Bitwa pod Austerlitz (2 grudnia 1805 roku)
O ile plany wojenne cesarza Austrii, po doznaniu tak bolesnych razów, były już mocno nadwerężone, o tyle władca Kremla pragnął dalszej wojny. Aleksander I był niemal pewny wygranej. Uważał, że armia Napoleona jest już skonana kilkusetkilometrowym marszem i osłabiona dotychczasowymi bitwami i potyczkami. Liczył, że jego armia jest nienaruszona (chyba nie rozmawiał o tym z Kutuzowem), zaś Prusy lada moment przybędą na front z całą potęgą, co z pewnością zakończy się druzgocącą klęską "korsykańskiego generała". Rosyjski car nieprzerwanie więc prowokował Napoleona do generalnej bitwy, wysuwając jako cenę pokoju, żądanie ustąpienia Francji za Ren, a także oddanie przez nią nabytków w Niemczech i we Włoszech, a nawet w Belgii. Aleksander wiedział, że jego francuski konkurent nie może przyjąć tych postulatów. I o to mu właśnie chodziło.
Tymczasem z Rosji nadeszły na front świeże posiłki. Armia Kutuzowa rozkwaterowana w okolicach Ołomuńca osiągnęła teraz stan 75 tysięcy piechoty i konnicy. Z dumnej niegdyś, 60-tysięcznej armii austriackiej pozostał teraz tylko 15-18-tysięczny korpus księcia Johanna Liechtensteina. W sumie sojusznicy rozporządzali na Morawach najwyżej 90 tysiącami żołnierzy. Ale doświadczony Kutuzow wiedział, że choć na papierze jego armia prezentuje się naprawdę dobrze, to jednak na pole bitwy może pchnąć tylko część. Dlatego starał się uniknąć walnej rozprawy, zyskując na czasie, dopóki Prusy aktywnie nie przyłączą się do wojny. Podobnie myśleli inni generałowie rosyjscy, ci którzy odebrali od Napoleona kilka bolesnych lekcji - Piotr Bagration, Michaił Miłoradowicz, Dmitrij Dochturow i Andrault Langeron. Mieli oni spory szacunek dla możliwości francuskiej armii i francuskich żołnierzy, a w szczególności dla sztuki wojennej Napoleona.
Plan Kutuzowa został z oczywistych powodów odrzucony przez Aleksandra. Ratować się przez Napoleonem ucieczką, rozporządzając potężną armią, a ponadto ukrywać się w biednej, górskiej okolicy było według niego rzeczą nie tylko bezsensowną, ale przede wszystkim hańbiąca. Kiedy car przybył do kwatery głównej feldmarszałka (22 listopada), natychmiast przeważyło nowe stanowisko. Aleksander I i jego najbliżsi współpracownicy (m.in. książę Piotr Dołgorukow), nie ukrywali pogardy dla austriackich żołnierzy, uważając, że tylko rosyjska armia jest godnym przeciwnikiem dla Napoleona. Generałowie Kutuzowa, którzy zalecali ostrożność, byli traktowani z niechęcią, a potem po prostu lekceważeni. Gdy Kutuzow wyraził swoją opinię co do przyszłych posunięć cara, został arogancko poinformowany, że "ta sprawa już go nie dotyczy!". Tak więc jedyny człowiek w koalicji, jedyny generał znający się na rzeczy, któremu udało się mniej więcej przewidzieć plany francuskiego cesarza, został odsunięty na boczny tor.
Tymczasem położenie Napoleona rzeczywiście nie było zbyt wesołe. Po wkroczeniu do Wiednia (13 listopada) i bitwie pod Hollabrun (16 listopada) cesarz przybył 20 listopada do Brna. Wiedział doskonale, że pod Ołomuńcem stoją dwie rosyjskie armie (Kutuzowa i Buxhoewdena) oraz austriacki korpus Kienmayera. Lada chwila miała na Morawy dotrzeć trzecia z carskich armii (Bennigsena), zaś z Lombardii przez równiny węgierskie mógł nadciągnąć dodatkowo arcyksiążę Karol. Gdyby sojusznikom udało się zrealizować plan koncentracji swoich armii w jednym miejscu, rozporządzaliby blisko 230 tysiącami żołnierzy.
