Napoleon.org.pl English     Deutsch    
Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni

Wspomnienia Napoleona
Tłumaczenie: Kamp


Tom IX. Rozdz. I. Przygotowania do rozstrzygających walk. 
 

I. Tworzenie nowej armii francuskiej. - II. Smutne wydarzenia na rosyjskim teatrze wojny. - III. Odstępstwo pruskiego generała von Yorck. - IV. Wypowiedzenie wojny przez Prusy. - V. Zakończenie francuskich zbrojeń. - VI. Sprawy finansowe.  
 



I.

Najważniejszym dla cesarza było odtworzenie mocno osłabionej armii i umocnienie nadwerężonej władzy. Stracił wielu oficerów i żołnierzy oraz wiele wyposażenia wojskowego, ale znalazł już środki na zastąpienie tych strat. Założył, że po skoncentrowaniu armii z tworzących każdy pułk 5 batalionów, pozostało wystarczająco dużo żołnierzy, by utworzyć 3 nowe bataliony, a 5 oficerów będzie można posłać do Francji, by stanęli na czele już kompletnie wyćwiczonych rekrutów. Mimo, że stracił prawie całą swoją kawalerię, to przecież pozostało mu 25-30 000 doświadczonych kawalerzystów, dla których można będzie znaleźć konie w Polsce, Niemczech i Francji, odnośnie czego wydał już odpowiednie rozkazy. Jego artyleria straciła wiele obsad i prawie cały sprzęt; ale bogato zaopatrzone arsenały Francji były w stanie wysłać na wszystkie drogi od Renu aż do Wisły 1 000 armat na nowych lawetach. Francja, dzięki nadwyżce odpowiednich koni, mogła dostarczyć do nich zaprzęgi. W ten sposób cesarz zebrał owoce swojej wcześniejszej zapobiegliwości. Zanim pomaszerował na Moskwę rozkazał pobór rocznika 1813; 140 000 rekrutów stawiło się punktualnie w październiku w zakładach i już od 3 miesięcy pilnie ćwiczyło. Od prawie roku Napoleon tworzył 100 kohort Gwardii Narodowej, do których, zgodnie z dekretem, powoływani byli zdolni do służby obywatele najsilniejszych klas społecznych i którzy utworzyli 100 solidnych batalionów złożonych z dzielnych i doświadczonych ludzi. W ten sposób cesarz miał już w gotowości 240 000 żołnierzy, którzy w przeciągu miesiąca stanąć mogli nad Renem, w ciągu dwóch miesięcy nad Odrą, a po trzech nad Wisłą. Zakładając najgorsze, że z liczącej 600 000 ludzi Wielkiej Armii ocalało tylko 150 000 Francuzów i 50 000 żołnierzy armii sojuszniczych, mógł jednak wystawić do walki 450 000, a nawet 500 000, liczbę, która w zupełności wystarczyłaby do pokonania Rosjan; ucierpieli oni tak samo podczas zimy i mieli mniejsze możliwości wyrównania strat.

Podczas tych 3 miesięcy potrzebnych do uzupełnienia, dzięki zapobiegliwości Napoleona, armia miała wystarczająco dużo środków, by zatrzymać nieprzyjaciela chwilowo na Niemnie. Podczas marszu ze Smoleńska na Moskwę Napoleon polecił, by z Werony wyruszył liczący 15-18 000 ludzi korpus; powstał on z doświadczonych pułków stacjonujących we Włoszech i przekroczył Alpy jeszcze przed rozpoczęciem zimy. Korpus ten, złożony ze wszystkich gatunków broni i dowodzony przez generała Grenier, był już w Berlinie. Ponadto Napoleon utworzył XI.korpus, który przenaczony był do zajęcia linii Łaby. Jednakże z tego korpusu jedna z dywizji, dowodzona przez generała Durutte, posłana została nad Bug do generała Reynier i w połowie wyniszczona; inna, pod generałem Loison, która otrzymała rozkaz wyruszenia z Wilna naprzeciw Wielkiej Armii, była jeszcze kompletna. Dwie inne, generałów Lagrange i Heudelet, dotarły nieosłabione do Gdańska. Pułki te, liczące przynajmniej 45 000 żołnierzy były zupełnie świeże i mogły służyć wsparciem Wielkiej Armii podczas odwrotu. Gdy Napoleon opuścił armię, gwardia liczyła jeszcze 7-8 000 ludzi; korpus Victora był jeszcze nienaruszony, dywizja Loisona nie wyruszyła jeszcze nawet w pole, a z Moskwy wracało około 40 000 ludzi, których liczba dziennie rosła. Ponadto Istniały jeszcze korpus Macdonalda na lewym skrzydle, który składał się z 7-8 000 Polaków i 15 000 Prusaków i jak dotąd niewiele ucierpiał, korpus 15 000 Sasów i Francuzów generała Reynier oraz na prawym skrzydle 25 000 Austriaków księcia Schwarzberga. W końcu był jeszcze korpus Poniatowskiego; należało się też spodziewać ogłoszenia pospolitego ruszenia w Polsce. Sumując te wszystkie siły, wychodziło, że do dyspozycji stało około 200 000 żołnierzy, którzy z powodzeniem mogli stawić opór dalszej ofensywie Rosjanom, którzy nie byli w stani wystawić więcej niż 150 000 ludzi. 
 

