięcznej armii Wellingtona na Tuluzę.
Niestety, marszałkowie i generałowie cesarza, którzy bili się pod murami niemal wszystkich stolic europejskich, byli już zmęczeni wojną. Pragnęli pokoju. Na pytanie cesarza - o czym myślą? - odpowiedzieli, że cały Paryż drży ze strachu na myśl o odsieczy Napoleona. Takie posunięcie pociągnęłoby za sobą zemstę Aleksandra I za spaloną Moskwę (nikt się wtedy nie pytał na kim spoczywała prawdziwa odpowiedzialność za to) i teraz francuska stolica mogłaby pogrążyć się w płomieniach i podzielić los rosyjskiej stolicy. Ludność cywilna zostałaby zmasakrowana, zaś żołnierze Napoleona wkraczając do miasta (biorąc pod uwagę, że sojusznicy zostaliby przepędzeni) zastaliby tylko morze ruin. Na kogo wtedy spadłaby odpowiedzialność za tę tragedię? Na cesarza! A co tak naprawdę myśleli? Mieli duże majątki, zaszczytne tytuły. Chcieli to utrzymać, nawet za cenę zdrady człowieka, który im to ofiarował.
W dniu 4 kwietnia Napoleon spotkał się z marszałkami. Ci oświadczyli, że jedynym wyjściem dla dobra Francji, jest natychmiastowa abdykacja cesarza. Ten usiłował jeszcze przekonać ich, że nic nie jest jeszcze stracone, że można odbić Paryż, że armia chce się bić, zaś powstanie narodowe już ogarnia całą Francję. Niestety, marszałek Michel Ney stwierdził twardo, że "Armia nie pójdzie". Kiedy cesarz odparował - "Armia będzie mi posłuszna", usłyszał tylko słowa Neya - "Armia będzie posłuszna swoim generałom". I to był rzeczywiście koniec.
Sprawę przesądziła zdrada Marmonta. W nocy z 4 na 5 kwietnia marszałek Auguste Marmont, którego korpus osłaniał Fontainebleau od strony Schwarzenberga, dogadał się z od dawna spiskującym przeciwko Napoleonowi dawnym ministrem spraw zagranicznym Charlesem Talleyrandem. Marszałek postarał się teraz o to, by Austriacy okrążyli go pod Essonnes. Następnie skapitulował i przeszedł na stronę koalicji. Ta nie musiał się już obawiać uderzenia Napoleona od południa. Plany cesarza runęły ostatecznie.
Kiedy klęska była już nieuchronna Bonaparte sporządził, a następnie odczytał dokument, w którym było powiedziane, że skoro mocarstwa koalicji ogłosiły, że Napoleon jest jedyną przeszkodą do przywrócenia pokoju w Europie, to on, jest gotów oddać tron, a nawet życie dla dobra Francji. Odczytawszy dokument cesarz wziął pióro i nim uprawomocnił go raz jeszcze spytał swoich marszałków: "A może jednak ruszymy na nich i pobijemy ich?" Odpowiedzią było milczenie. Nikt nie pochwycił słów cesarza. Wtedy Napoleon podpisał akt abdykacyjny. Było to 6 kwietnia 1814 roku. Marszałkowie położyli kres panowaniu cesarza, lecz nie chcieli pozbawić praw do tronu jego dynastii. Oni nie, lecz mocarstwa sprzymierzone miały inne plany.
Teraz kiedy niebezpieczeństwo ze strony Napoleona minęło, koalicja przyjęła dużo twardszą postawę wobec Francji. Kiedy jeszcze w każdej chwili mogło spaść na sojuszników uderzenie cesarza idącego z odsieczą Paryżowi, byli gotowi pozostawić na tronie dynastę Bonaparte, czyli trzyletniego syna Napoleona II, króla Rzymu. Uległość ta prysła po zdradzie Marmonta. Teraz sprzymierzeni postanowili zdetronizować rodzinę Bonapartego i przywrócić na tron posłusznych sobie Burbonów.
Aleksander I bał się jednak, że obalenie Napoleona drogą zamachu stanu może doprowadzić do wybuchu wojny domowej oraz buntu mas żołnierskich, posłusznych, jak dawniej cesarzowi. Tylko oficjalne oddanie tronu przez samego Napoleona mogło do tego niedopuścić.