Przebieg dotychczasowej kampanii jesiennej poważnie ograniczył potencjał napoleońskiej armii. Było to spowodowane nieuniknionymi stratami poniesionymi w czasie morderczego, ośmiotygodniowego marszu oraz koniecznością rozproszenia części dywizji na tyłach frontu i obu skrzydłach maszerującej armii. W efekcie na Morawach Napoleon dysponował rozciągniętymi korpusami Bernadotte'a, Soulta, Lannes'a i Murata oraz dywizją grenadierów Oudinota i gwardią cesarską Bessieres'a. W sumie około 60 tysięcy piechoty i konnicy.
Początek zimy, konieczność kwaterowania na obcym terytorium i nadmiernie naprężone linie komunikacyjne (do tego niepewne) z pewnością odbiłyby się na dalszym obniżeniu siły francuskiej armii. Z drugiej strony koncentracja armii sojuszniczych na Morawach, oraz nadchodzące już posiłki z Italii i Rosji, dałyby koalicji zdecydowaną przewagę liczebną nad zmęczonymi korpusami francuskimi. Było jasne, że inicjatywa może w każdej chwili przejść na drugą stronę i jeżeli Napoleon nie wyda walnej bitwy jak najszybciej, stanie przed alternatywą: odwrót lub porażka.
Na początek cesarz rozwinął swoje korpusy w okolicach Wiednia, czekając na rozwój sytuacji. Nie wiedział bowiem dokładnie, skąd nadciąga główne niebezpieczeństwo - od południa, gdzie stał arcyks. Karol, czy też od północy, gdzie lada chwila Kutuzow miał połączyć się z Buxhoewdenem. Po paru dniach niepewności, Napoleon ruszył na północ, na Morawy, licząc na to, że Aleksander I, obecny już w sztabie Kutuzowa, będzie parł do walnej rozprawy. I nie pomylił się.
Cesarz starał się więc przekonać rosyjskiego monarchę, że czuje się niepewnie, nie wierzy w możliwość wygranej i poważnie myśli o odwrocie. Ta udawana słabość, miała sprowokować (i sprowokowała) uprzedzające uderzenie armii sojuszniczej, nie czekając nawet na nadciągające już posiłki.
Realizując swój plan, Napoleon skierował do Aleksandra osobistego adiutanta gen. Anne Jeana Savary'ego z propozycją rozejmu, a następnie za jego pośrednictwem poprosił cara o osobistą rozmowę, a gdyby ten nie wyraził zgody (w zastępstwie przybył Dołgorukow), Savary miał mu zaproponować spotkanie pełnomocników obu stron dla przedyskutowania kwestii podpisania stosownego porozumienia. Aby jeszcze bardziej utwierdzić koalicjantów w przekonaniu, że Napoleon się boi, polecił, by z dniem 27 listopada francuskie forpoczty ustąpiły w kierunku Brna. Cesarz posunął się w tej grze jeszcze dalej. Na jego rozkaz Francuzi ustąpili z rozległego i dominującego nad okolicą płaskowyżu Pratzen, które było dla Rosjan doskonałym miejscem do uderzenia. To ostatecznie przekonało Aleksandra, że armia napoleońska przygotowuje się do odwrotu i jej klęska będzie szybka i druzgocąca.
W rosyjskim sztabie wybuchł szał radości. Napoleon stchórzył! Napoleon goni resztkami sił i stoi nad przepaścią! Z tego wniosek, że nie wolno w tej chwili wypuścić go z rąk. Decyzja została więc podjęta.
