Rozpad pruskiej armii i upadek Berlina
Bez wątpliwości, nikt w Europie nie spodziewał się tak druzgocącej klęski Prus, w tak krótkim czasie - zaledwie sześć dni po wkroczeniu Napoleona do Saksonii. Pruska para królewska porzuciła armię i uciekła do Prus Wschodnich. Książę Hohenlohe, nie przyjmując do wiadomości myśli o kapitulacji i licząc na pomoc Aleksandra I, podjął desperacką próbę uratowania choćby części rozbitków spod Jeny. Sądził, że uda mu się ponownie skoncentrować resztę armii pod Magdeburgiem, pod osłoną tej najsilniejszej z pruskich twierdz. Mimo fatalnego stanu dróg, rozmiękłych po ulewnych deszczach, w ciągu pięciu dni nieprzerwanego marszu pokonał aż 200 kilometrów i dotarł do Magdeburga. Był to niewątpliwy sukces, biorąc pod uwagę, że książę miał pod rozkazami około 20 tysięcy żołnierzy pochodzących z różnych rozbitych lub rozproszonych regimentów i dywizji, prawie nieuzbrojonych, zdemoralizowanych i niekarnych. Upadek morale przyczynił się jednak do tego, że bez udziału Francuzów, niedobitki pruskiej armii topniały z każdym dniem. Prawdziwą plagą stali się maruderzy, których setki codzienne przechwytywały francuskie forpoczty z korpusu Murata.
Tymczasem 16 października w Erfurcie skapitulowała 14-tysięczna dywizja księcia orańskiego, a raczej jej resztki po klęsce spod Auerstädt. Uciekający na północ korpus Blüchera został przechwycony pod Weissensee przez konnicę Murata (dywizję dragonów gen. Kleina i dywizję huzarów gen. Antoine Lassalle'a). Zaklinając się na "oficerski honor", pruski generał bezczelnie oświadczył francuskiemu dowództwu, że został już podpisany rozejm. Była to podobna sztuczka, jaką posłużył się Kutuzow pod Hollabrun oraz Francuzi odbierając Austriakom mosty na Dunaju, tuż po upadku Wiednia. Blef poskutkował. Blücherowi udało się uciec z matni i następnego dnia podał rękę gen. Friedrichowi von Kalkreuth stojącemu ze swym korpusem pod Greussen. Tutaj jednak dopadł ich korpus Soulta, który jednak nie miał dość sił, aby poradzić sobie z dwoma pruskimi korpusami na raz. Ta nierozstrzygnięta potyczka pozwoliła Prusakom ponownie oderwać się od francuskiego pościgu.
Teraz Napoleon przystąpił do realizacji ostatecznego planu rzucenia Prus na kolana. Polegał on na jednoczesnym pościgu wzdłuż Saali, który miało uwieńczyć sforsowanie środkowej Łaby, siedząc Prusakom na plecach, wyprzedzić ich w wyścigu do Berlina oraz odciąć od Odry i możliwości ucieczki na Śląsk, pod rosyjską opiekę. Zgodnie z rozkazem napoleońska armia ruszyła w kilku kolumnach na północ kraju, na froncie między dolną Łabą i Odrą.
Korpus Davouta maszerował na prawym skrzydle armii. Spod Auerstädt dotarł z dniem 18 października do Lipska, a następnie przez Duben i Wittenbergię ruszył wprost na Berlin. Soult pędził przed sobą Blüchera aż pod Magdeburg, gdzie miejsce w sztafecie przejął Ney. Korpus Bernadotte'a, który do tej pory miał "urlop", ruszył przez Querfurt na Halle, gdzie dopadł 18-tysięczny korpus księcia wirtemberskiego. 17 października 6-tysięczna dywizja gen. Pierre Duponta uderzyła na miasto, odrzucając trzykrotnie silniejszy korpus pruski na Magdeburg. W dalszym pościgu na miejscu Bernadotte'a stanęli Lannes i Augereau, tradycyjnie już służący razem. W chwili gdy niedobitki księcia Hohenlohe schroniły się w Magdeburgu, obaj marszałkowie już obsadzili mosty na Łabie, po czym ruszyli forsownym marszem bezpośrednio na Berlin. Jako pierwszy do pruskiej stolicy 24 października wkroczył triumfalnie korpus Davouta - była to nagroda Napoleona za Auerstädt. Tego samego dnia forpoczta Murata (dywizja huzarów gen. Antoine Lasalle'a) stanęła w pobliżu Charlottenburga. W dniu 27 października do Berlina przybył osobiście Napoleon w asyście cesarskiej gwardii.