II.

Cesarz mógł zatem wierzyć, że uda mu się wyprzeć Rosjan za Niemen i być może bez wielkich ofiar zawrzeć korzystny pokój.

Ale pomiędzy 5 grudnia i początkiem stycznia 1813 roku na północy wiele zmieniło się, zarówno pod względem militarnym, jak i politycznym.

Od czasu odjazdu cesarza rozpoczął się przeraźliwy rozkład Wielkiej Armii. W wyniku okropnego zimna i braku uznanego autorytetu zanikła całkowicie dyscyplina i każdy zdany był na łaskę własnego zwątpienia, każdy uciekał, jak mógł, a wyrównane znowu szeregi, które tak chwalebnie dokonały przeprawy przez Berezynę, ponownie uległy rozproszeniu. Tworzący ariergardę korpus Victora stopniał, dywizja generała Loison, wyniszczona przez mróz, rozproszyła się do tego stopnia, że w szeregach stało jeszcze tylko 2 000 ludzi. Ten sam los spotkał oddziały tworzące załogę Wilna oraz 5 000 Bawarczyków generała Wrede. Ponieważ Sasi Reyniera i Austriacy Schwarzenberga z braku konkretnych rozkazów pozostali w Mińsku, Wilno pozostało bez osłony i trzeba było je w nieporządku opuścić, nie zabierając nawet z bogato zaopatrzonych magazynów zapasów odzieży i żywności. Murat, który nie znajdował posłuchu i był niezdolny do dowodzenia armią, uciekł w środku nocy z Wilna, pozostawiając na łaskę losu całą kasę wojenną. Rozkazał on, by Ney i Gérard zorganizowali obronę na Niemnie, ale zostali oni wkrótce zmuszeni do odwrotu w kierunku Królewca.

Tam czekało na Francuzów kolejne nieszczęście. Mieszkańcy, jak wszyscy Prusacy, żywili głęboko zakorzenioną nienawiść do Francuzów, której do tej pory z obawy przed nimi jeszcze otwarcie nie okazywali. Ale na widok rozbitej armii nie potrafili ukryć swojej radości i gdy na koniec przybył tam Murat z ostatnimi oddziałami gwardii, ściganymi przez Kozaków, stali się zuchwali. Chłopi ograbiali francuskich żołnierzy, a nawet niekiedy bezlitośnie mordowali. Gdyby nie przybycie 4 dywizji Augereau, w mieście doszłoby do wybuchu rozruchów. Przybyłe dywizje wzbudziły respekt i dały ochronę przebywającym w szpitalach 12 000 chorych i rannych. 
 

III.

Wkrótce potem doszło do wydarzenia, które pogłębiło wszystkie nieszczęścia i miało ogromne znaczenie dla przyszłości. Marszałek Macdonald, dowodzący liczącą 7-8 000 ludzi dywizją polską, dobrych i wiernych żołnierzy, zbliżał się do Tylży. Prusacy, którymi dowodził ambitny i wypełniony nienawiścią do Francuzów generał Yorck, z ociąganiem wykonywali rozkazy i w końcu pod byle jakim pozorem odmówili całkowicie posłuszeństwa. W międzyczasie Rosjanie, dowodzeni przez Wittgensteina, przyspieszyli swój marsz w kierunku Królewca, by odciąć Macdonalda, Cziczagow na czele armii mołdawskiej maszerował na Kowno ścigając niedobitki armii francuskiej, a Kutuzow dawał armii głównej odpocząć w Wilnie. Liczyła ona teraz 100 000 ludzi. Również car Aleksander pospieszył do Wilna, by wziąć w swoje ręce sprawy polityczne i wojskowe. Dążył on do skłonienia Austrii i Prus do wypowiedzenia przyjętego jedynie pod przymusem sojuszu. Oświadczył, że przybywa nie jako zdobywca, lecz jako oswobodziciel, by zwrócić narodom wolność. Pruski minister Stein, przebywający jako emigrant na jego dworze, słynny pisarz Kotzebue oraz inni niemieccy uczeni i wojskowi nalegali na niego, by maszerował dalej; jak twierdzili, całe Niemcy powitają go z entuzjazmem. Stary Kutuzow ostrzegał wprawdzie przed zbytnim pośpiechem i radził carowi, by przystąpił do rokowań z Francją, ale Aleksander był dumny ze swojej roli; chciał zostać pogromcą Napoleona i oswobodzicielem uciskanej Europy. Upoważnił Steina i jego ludzi do udania się do prowincji, by głosili tam rychłe wyzwolenie Niemiec.