Plan bitwy przygotowany przez austriackiego generała Franza Weyrothera, który był teraz głównym doradcą cara, przewidywał odcięcie Napoleona od połączeń z Wiedniem, a następnie odrzucenie jego armii w Góry Czeskie, w okolice Igławy, gdzie przewidywano ostateczne ich rozbicie. Weyrother chciał tu zrealizować plan, jaki kilkakrotnie przećwiczył w okolicach Austerlitz, w stronę którego przesuwała się obecnie sojusznicza armia. Pech chciał, że ten plan był doskonale znany Napoleonowi. Dostrzegając słabość prawego skrzydła francuskiego wzdłuż strumienia Goldbach, główny wysiłek planowanego natarcia miał przyjąć formę szerokiego obejścia rzeczki z lewej strony, między wioskami Tellnitz i Puntowitz.
Forpoczta w postaci austriackiego korpusu gen. Michaela von Kienmayera miała obsadzić lewy brzeg Goldbach, między stawami Tellnitz i Kobelnitz oraz osłonić rozwinięcie 44-tysięcznej armii rosyjskiej gen. Fiodora Buxhoewdena. Armia ta była podzielona na trzy korpusy - gen. Dmitrija Dochturowa, Andraulta Langerona i Iwana Przybyszewskiego. Czwarty z korpusów, 23-tysięczny, tworzyły regimenty rosyjskie gen. Michaiła Miłoradowicza i austriackie gen. Johanna Kollowratha. Korpus ten miał przekroczyć strumień Goldbach na północ od stawu Kobelnitz.
Po zakończeniu manewrów początkowych, miało się rozpocząć natarcie sił głównych. Korpusy sojusznicze miały skierować się na północ i odepchnąć prawe skrzydło francuskie ku siłom głównym Napoleona, a następnie skorzystać z chaosu w szeregach przeciwnika i wymierzyć mu ostateczny cios. W celu odcięcia Francuzom drogi odwrotu na wschód, drogą Brunn - Olmutz, postanowiono zablokować ją 13-tysięcznym korpusem rosyjskim gen. Piotra Bagrationa. Luka między Bagrationem a siłami głównymi miała być wypełniona korpusem konnym austriackiego gen. Johanna Liechtensteina, zaś strategiczny odwód Aleksandra miała stanowić elitarna gwardia carska pod rozkazami wielkiego księcia Konstantego. W sumie Rosjanie i Austriacy skupili w okolicach Austerlitz (obecnie Sławków na Morawach) blisko 93-tysięczną armię z 278 armatami.
Plan Weyrothera ilustruje dobitnie zadufanie sojuszników i ich niedopuszczalne lekceważenie umiejętności Napoleona. Był po prostu zbyt ambitny, jak na armię rosyjsko-austriacką. Wobec słabego wyszkolenia i zgrania oraz improwizowanego składu czterech korpusów uderzeniowych, armia ta nie stanowiła spójnej całości i o ścisłej współpracy można było tylko pomarzyć. Jedyne, czego naprawdę obawiali się rosyjscy i austriaccy generałowie, to francuskiego odwrotu i odebrania im pewnej szansy rzucenia Napoleona na kolana! Za taką naiwność koalicjanci mieli słono zapłacić.
Kiedy armia sojusznicza ruszyła w stronę Austerlitz, Napoleon pospiesznie koncentrował swoje rozproszone korpusy. W międzyczasie przygotowywał dla swoich zadufanych rywali przykrą niespodziankę. Z dniem 1 grudnia siły główne WA stały ześrodkowane na zachód od płaskowyżu Pratzen, w okolicy wzgórza Zuran. Lewe skrzydło podpierało się o ufortyfikowane wzgórze Santon, zaś prawe skrzydło pokrywało się ze strumieniem Goldbach, od Puntowitz do Tellnitz.