Książę Hohenlohe, chcąc przynajmniej część ocalałej armii połączyć z nadciągającymi Rosjanami, podzielił swoją 70-tysięczną armię na dwa duże korpusy. 24-tysięczny pozostawił w Magdeburgu, gdzie miał przystopować francuski pościg, zaś sam z 45-tysięcznym korpusem ruszył w kierunku Prenzlau i Szczecina, w nadziei przedostania się do Prus Wschodnich.
Udało mu się ominąć niezbyt energicznego Bernadotte'a (Napoleon powinien go usunąć już dawno) i 26 października dotrzeć pod Zehdenick, skąd już było tylko 80 kilometrów do Odry. Tu jednak dopadła go dywizja Lasalle'a z korpusu Murata, która w ciągu ostatniej doby pokonała aż 65 kilometrów. Francuski generał był jednak zbyt słaby, aby "chwycić za kark" całą armię księcia Hohenlohe. Mimo przygniatającej dysproporcji sił, Lasalle rzucił jednak wyzwanie pruskiemu księciu. Doszło do niezwykłej bitwy, w której jedna dywizja francuskiej konnicy okazała się dużo silniejsza niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać. A już na pewno nie Prusacy. Lasalle bronił się tak twardo i nieustępliwie, że Hohenlohe zamiast maszerować z armią na wschód, musiał ruszyć na północ, ku Templinowi. W dniu 27 października armię pruską przechwyciła kolejna francuska dywizja huzarów - gen. Edouarda Milhauda. Hohenlohe schronił się szybko za murami Prenzlau, ale już następnego dnia forteca została okrążona przez dywizję Lasalle'a i konnicę Murata. W tej sytuacji 10 tysięcy pruskich żołnierzy z 64 armatami i 45 sztandarami z ochotą pomaszerowało do francuskiej niewoli. 30 października dywizja Milhauda dopadła pod Pasewalk 6-tysięczną dywizję pruską z 36 sztandarami, która bez sprzeciwu oddała się do niewoli. Przy takim nastawieniu pruskich żołnierzy z całej armii księcia Hohenlohe w krótkim czasie pozostał tylko 25-tysięczny korpus Blüchera.
Beznadziejna panika ogarnęła nagle i jednocześnie generałów, oficerów i prostych żołnierzy ginącej armii pruskiej. Słynna kiedyś karność pruska znikła bez śladu; Prusacy tysiącami oddawali się do francuskiej niewoli. Upadek ducha był tak masowy, że nawet Francuzom wydawało się to czymś niepojętym. Nie byli to ci sami krzykacze, którzy jeszcze dwa tygodnie temu tak hardo i pewnie chcieli skończyć z Napoleonem.
Tymczasem dywizja Lasalle'a, skierowana z rekonesansem pod Loecknitz, dotarła 30 października z podjazdami aż pod Szczecin. Miasta bronił silny 5,5-tysięczny garnizon pruski z 120 armatami, przygotowany do długotrwałej obrony. Francuski generał, mając tylko 700 szabel i ani jednej armaty, wezwał dowództwo twierdzy do kapitulacji i po kilku godzinach pertraktacji forteca... skapitulowała. Dowiedziawszy się o tym, Lannes natychmiast przerzucił tam dywizję gen. Claparede'a, która obsadziła miasto.
Kiedy twierdze w Prenzlau i Szczecinie padły bez jednego strzału, niedobitki korpusu Blüchera (w sumie ok. 20 tysięcy żołnierzy) ruszyły w kierunku zachodnim, w stronę Bałtyku. Prusacy mieli nadzieję, że w którymś z portów stoi angielska eskadra i pomoże im w ewakuacji do Prus Wschodnich. Jednak 1 listopada dopadły ich pod Waren forpoczty korpusów Soulta i Bernadotte'a. Tego samego dnia konnica Murata wkroczyła do Rostocku. Ponieważ dywizja gen Anne Jean Savary'ego odbiła już Wismar, Blücherowi pozostała tylko Lubeka, jako jedyny port, gdzie mogła nadejść angielska pomoc. Dalej była już granica duńska, ale rząd w Kopenhadze obawiający się Napoleona, kategorycznie zabronił armii pruskiej wkroczenia na duńskie terytorium. Tak na marginesie, to nawet gdyby Blücher chciał szukać ratunku poza granicami kraju, nic by to mu nie pomogło, gdyż obaj marszałkowie natychmiast ruszyliby w ślad za nim.