Generał Dybicz, szef sztabu Wittgensteina, był otoczony niemieckimi oficerami, wśród których znajdował się generał Clausewitz; szedł krok za krokiem za Macdonaldem w nadziei, że uda mu się  przeciągnąć na swoją stronę korpus pruski. Generał Yorck nienawidził Macdonalda z dwóch powodów: po pierwsze, jako człowiek wielce zazdrosny, że był jego przełożonym, a po drugie, że był Francuzem. Generał Dybicz, korzystając z usług tajnych agentów, podjudzał nieustannie i w końcu zaproponował Yorckowi, pod pozorem wymuszonej okolicznościami kapitulacji, przejście na stronę Rosjan. Jego korpus nie miał zostać rozbrojony, lecz uznany za neutralny i tworzyć zalążek przyszłej armii pruskiej, walczącej u boku Rosjan o wyzwolenie Niemiec. Generał Yorck zapytał swój rząd o radę, nie otrzymał jednak żadnej odpowiedzi. W końcu ugiął się więc pod naciskiem wysłanego do niego generała Clausewitza i 5 grudnia podpisał akt neutralności swojego korpusu, z zastrzeżeniem, że musi zostać on ratyfikowany przez króla. Część jego korpusu pod dowództwem generała Massenbacha zbliżyła się do sił marszałka Macdonalda i dotarła aż do Tylży. Gdy Massenbach dowiedział się o podpisaniu traktatu, zebrał swoich oficerów, którzy z entuzjazmem przyjęli decyzję Yorcka i byli gotowi pójść jego śladem; Yorck w tym czasie potajemnie w nocy zbliżył się do Tylży, by połączyć się z siłami Massenbacha. W połączonych szeregach pruskiego korpusu rozległy się okrzyki zachwytu.

Zdrada Yorcka w całych Niemczech podziałała jak uderzenie pioruna w beczkę prochu. Wieść rozeszła się lotem błyskawicy, a generała wychwalano pdo niebiosa jako zbawcę Niemiec. Kierowany i otoczony przez Rosjan Yorck ruszył w kierunku Królewca, by odczekać tam rozkazów króla. Nie otrzymał wprawdzie takowych, ale poczuł się powołanym do działania przez naród, który jak jeden mąż powstał do boju. Yorck rozpoczął marsz naprzód ramię w ramię z Rosjanami.

Gdy przebywający w Królewcu Murat, Ney i Berthier dowiedzieli się o przejściu na stroną  wroga całego korpusu pruskiego i zorientowali się, jakie wrażenie wywarło ono na ludności, nie zwlekali dłużej z opuszczeniem miasta. Obawiali się, że obrona miasta spowoduje wymordowanie 1 200 rannych francuskich żołnierzy. Powierzyli ich honorowi narodu pruskiego, pozostawiając jednak dla ich opieki lekarzy, strażników i pieniądze.

Rosjanie i Prusacy nie ścigali uciekających wystarczająco szybko, by móc odciąć im odwrót, dzięki czemu mogli oni dotrzeć do bogato zaprowiantowanych przez Napoleona twierdz nadwiślańskich. Generał Rapp na czele około 25 000 ludzi zamknął się w Gdańsku, by bronić się tam do ostatka.

Kwatera główna znajdowała się teraz w Toruniu. Ale po 3-dniowym tam pobycie Murat nabrał  przekonania, że nie jest w stanie dłużej utrzymać w tym mieście, tym bardziej, że do dyspozycji miał tylko 10 000, nie związanych organizacyjnie żołnierzy, w części rekrutów, w części Bawarczyków i Włochów. Dlatego udał się do Poznania, doprowadzając w ten sposób do całkowitego opuszczenia przez wojsko Starych Prus i Polski, podczas gdy do poskromienia wrzenia w Niemczech do dyspozycji stało tylko 18 000 ludzi generała Greniera, jedynej pozostałej z czterech dywizji marszałka Augereau.

Do wzrostu wrzenia wśród Niemców przyczyniło się jeszcze inne wydarzenie: przekazanie Piławy Anglikom, którzy swoimi okrętami wojennymi pospiesznie zajęli Zalew Wiślany i natychmiast podjęli handel towarami kolonialnymi, którego tak długo nie mogli prowadzić.

Wieści znad górnej Wisły nie były lepsze. Generał Reynier i książę Schwarzenberg wyruszyli z Mińska w kierunku Warszawy, gdzie pod naciskiem tego ostatniego zamierzano zająć kwatery zimowe. Książę Schwarzenberg nie posunął się wprawdzie tak daleko, by gardzić Napoleonem, ale również on przyjmował rosyjskich oficerów i oszczędzał swoją armię, by, w zależności od sytuacji politycznej, móc stanąć po zwycięskiej stronie.

Niezależnie od tego, jak dzielne było serce Murata, jego słaba wola nie mogła w tej sytuacji długo stawiać oporu. Armat, które nigdy go nie wzruszały, nie zastraszyły go również obecnie, ale opanowany był żądzą pozostania królem; chciał przede wszystkim ratować swój tron. Dlatego pod pozorem złego stanu zdrowia poinformował swoich generałów o zamiarze opuszczenia armii.

Nie pomogły przytaczane przez Berthiera i Daru argumenty o interesie armii, plamie na honorze, złości Napoleona i problemie znalezienia następcy. Murat pozostał przy swoim postanowieniu i przekazał dowództwo księciu Eugeniuszowi.

Z Wielkiej Armii pozostało zaledwie 25 000 ludzi w Gdańsku, 10 000 ludzi wszystkich narodowości w Poznaniu, korpus Schwarzenberga z niewielką ilością Francuzów i Sasów w Warszawie i 20 000 Greniera i Augereau w Berlinie! Konieczność osobistego nadzorowania organizacji nowej armii wezwała Napoleona do Paryża, a jego nieobecność pociągnęła za sobą stratę pozostawionych nad Niemnem 200 000 ludzi!  
 