Napoleon liczył na to, że sojusznicy popełnią błąd w ustawieniu armii. I nie pomylił się. Swój plan bitwy przygotował jeszcze przed 2 grudnia. Koncentracja armii rosyjsko-austriackiej na południe od Pratzen w oczywisty sposób odkrywała karty rywala - główne uderzenie alianckie pobiegnie między stawami Tellnitz i Kobelnitz i pokryje się z biegiem strumienia Goldbach. Celem było więc prawe skrzydło francuskie. Taki sposób rozegrania bitwy przez Aleksandra czynił zbędnym zdobywanie Pratzen przez Francuzów, jednocześnie zaś skutecznie odkrywało prawe skrzydło armii sojuszniczej na potężne przeciwuderzenie sił głównych Napoleona, stojących bardziej na północy.
Aby zaprosić Rosjan i Austriaków do uderzenia w wybranym przez Napoleona miejscu, cesarz celowo odsłonił swoje prawe skrzydło (niby taki nieostrożny), obsadzając ów dolny bieg strumienia Goldbach tylko jedną dywizją piechoty gen. Claude Legranda oraz brygadę konną gen. Margarona należącymi do korpusu Soulta. Równocześnie na drodze z Brna do Ołomuńca stanął korpus Bernadotte'a, przybyły 1 grudnia spod Igławy. W ciągu 36 godzin nieprzerwanego marszu korpus ten pokonał 86 kilometrów, przy czym sojusznicy nie mieli pojęcia o jego przybyciu. Przed Bernadotte'm rozwinął się dodatkowo korpus Lannes'a, zaś za nim skoncentrowały się gwardia cesarska Bessieres'a, dywizja grenadierów Oudinota i korpus konny Murata. Takie było lewe skrzydło francuskie. Natomiast centrum, na lewym brzegu strumienia Goldbach, tworzył korpus Soulta. Cesarz wezwał też spod Wiednia 5-tysięczny korpus Davouta, który w ciągu 44 godzin marszu pokonał aż 128 kilometrów i mimo wyczerpania, rankiem 2 grudnia stanął na najsłabszym, prawym skrzydle.
Zgodnie z planem, kiedy armia rosyjsko-austriacka rozpoczęłaby forsowanie strumienia Goldbach, siły główne Napoleona miały obejść Pratzen i uderzyć w odsłonięte teraz prawe skrzydło i tyły sojuszników. W pierwszej linii spod Puntowitz, miał uderzyć korpus Soulta, na którym spoczęła odpowiedzialność zajęcia jak największej części płaskowyżu. Następnie korpusy Bernadotte'a, Murata i Lannes'a połączyłyby się z Soultem, ruszając spod wzgórz Zuran, po czym 53 tysiące napoleońskich żołnierzy miało rozpocząć druzgocące uderzenie na stłoczone korpusy sojusznicze maszerujące doliną. Gwardia cesarska Bessieres'a i dywizja grenadierów Oudinota miały pozostać w odwodzie. Oczywiście by plan się powiódł, nie można było dopuścić do przełamania prawego skrzydła. Tam korpus Davouta miał pilnować, aby sojusznicy nie zapędzili się za bardzo - równina pod Turras na północ od Goldbach była tym punktem zerowym. W sumie Napoleon skoncentrował do bitwy około 71-tysięczną armię z 139 armatami.
Natarcie armii rosyjsko-austriackiej rozpoczęło się o godz. 7 rano 2 grudnia... zamieszaniem. Marsz korpusu Miłoradowicza i Kollowratha na Puntowitz został nagle zablokowany przez armię Buxhoewdena, jak gdyby nigdy nic schodzącą sobie w stronę dolnego biegu strumienia Goldbach. Fatalna koordynacja, jeden bałagan. I to na początku bitwy. To nie wróżyło nic dobrego. Jakby tego było mało korpus Liechtensteina przemieszczający się na prawe skrzydło, do Bagrationa, także przyczynił się do opóźnień, gdyż maszerował... pod prąd reszty korpusów! Już w tym momencie armia sojusznicza demonstrowała kompletny brak umiejętności współpracy.