W ciągu czterech dni nieprzerwanej rejterady korpus Blüchera pokonał aż 120 kilometrów i dotarłszy do Lubeki, zamknął się za jej murami. Ostateczna klęska była już tylko kwestią czasu. 5 listopada korpusy Bernadotte'a, Soulta i Murata przypuściły gwałtowny szturm ma miasto. Po zaciętych walkach ulicznych, w których poległo, zostało rannych lub dostało się do francuskiej niewoli około 5 tysięcy pruskich żołnierzy, marszałkowie odrzucili Blüchera z miasta. Dwa dni później jednak, na równinie pod Lubeką, pod Schwartau, ocalałe, 15-tysięczne resztki korpusu Blüchera zostały okrążone i zmuszone do kapitulacji.
W tym samym czasie korpusy Davouta i Augereau stanęły nad Odrą, podchodząc pod mury twierdzy Kostrzyn. Francuscy marszałkowie do tego stopnia przywykli już do nieprawdopodobnej demoralizacji pruskiej armii, że pod miasto podeszły tylko cztery kompanie piechoty bez artylerii, zaś francuski oficer dumnie oświadczył, że domaga się kapitulacji, nawet dla pozoru nie czyniąc żadnych przygotowań do oblężenia. Reakcja Kostrzyna była natychmiastowa - cztery tysiące pruskich żołnierzy... pomaszerowało do francuskiej niewoli, bez jednego strzału.
Ta seria panicznych kapitulacji najsilniejszych nawet twierdz pruskich zakończyła się ciekawą historią zdobycia Magdeburga, historią, w która nawet cesarz od razu nie chciał uwierzyć, gdy mu o niej zameldowano.
Magdeburg, jedyna jeszcze nie zdobyta, potężnie ufortyfikowana twierdza, obsadzona była przez równie silny, 25-tysięczny garnizon pruski pod rozkazami gen. Friedricha Kleista. Po kapitulacji Blüchera pod Schwartau, pod miasto podszedł 18-tysięczny korpus Neya bez ciężkiej artylerii. Marszałek zaproponował pruskiemu generałowi honorową kapitulację, jednak ten odmówił. Wobec tego Ney rozkazał "zbombardowanie" fortecy ogniem lekkiej artylerii. Ogień ten nie mógł spowodować w twierdzy żadnych szkód, ale poskutkował od razu. 7 listopada Kleist podpisał rozejm, a następnego dnia skapitulował. Później zachowanie to było tłumaczone, bezsensownością kontynuowania obrony w obliczu upadku niemal wszystkich pruskich twierdz na zachód od Odry, a także... prośbą ludności cywilnej, chcącej uniknąć ofiar podczas oblężenia. I Kleist uległ tym namowom.
Kiedy nadeszła informacja o kapitulacji Magdeburga, Napoleon, Francja i reszta Europy pojęli ostatecznie, że Prusy przestały istnieć. W ciągu 39 dni kampanii błyskawicznej dumna niegdyś armia pruska została starta na proch. O rozmiarach pogromu niech świadczy fakt, że Murat napisał do Napoleona, iż wojna skończyła się, ponieważ zabrakło przeciwnika. Do francuskiej niewoli pomaszerowało ponad 140 tysięcy pruskich żołnierzy, a około 60 tysięcy poległo lub została rannych, w tym 25 tysięcy pod Jeną i Auerstädt. 250 pruskich sztandarów zostało przetransportowanych do Francji, jako zdobycz wojenna. Pruskie twierdze, poza Gdańskiem, w stanie nietkniętym skapitulowały, niejednokrotnie w upokarzający sposób. Ocalały tylko drobne garnizony na Śląsku, Pomorzu Zachodnim i w Prusach Wschodnich. Jako jedyny z całej pruskiej armii uratował się z pogromu kilkunastotysięczny korpus gen. Lestocqa stojący nad środkową Wisłą.
Opracował: Szymon Jagodziński
|