IV.

Gdy król Fryderyk Wilhelm dowiedział się o przejściu Yorcka na stronę nieprzyjaciela, jego pierwszą reakcją było niezadowolenie z takiego zachowania. Obawiał się, że uznany zostanie za zdrajcę, co byłoby dla niego bardzo bolesne, gdyż był człowiekiem honoru i chciał, by go za takowego uważano. Spiesznie zapewnił francuskiego przedstawiciela Saint-Marsan o swoim niezadowoleniu i w pierwszym odruchu obiecał postawić Yorcka przed sądem wojennym. Takie oświadczenie wywołało oburzenie wśród niemieckich patriotów, którzy wyrażali wielkie niezadowolenie z postawy króla i jego kanclerza Hardenberga. Wywołało ono poruszenie w całych Niemczech, a odpowiedź licznych tajnych związków, które pod nazwą Tugendbund powstały w całych Niemczech, brzmiała: "Niech żyje Aleksander! Wiwat Kozacy!" W Berlinie, Dreźnie, Monachium, Wiedniu, Hamburgu, Bremie i Kassel rozległy się okrzyki wzywające do oswobodzenia ojczyzny. Król musiał w końcu poddać się woli ludu. Opuścił Berlin i 22 stycznia udał się do Wrocławia.

3 lutego wezwał  do tworzenia ochotniczych oddziałów strzelców. W szeregi pośpieszyły tysiące ludzi wszystkich stanów, poniesione zostały największe ofiary. Na Śląsku postanowiono utworzenie jednej wielkiej armii; jej dowódcą mianowany został generał Blücher. Generał Scharnhorst, który w największym stopniu przyczynił się do obudzenia króla z letargu, został szefem sztabu. Generał Yorck został uznany za niewinnego i otrzymał dowództwo tych oddziałów, które jako pierwsze zmieniły front.

W Austrii książę  Metternich, doświadczony dyplomata, dostrzegł korzyść, którą  mógł osiągnąć w nowej sytuacji. Nie chciał zrobić  fałszywego kroku i przywrócić blask Austrii i Niemcom, łamiąc równocześnie słowo dane Francji. Nakazał natychmiastowe rozpoczęcie zbrojeń w Austrii i nawiązał potajemnie kontakty z Prusami, Bawarią i Saksonią. Tak samo postąpił w stosunku do Francji, mając nadzieję, że Austria odegra rolę pośrednika, który, w zależności od rozwoju sytuacji, przeważy szalę na jedną lub drugą stronę.

Aleksander wykorzystał  styczeń by przez Suwałki, Wielbark, Mławę i Płock zbliżyć  się do Wisły.Do 9 lutego pozostał w Płocku, następnie udał się do Kalisza i znalazł się tym samym niedaleko przebywającego we Wrocławiu Fryderyka Wilhelma. Jego śladem podążyła rosyjska gwardia i odwody, w sumie 18 000 ludzi. W tym samym czasie na prawym skrzydle Wittgenstein z byłą armią Dźwiny, przed którą posuwało się kilka tysięcy Kozaków, na czele 34 000 maszerował na Kostrzyń i Berlin, pozostawiając liczącą 16 000 żołnierzy armię Mołdawii do obserwacji twierdz Gdańsk i Toruń. Na lewym skrzydle 40 000 Rosjan, dowodzonych przez Miłoradowicza, Dochtorowa i Sackena, powoli posuwało się śladem korpusu austriackiego, o którym wiedzieli, że nie jest skłonny do walki. W ten sposób oba skrzydła posuwały się naprzód, podczas gdy prowadzący centrum car Aleksander przygotowywał się do wkroczenia do Wrocławia, by rzucić się w ramiona króla Prus. 
 

Książę Eugeniusz, oskrzydlony tymi posunięciami nieprzyjaciela, nie mógł dłużej utrzymać się w Poznaniu i wycofał się w kierunku Frankfurtu nad Odrą, by pójść stamtąd dalej na Berlin, gdzie mógł połączyć się z siłami Greniera. Podczas tego marszu rosyjskie szwadrony pułkownika Tettenborna przeprawiły się pod Wriezen przez Odrę i rozbiły prawie doszczętnie napotkany tam pułk kawalerii włoskiej, co wywołało wielki entuzjazm w Berlinie. W odpowiedzi na ten atak generał Grenier na czele obu swoich dywizji wymaszerował z Berlina, odparł awangardę Wittgensteina i powrócił ponownie do stolicy, gdzie połączył się z nim książę Eugeniusz. Ponieważ jednak połączenie Francuzów z Magdeburgiem zostało przerwane, nie mogli oni dłużej utrzymać się w stolicy Prus, którą książę Eugeniusz na czele 40 000 żołnierzy opuścił 4 marca, wysyłając wcześnie chorych i rannych do Magdeburga.

Opuszczenie Berlina wywołało w całych Niemczech huraganowy entuzjazm; już nie trzeba było udawać. Król nie zwlekał więcej, podpisał z Rosją  traktat i 15 marca we Wrocławiu, przy akompaniamencie okrzyków zachwyconego tłumu, przyjął swojego nowego sojusznika. 17 marca minister von Hagenberg przekazał francuskiemu ambasadorowi Saint-Marsan wypowiedzenie wojny. 
 