Podczas gdy siły główne przez następną godzinę dreptały w miejscu nie mogąc rozpocząć manewru, korpus Kienmayera zszedł z Pratzen i uderzył na wioski Tellnitz i Sokolnitz. Licząc, że siły francuskie na prawym skrzydle są bardzo słabe, Austriacy rozwijali natarcie etapami, pchając kolejne regimenty jeden po drugim, zamiast uderzyć całością sił od razu. Dywizja Legranda, dając dowody niezwykłego poświęcenia, w ciągu pierwszej godziny odrzuciła pięć szturmów austriackiej piechoty. Dopiero w drugiej godzinie bitwy, przybyły rosyjskie posiłki w postaci korpusu Dochturowa, któremu udało się w końcu zdobyć miasteczko, umożliwiając w ten sposób konnicy Kienmayera przejście na lewy brzeg strumienia Goldbach.
W tym momencie interweniował Buxhoewden, który rozkazał Kienmayerowi i Dochturowowi przerwać natarcie, dopóki pozostałe korpusy nie pokonają rzeczki. W ciągu dnia armii sojuszniczej udało się w kilku miejscach przekroczyć strumień Goldbach, ale rozkazy Buxhoewdena uniemożliwiły rozwinięcie tych lokalnych sukcesów w coś poważniejszego i przełamanie prawego skrzydła francuskiego, co przecież było głównym celem całego natarcia. Pozwoliło to francuskiemu dowództwu skoncentrować siły główne w miejscach szczególnie niepewnych i przystopować alianckie postępy. Dodatkowo po godz. 10.30 na polu bitwy pojawił się korpus Davouta, co przyczyniło się ostatecznie do utrzymania francuskiej obrony na linii strumienia Goldbach. W tym samym czasie natarcie korpusów Langerona i Przybyszewskiego poczęło tracić na sile, jako że Rosjanie coraz bardziej niepokoili się niespodziewanym ruchem na tyłach frontu, wzdłuż Pratzen. Obawy te były uzasadnione.
Odgłos kanonady artyleryjskiej o świcie poinformował Napoleona, że sojusznicy uderzyli na jego prawe skrzydło. Dywizja piechoty gen. Louisa St. Hilaire'a, tworząca forpocztę korpusu Soulta, stojąca w dolinie pod Puntowitz, była całkowicie niewidoczna dla przeciwnika z powodu mgły, która utrzymywała się tam aż do późnych godzin porannych. Skoro więc Rosjanie i Austriacy nie mogli dostrzec Francuzów, Napoleon postanowił celowo opóźnić planowane uderzenie, dopóki siły główne armii sojuszniczej nie zejdą całkowicie z płaskowyżu Pratzen. Po odczekaniu jeszcze kwadransa, o godz. 8.30 korpus Soulta ruszył do natarcia. Dwie francuskie dywizje (gen. Louisa St. Hilaire'a i Dominique'a Vandamme'a) uderzyły w zwartych kolumnach na Pratzen. Pierwsza z nich na Pratzenburg, a druga na Stare Vinohrady. Francuskie regimenty przemieszczały się z niesamowitą szybkością i w chwili, gdy dotarły do wioski Pratzen, wyszły z mgły na zaśnieżone i oświetlone słońcem pole bitwy. Ten moment został zapisany potem w historii jako "Słońce pod Austerlitz". Gdy korpus Soulta dotarł do najwyższego punktu płaskowyżu, natknął się jednak nie na słabe ariergardy sojusznicze, schodzące już z Pratzen, ale na siły główne korpusów Kollowratha i Miłoradowicza, wciąż maszerujące w stronę Puntowitz. Tak to opieszałość alianckich generałów mogła pokrzyżować plan Napoleona. Kiedy Miłoradowicz uświadomił sobie niebezpieczeństwo, rzucił się z całym korpusem na nadchodzące dywizje Soulta. Na Pratzen rozgorzały walki o rzadko spotykanej zaciekłości.