Koalicja oczekiwała rozstrzygnięcia z sercem na ramieniu. Kiedy nadszedł tak oczekiwany dokument abdykacyjny oszalała z radości. Ceną za to było pozostawienie Napoleonowi tytułu cesarskiego, wyspa Elba brzegów północnych Włoch w dożywotnie posiadanie, 2 miliony franków rocznie i prawo do utrzymania 400-osobowego batalionu gwardii oraz flagi państwowej. W dniu 11 kwietnia senat francuski potwierdził abdykację Bonapartego, zaś już od 6 kwietnia "królem Francuzów" został ogłoszony Ludwika XVIII, brat Ludwika XVI.
W dniu 20 kwietnia miało miejsce niezwykle wzruszające pożegnanie Napoleona ze starą gwardią. Jej równe kolumny ustawione były w pierwszym rzędzie na frontowym dziedzińcu pałacu, zas z tyłu stanęła młoda gwardia. Cesarzowi nie towarzyszył żaden z marszałków. Chorąży pochylił sztandar starej gwardii do stóp Napoleona. Ten przemówił: "Żołnierze, starzy towarzysze broni, z którymi zawsze szedłem drogą honoru! Musimy się teraz rozstać. Mógłbym nadal postać pośród was, ale trzeba by było nadal prowadzić okrutną wojnę i to nie tylko przeciwko obcym ale jeszcze przeciwko swoim rodakom. Nie mogłem na to się zdecydować. Nie mogłem w dalszym ciągu rozszarpywać Francji. Korzystajcie z dobrodziejstw pokoju, na które tak bardziej zasłużyliście, i bądźcie szczęśliwi. Chciałbym uścisnąć was wszystkich. Pozwólcie mi ucałować ten sztandar, który jest waszym symbolem...".
Cesarz nie mógł mówić dalej ze wzruszenia. Objął i ucałował chorążego i sztandar, po czym oddalił się szybko i wsiadł do karety. Gwardia cesarska (stara i młoda) widząc odjeżdżającego Napoleona płakała jak dzieci. W powietrzu długo jeszcze unosiły się okrzyki gwardzistów: "Niech żyje cesarz!".
Epopeja napoleońska wydawała się być skończona, choć jeszcze po abdykacji cesarza nie umilkł huk armat. 10 kwietnia marszałek Nicolas Soult stoczył ostatnią bitwę tej kampanii pod Tuluzą. Przyniosła ona taktyczny sukces marszałka, który nie dał się Wellingtonowi ani pobić, ani okrążyć. Kilkanaście godzin później nadeszła jednak informacja o abdykacji Napoleona. Dalsza obrona nie miała już sensu. Niepokonanym do końca pozostał też bohaterski marszałek Louis Davout, który bronił Hamburga nawet wtedy, gdy oblegający go Rosjanie poinformowali go, że cesarz oddał tron. Odpowiedź marszałka była typowa dla niego: "Cesarz nie przysyłałby mi rozkazów za pośrednictwem rosyjskich oficerów". Dopiero osobisty list od Ludwika XVIII zmusił go do kapitulacji w dniu 27 maja 1814 roku, a więc półtora miesiąca po abdykacji Napoleona!
Oficjalny traktat pokojowy Francji z mocarstwami koalicji został podpisany 30 maja 1814 roku. Na jego mocy, granice, burbońskiej teraz, Francji zostały przywrócone do stanu sprzed 20 kwietnia 1792 roku, a więc sprzed wybuchu wojny z I koalicją. O odszkodowaniach wojennych nie było mowy. Tzw. "inne sprawy europejskie", czyli likwidacja systemu napoleońskiego miała spaść na barki międzynarodowego kongresu, który miał się odbyć w Wiedniu. Faktem jest, że koalicja bała się surowo potraktować pokonaną Francję, by nie obudzić w niej chęci odwetu. Napoleona nadal przecież żył i mógł powrócić.
Jeśli sprzymierzeni sądzili, że sprawa "korsykańskiego tyrana" jest już załatwiona, bardzo się mylili. Mimo oficjalnego pokoju, nastroje we Francji takimi nie były. Burboni nie byli królami z woli narodu. Oni zostali przywiezieni "w furgonach armii sojuszniczych". Ta niechęć Francuzów do "obcych" monarchów sprowokuje już niedługo Napoleona, by raz jeszcze, po raz ostatni, rzucić wyzwanie losowi i historii. Huk armat po raz kolejny miał targnąć Europą. Tym razem bitewny zgiełk miał rozszaleć się w Belgii, niedaleko wioski Waterloo.

Opracował: Szymon Jagodziński

Powrót 

Copyright © 2002 Szymon Jagodziński