V.

Złe wiadomości, które zalały Napoleona w pierwszych dniach 1813 roku, głęboko nim wstrząsnęły. Zamiast oporu, który stawić miały Rosjanom na Niemnie połączone resztki Wielkiej Armii i czekać tam na przybycie 300 000 młodych żołnierzy, były one prawie całkowicie rozbite i w trakcie panicznego odwrotu. Usłyszał entuzjastyczną wrzawę z Niemiec, dowiedział się o odstąpieniu Prus i musiał liczyć się z wątpliwą postawą Austrii. Ale postanowił nie ugiąć się przed niczym.

Po tym, jak w pierwszym porywie złości chciał kazać aresztować Murata, któremu przypisywał wszystkie niepowodzenia, uspokoił się, potwierdził nominację księcia Eugeniusza, nakazując opublikować w "Monitorze" wiadomość o zmianie dowódcy, lecz uczynił to słowami, które nie przynosiły chwały Muratowi: " Król Neapolu z powodu swojej niedyspozycji opuścił stanowisko dowódcy i złożył je na ręce wicekróla. Jest on bardziej przyzwyczajony do dowodzenia na wysokim szczeblu i posiada pełne zaufanie cesarza."

Następnie nie tracił  ani minuty ze swojego pobytu w Paryżu, nakazując wielkie zbrojenie. Księciu Eugeniuszowi polecił stanowczo utrzymanie jego pozycji, zapewniając, że w przeciągu kilku tygodni otrzyma 60 000 posiłków i stojąc na czele 100 000 będzie nie do pobicia aż do przybycia z Francji większej armii. 
 

Najpilniejszym zadaniem była reorganizacja kawalerii, ponieważ Rosjanie posiadali jej niezliczone ilości, a książę Eugeniusz miał do dyspozycji zaledwie 3 000 kawalerzystów.

Dlatego Napoleon rozkazał  generałowi Bourcier, który w Niemczech i Polsce był komendantem remontów, do zakupu za gotówkę, obojętnie za jaką cenę, wszystkich nadających się koni lub zabrania ich przemocą, jeżeli ich zakup będzie niemożliwy. W ten sposób kawalerzyści, którzy powrócili z Rosji, mieli otrzymać swoje wierzchowce i zostać natychmiast odesłani do Eugeniusza. Władców Związku Reńskiego Napoleon wezwał do przysłania mu, w interesie swoich własnych, gołoconych przez Kozaków państw, całej posiadanej jeszcze kawalerii. Króla Saksonii poprosił, by posiadane 2 pułki kirasjerów i 2 pułki lekkie, huzarów i strzelców konnych, w sumie około 2 400 wyborowych kawalerzystów, wysłał Eugeniuszowi, by ten już za kilku dni był w stanie na czele 6-7 000 jeźdźców trzymać w ryzach nieprzyjacielską kawalerię.

Gdy tylko potrzeby chwili zostały zaspokojone, Napoleon zabrał się za właściwe zbrojenie. Miał do dyspozycji około 140 000 rekrutów z poboru 1813 roku, którzy, powołani we wrześniu, wypełniali teraz pułkowe zakłady. Poza tym miał 100 batalionów albo kohort Gwardii Narodowej, które, kompletnie wymusztrowane, złożone były z dojrzałych męzczyzn; jedynie stanowiska oficerskie obsadzone były tylko prowizorycznie. Siły te tworzyły znaczną i prawie całkowicie gotową armię liczącą 240-250 000 ludzi. Cesarz postanowił rozbudować ją do 500 000, dokonując nowego poboru klas roczników 1809,1810,1811 i 1812, z których otrzymał kolejne 100 000 ludzi oraz wcielenia rekrutów rocznika 1814. Z tych 500 000 ludzi, 350 000 miało natychmiast wyruszyć i, po połączeniu z siłami istniejącymi jeszcze nad Wisłą i Odrą, utworzyć armię liczącą 450 000 żołnierzy; 150 000 ludzi miało pozostać w zakładach dla osłony granic. Stan stojącej w Hiszpanii armii nie miał ulec pomniejszeniu.

Ponadto cesarz zamierzał  przyjąć dobrowolne datki, które, pomijając ich wartość materialną, wyrazić miały w bardzo wyrazisty sposób uczucie jedności narodowej.