Nieoczekiwane pojawienie się korpusu Miłoradowicza na płaskowyżu przyhamowało francuskie uderzenie. Stojący na skrajnym, prawym skrzydle rosyjski korpus gen. Piotra Bagrationa postanowił zlekceważyć pierwotne rozkazy, uderzając na korpus Lannes'a między wzgórzami Blasowitz i Santon. Pierwsze natarcie poprowadzone przez konnicę Liechtensteina zostało błyskawicznie rozbite zmasowanym ogniem karabinowym i artyleryjskim piechoty Lannes'a. Jakikolwiek ruch drogą w kierunku Brna był niemożliwy. Potężna bateria francuska ustawiona na pobliskim wzgórzu Santon dosłownie zmiatała każdego, kto pojawił się w okolicy. Kiedy Bagration podciągnął posiłki i uderzył raz jeszcze, Murat rzucił na niego dywizję kirasjerów gen. Etienne'a Nansouty'ego, która potężną szarżą rozbiła pierwszą linię korpusu Liechtensteina. Prowadząc na przemian uderzenia ciężkiej konnicy i nawały artyleryjskie, Bagration był systematycznie spychany do tyłu. Korzystając z powodzenia Murata, Lannes pchnął do natarcia prawe skrzydło korpusu w stronę Blasowitz, skąd artyleria mogłaby dobrać się do skóry piechocie Bagrationa szturmującej Santon. Kiedy impet Bagrationa wyczerpał się całkowicie, Lannes i Murat przeszli do przeciwuderzenia. Tuż po południu Bagration, w obliczu francuskiej ofensywy, nie mając styczności z resztą armii, wydał rozkaz generalnego odwrotu, aby nie dopuścić do całkowitej klęski, tym bardziej, że szwadrony Liechtensteina już poszły w rozsypkę. Kiedy prawe skrzydło sojuszników zostało rozbite korpusy Murata, Lannes'a i Bernadotte'a ruszyły w kierunku Pratzen, na odsiecz Soultowi.
Tymczasem na płaskowyżu Pratzen trwała zaciekła i nierozstrzygnięta bitwa między korpusami Soulta, a Kollowratha i Miłoradowicza. Najcięższe walki rozgorzały pod Pratzenburgiem. Mimo przewagi liczebnej Rosjan i Austriaków, dywizja St. Hilaire'a zdobyła szturmem szczyt wzgórza, ale miała teraz poważne problemy z jego utrzymaniem. Sojusznicy nie przebierali bowiem w środkach, by odepchnąć Francuzów z powrotem. Trzykrotnie piechota Langerona, która nieoczekiwanie zmieniła front natarcia, szturmowała linie francuskie na bagnety, jednak bez skutku. Wykrwawiały się także regimenty Kollowratha i Miłoradowicza, które bezsilne stopniowo spływały z płaskowyżu. Ich miejsce szybko zajmowali żołnierze napoleońscy.
Plan Napoleona sprawdzał się w całej rozciągłości. Rosjanie i Austriacy nieprzerwanie przerzucali posiłki na prawe i lewe skrzydło, jednak nigdzie nie udawało im się osiągnąć przełamania frontu. W tej sytuacji coraz bardziej ogołacane było centrum, co w obliczu ofensywy Soulta na Pratzen, wymusiło na Aleksandrze użycie strategicznego odwodu, czyli gwardii carskiej wielkiego księcia Konstantego. Jej potężne natarcie na Stare Vinohrady odepchnęło nieco dywizję Vandamme'a, jednak reakcja Napoleona była błyskawiczna. Natychmiast spadło na nią jeszcze potężniejsze uderzenie korpusu Bernadotte'a, dywizji grenadierów Oudinota i doborowej gwardii cesarskiej Bessieres'a. Około godz. 13 pobita gwardia carska, ponosząc dotkliwe straty, rozpoczęła odwrót. Porażka ta przyspieszyła tylko rozkaz Bagrationa do pospiesznego odwrotu w kierunku Ołomuńca.