W sprawach politycznych cesarz nie odrzucał propozycji pośrednictwa Austrii. Dawał  im posłuch, ale mimo wszystko przyspieszał ze wszystkich sił  swoje zbrojenia. Po wysłuchaniu austriackiego wysłannika Bubny, któremu pochlebiał na wszelkie możliwe sposoby i całkowicie do siebie przekonał, napisał do swojego teścia serdeczny i przyjacielski list, w którym zobrazował kampanię 1812 roku i skarżył się, że w Wiedniu opublikowano wypaczone i złośliwe raporty na jej temat. Przedstawił ponadto swoje przygotowania wojenne, które groźne były nie tylko dla jego nieprzyjaciół, lecz również dla tych sojuszników, którzy skłonni byli odłączyć się od niego; groźba, która bezpośrednio skierowana była w stronę Prus, ale pośrednio też w stronę Austrii. List swój zakończył oświadczeniem, że mimo pewności iż na wiosnę wygoni Rosjan za Niemen, to jednak życzy sobie pokoju i chętnie przyjmie pośrednictwo Austrii. W chwili obecnej nie może wprawdzie konkretnie określić warunków traktatu pokojowego, ale są granice, które natychmiast mógłby określić jako nieprzekraczalne. Nigdy bowiem nie zezwoli na oddzielenie od cesarstwa obszarów, które postanowienia Senatu uznały za terytorium francuskie. Dlatego Rzym, Piemont, Toskania, Holandia i departamenty Hanzy są nienaruszalne i stanowią nieodłączne części cesarstwa. W żadnym wypadku nie zgodzi się na powiększenie obszaru Rosji, ani tym bardziej na zwolnienie z zobowiązań traktatu tylżyckiego. Co się tyczy Anglików, z którymi rokowania nie tylko były pożądane, lecz również konieczne, cesarz obstawał przy zawartości napisanego do lorda Castlereagh przed swoim odjazdem do Moskwy listu, w którym jako podstawę wszelkich rokowań określił zasadę uti possidetis (zasada prawa międzynarodowego według której strony prowadzące konflikt wojenny godzą się na jego zakończenie z zachowaniem aktualnego w danym momencie stanu posiadania, a więc na usankcjonowanie wszystkich zdobyczy i strat wojennych - źródło: wikipedia.org).

Cesarz był dobrej myśli zwracając się do narodu, którego popracie miał  być odpowiedzią na patriotyczny zryw Niemców i zaprzeczyć stwierdzeniom, że zarówno Francja jest zmęczona jego despotyzmem, jak i inne narody jego panowaniem. Nalegał na miasta i wsie, by wystawiły uzbrojone oddziały konne, które zastąpiłyby straty kawalerii. Początek zrobił Paryż, którego władze miejskie przez aklamację przyjęły wniosek wystawienia dla cesarza w pełni wyposażonego, mającego liczyć 500 ludzi pułku kawalerii. Po opublikowaniu w "Monitorze" tego postanowienia, podarunki tego typu nie napotykały już żadnych przeszkód w innych departamentach. Za przykładem stolicy poszły inne miasta i miasteczka, w zależności od ich możliwości. Zadziwiające, że również obce miasta, wcielone przemocą do cesarstwa, zezwoliły na takie podarunki. I tak Rzym wystawił 240 kawalerzystów, Genua 80, Hamburg 100, Amsterdam 100, Rotterdam 50, Haga 40, Leyden 24, Utrecht 20, a Düsseldorf 12. W przeciągu kilku dni liczba ta osiągnęła 22 000 koni i 16 000 kawalerzystów, sukces, który miał ogromny wydźwięk moralny w całym kraju.

Z klęski Wielkiej Armii ocalało 36 pułków, z czego 16 należało do korpusu Davouta, (I), 6 do korpusu Oudinota (II), 6 Ney'a (III), a 8 do korpusu księcia Eugeniusza (IV). Napoleon postanowił uzupełnić do pełnego stanu 16 pułków I.korpusu i pozostawić go pod komendą marszałka Davout, korpusy II i III połączyć w jeden liczący 12 pułków i oddać go w ręce marszałka Victora, a IV. zreorganizować w Bawarii. W ten sposób korpusy Davout i Victora liczyły w sumie 28 pułków. Napoleon rozkazał, by kadry oficerskie drugich batalionów tych pułków zatrzymać w Erfurcie, dokąd posłał natychmiast generała Donat, by objął ich dowództwo, a z zakładów pułkowych wysłał oddziały wyszkolonych już żołnierzy z poboru 1813 roku, by osiągnąć stan 800 ludzi w każdym z tych batalionów. Po skompletowaniu bataliony te natychmiast miały dołączyć nad Łabą do korpusów Davouta i Victora. Kadry oficerskie dla trzecich, czwartych i piątych batalionów miały rekrutować się z mocniejszych, ale jeszcze nie wyćwiczonych oddziałów, powstałych z poborów 4 poprzednich roczników. Bataliony te nie mogły powstać przed upływem 3-4 miesięcy. Zamiarem Napoleona było jak najszybsze wysłanie marszałkom Davout i Victor przynajmniej trzecich i czwartych batalionów. Miał nadzieję, że będzie mógł posłać je w czerwcu nad Wisłę. Przekraczając Odrę miały one połączyć się ze stacjonującymi w twierdzach pierwszymi batalionami, by marszałek Davout mógł dysponować 16 pułkami po 4 bataliony, a marszałek Victor 12 pułkami, również w składzie 4 batalionów, co dałoby w sumie ponad 90 000 piechoty. Davout miał tymczasowo na czele zreorganizowanych w Erfurcie 16 drugimi batalionami zająć przyzwyczajony już do słuchania jego rozkazów Hamburg, a Victor Magdeburg, by stanowić zaplecze dla księcia Eugeniusza.

Ponieważ żołnierze IV.korpusu (księcia Eugeniusza) pochodzili z Włoch, jego kadry oficerskie zostały skierowane do Augsburga, by tam przyjąć rekrutów, którzy znad brzegów Padu przez Tyrol dotrzeć mieli do Bawarii.