Między godziną 13 i 16 Napoleon ostatecznie rozbił w pył lewe skrzydło sojuszników, zaś zdobywając płaskowyż Pratzen rozerwał ich centrum, rozcinając armię rosyjsko-austriacką na dwie odizolowane części. Teraz pierścień okrążenia nad korpusami Buxhoewdena zaciskał się błyskawicznie. Gwardia cesarska z korpusem Soulta spłynęły z Pratzen wprost na tyły armii Buxhoewdena. Marszałkowie francuscy podziwiali bitność i poświęcenie rosyjskich żołnierzy, nie mogli pojąć tylko nieudolności, czy głupoty carskich generałów, prócz jednego - Kutuzowa. Taki np. Buxhoewden, rozporządzający 29 batalionami piechoty i 22 szwadronami konnicy, zamiast przyjść z odsieczą ginącej armii, przez całą bitwę marudził na froncie trzeciorzędnym, trzymany w ryzach przez słabiutki korpus Davouta. Gdy w końcu dotarła do niego powaga sytuacji i rozpoczął odwrót, było już za późno. Odstępował przy tym tak nieudolnie, że kilka jego regimentów zostało odrzuconych ku zamarzniętym stawom, gdzie potonęły, ponieważ Napoleon widząc to rozkazał rozbić lód ogniem artylerii. Ci, którzy ocaleli, pomaszerowali do francuskiej niewoli. Teraz całe już lewe skrzydło sojusznicze masowo kapitulowało - całymi regimentami Rosjanie i Austriacy oddawali broń. Jedyna droga odwrotu prowadziła przez ledwie zamarznięty Staw Zatczański, na południe od Pratzen. Jedynie korpusowi Dochturowa udało się częściowo, obchodząc staw lub przechodząc przez pobliską groblę, uniknąć klęski. Korpusom Langerona, Przybyszewskiego, Kollowratha i Miłoradowicza takie szczęście nie dopisało. Napoleońscy marszałkowie odrzucili je do na wpół zamarzniętych stawów Menitz i Satschan i zalali ich lawiną ognia. Całe regimenty tonęły lub ginęły od kartaczowego ognia. Reszta, przemarznięta i ranna dostały się do francuskiej niewoli. Pogrom armii rosyjsko-austriackiej był porażający.
Widząc klęskę carskiej gwardii oraz zagładę lewego skrzydła Buxhoewdena, Aleksander, płacząc, uciekł konno z pobojowiska. Na marginesie trzeba powiedzieć, że uciekał tak przez kilka dobrych dni. W jego ślady ruszył cesarz Franciszek, ale ten nie ujechał zbyt daleko. Po prostu nie miał gdzie. Ich świty rozproszyły się, porzucając swoich monarchów, którzy rozłączyli się, gdyż konie uniosły ich w różne strony. Bitwa, która miała przynieść, jak mówiono w Londynie, Wiedniu i Petersburgu, kres panowania Napoleona, przyniosła zagładę sporej części rosyjskiej armii, a obu monarchom upokorzenie i rozpacz. Resztki pobitej armii cofały się w panice i chaosie. W porządku ustępował jedynie korpus Bagrationa, maszerujący szosą ołomuniecką, który teraz osłaniał rejteradę dumnej niegdyś armii rosyjsko-austriackiej w stronę Galicji. Tylko Kutuzowowi car zawdzięczał to, że udało się uratować chociaż jej część. Bitwa dobiegła końca około godz. 16.
Blisko 17 tysięcy poległych i rannych Rosjan i Austriaków, 20 tysięcy we francuskiej niewoli, zdobycie 40 sztandarów i 180 armat, potężnego taboru pełnego materiałów wojennych i co najważniejsze praktyczna likwidacja całej, ponad 90-tysięcznej armii rosyjsko-austriackiej, która pobita rozbiegła się na różne strony. Taki był plon bitwy pod Austerlitz. A cena? Tylko 8 tysięcy poległych i rannych. O bitwie tej wypowiedział się najlepiej jeden z rosyjskich generałów - Andrault Langeron: "Widziałem kilka przegranych bitew, lecz nawet myśl mi nie zaświtała, że można ponieść podobną klęskę".
Opracował: Szymon Jagodziński
|