W ten sposób zostały odbudowane stare korpusy, podczas gdy pozostałe stojące do dyspozycji siły, czyli 100 batalionów Gwardii Narodowej, które organizowane były już od 9 miesięcy, były w stanie w marcu udać się nad Łabę, by zatrzymać dalszą ofensywę Rosjan. W batalionach tych służyli żołnierze liczący 22-27 lat, których wybrano w pierwszej kolejności spośród nieżonatych mężczyzn, silnych i nadających się do utworzenia dobrej, dzielnej piechoty. Kadrę oficerską tych batalionów wybierano z gwardii cesarskiej, wśród oficerów, którzy powrócili z Rosji oraz w Armii Hiszpanii, w której panował nadmiar oficerów, którzy w tej okropnej wojnie przeszli dobrą szkołę.

Napoleon podzielił  kohorty na 22 pułki po 4 bataliony, które natychmiast pomaszerowały nad Ren, do Wesel i Moguncji. Pierwszych 12, tworzących 4 dywizje po 3 pułki, utworzyło Korpus Łaby i miało zostać niezwłocznie odesłanych do księcia Eugeniusza, wzmacniając jego siły o 40 000 dobrej piechoty. Na czele 80 000 ludzi nie musiał się on niczego obawiać ze strony Rosjan i mógł trzymać w ryzach wzburzone prowincje. Dowódcą tego korpusu cesarz mianował generała Lauriston, który wyróżnił się w Rosji.

8 z pozostałych 10 kohort utworzyło 1.Korpus Renu, powierzony rozkazom marszałka Ney'a, który płonął żądzą zemsty. Kontyngenty władców Związku Reńskiego miały ten korpus powiększyć do liczby 50 000 ludzi, a po połączeniu z artylerią i kawalerią liczyć miał on 60 000 żołnierzy. Przeznaczony był on do przeprowadzeniu pierwszych uderzeń i miał w połowie marca udać się nad Łabę.

2.Korpus Renu utworzony został z kilku prowizorycznych pułków powstałych z piechoty marynarki. Liczyła ona 20 000 kompletnie wyćwiczonych ludzi. Napoleon rozkazał im natychmiastowy wymarsz nad Ren. Ten drugi korpus składał się z 4 dywizji w liczbie około 40 000 ludzi i został powierzony marszałkowi Marmont, który wyleczył już odniesioną pod Salamanką ranę.

Z oddziałów i sprzętu wojennego zgromadzonych już od dawna we Włoszech Napoleon postanowił  utworzyć jeszcze jeden korpus liczący 40-50 000 żołnierzy, który, podczas gdy on sam zamierzał wkroczyć do Saksonii, pomaszerować miał do Bawarii i skompletować siły znajdujące się nad Łabą. Zadanie to otrzymał generał Bertrand.

Dla odbudowanai artylerii Napoleon użył artylerzystów, którzy powrócili z Rosji, 48 kompanii zabranych z portów i arsenałów i 80 kompanii utworzonych w kohortach, którzy w sumie wystarczali do obsługi ponad 1 000 dział. Stare armaty leżały zasypane w śniegach Rosji, ale arsenały Francji były bogato zaopatrzone nowymi. Brakowało tylko lawet. Cesarz nakazał pośpieszne wykonanie nowych i już wkrótce był w stanie zmontować 600 nowych dział, które wystarczały na początek kampanii.

Potrzebne atylerii konie wierzchowe i pociągowe, 15 000 sztuk, kazał, płacąc gotówką, zerekwirować  we Francji i polecił generałowi Bourcier w Niemczech zebranie pozostałych 10 000. W ten sposób w kwietniu albo maju gotowych byłoby 600, a 2 miesiące później, 1 000 dział.

Kawaleria była jeszcze ważniejsza niż artyleria, ponieważ wróg dysponował  zadziwiającą ilością konnych oddziałów. Z Rosji przyprowadzono z powrotem jedynie 3 000 koni, które zebrano częściowo w Gdańsku, częściowo przy siłach księcia Eugeniusza. Spośród kawalerzystów uratowało się jedynie 11-12 000. Możliwość zdobycia dla nich koni zmalała po utracie Polski, Starych Prus, Śląska i Meklemburgii. Do dyspozycji stał jedynie Hanower i Westfalia. Na opuszczanych terenach zebrano 2-3 000 koni, mając nadzieję, że 9-10 000 znajdzie się pomiędzy Łabą i Renem. Należało zatem, oprócz 10 000 koni pociągowych dla artylerii, znaleźć 10 000 koni wierzchowych. Pilnie zajmował się tym generał Broucier, któremu udało się w końcu, po pokonaniu wielkich trudności, nawet czasami przy użyciu siły, zdobyć niezbędną ilość koni. Generałowie Latour-Maubourg i Sebastiani opuścili natychmiast Paryż, by w Hanowerze stanąć na czele nowo utworzonych oddziałów kawalerii. Cesarz rozkazał im utworzenie z nich dwóch korpusów, częściowo kirasjerów, a częściowo strzelców i huzarów i gdy tylko liczba gotowych do wymarszu osiągnie 6 000, niezwłocznie poprowadzić je do księcia Eugeniusza.

Pobory roczników 1813 i 1814 mogły dać jeszcze więcej wyćwiczonych jeźdźców. Książę Piacenzy (gen. Anne-Charles Lebrun - przyp. tłum.) otrzymał rozkaz sformowania z nich szwadronów, które odpowiadały wcześniejszym pułkom i poprowadzić do korpusów Latour-Maubourga i Sebastianiego. W ten sposób wkrótce w Niemczech zebrano 23-24 000 kawalerzystów.

Oprócz 22 000 podarowanych kawalerzystów we Francji można było wyposażyć dalsze 20 000, tak że na zbliżającą się kampanię gotowych było około 70 000 kawalerii.

Kadry oficerskie ściągnięto z Hiszpanii, skąd wybrani najlepsi podoficerowie i oficerowie wysłani zostali nad Ren.

Do tych wszystkich oddziałów cesarz postanowił przydzielić też gwardię cesarską, która została na nowo podzielona. Ucierpiała ona niezmiernie w Rosji, posiadała jednak w Niemczech, Francji i Hiszpanii liczne kadry. Napoleon postanowił wykorzystać je do stworzenia nowych pułków. Cenił bardzo Starą Gwardię za jej wierność i miał nadzieję, że Młoda Gwardia, jeżeli wcieli się do niej najbitniejszych żołnierzy, wkrótce osiągnie wartość najlepszych pułków. Dlatego kazał wybrać ze wszystkich korpusów, które nie ucierpiały zbytnio w katastrofach w Rosji i Hiszpanii, określoną ilość żołnierzy dla uzupełnienia Starej Gwardii. Następnie z poborów ostatnich roczników wybrał młodych i silnych ludzi, by wraz z istniejącymi kadrami fizylierów, tyralierów i strzelców odtworzyć Młodą Gwardię. Liczbę batalionów Starej i Młodej Gwardii podwyższył do 53, a liczbę szwadronów do 33. W ten sam sposób wzmocnił rezerwę artylerii, którą z takim powodzeniem używał we wszystkich wielkich bitwach, wyposażając ją w 300 dział. W jej szeregi powołał najlepszych żołnierzy artylerii marynarki. W ten sposób gwardia cesarska osiągnęła liczbę 40 000 żołnierzy. 
 

VI.

Dzięki tym ogromnym zbrojeniom Napoleon był w stanie zatrzymać koalicję na Łabie i zniweczyć jej nadzieje.

Ale nie wystarczyło szybkie zebranie tych potężnych sił, trzeba było je też opłacić  i w tym celu skonsolidować finanse cesarstwa.

Napoleon za żadną  cenę nie chciał podwyższenia opłat, mimo, że wystarczyłaby niewielka podwyżka podatków, by uzyskać potrzebne w 1813 roku 150 milionów. Posiadaczy ziemskich, którzy zostali za rządów Napoleona odciążeni, cesarz nie chciał na nowo obciążać. Obawiał się zarządzić coś, co miałoby negatywny wpływ na nastrój ludu.

Wydanie nowych obligacji państwowych, które być może dawniej cieszyłyby się popularnością, było w obecnych oklicznościach niemożliwe. Cła również nie można było podnieść. Konfiskata towarów też nie przynosiła już dochodów, a tak bardzo znienawidzony stary środek polegający na sprzedaży dóbr narodowych był już tylko bardzo ograniczonym źródłem, ponieważ Napoleon oddał dawnym emigrantom znaczną część ich posiadłości.

Ale istniały inne dobra, które mogłyby stać się źródłem dochodu, a mianowicie parcele wydzierżawione od gmin, które przynosiły im znaczne dochody, napełniając kasy gminne. Gminom było objętne, czy pieniądze te pochodzić będą od dzierżawcy prywatnego, czy od państwa, które również zapewniało punktualne wpłaty. Zakładano, że dobra te można było sprzedać za około 370 milionów, podczas gdy dochód z nich nie przynosił gminom wiącej niż 8-9 milionów. Liczba ta nie wydawała się być przesadzoną. Wpływy do kasy państwowej wzrosłyby więc o 370 milionów, a po odliczeniu potrzebnych państwu 232 milionów pozostałoby jeszcze 138 milionów, z których 8-9 milionów posłużyć miało na pokrycie koniecznych odszkodowań dla gmin. W ten sposób państwo otrzymałoby konieczne środki nawet za darmo.

Dlatego postanowiono upaństwowić wydzierżawianą przez gminy ziemię, oszacować ją, zastąpić obligacjmi, które mogłyby zostać przez państwo natychmiast wydane, a dochód z nich wpłacić do Kasy Amortyzacyjnej. Ta ostatnia musiałaby dobra sprzedać na licytacji pod warunkiem, że kupujący jedną trzecią ceny zakupu wpłaci gotówką natychmiast, a następne dwie trzecie, oprocentowane na 5%, odpowiednio w latach 1814 i 1815. W międzyczasie Kasa Amortyzacyjna miała wydrukować i przekazać skarbowi państwa banknoty o wartości 232 milionów, które przynosiłyby procenty i stopniowo, w miarą wpływania pieniędzy ze sprzedaży ziemi gminnej, byłyby wycofywane.

Na sprzeciw ministra finansów Molliena, który oświadczył, że nie przyjmie tych papierów jako środka płatniczego, Napoleon odpowiedział: 
"- Wezmą je wszyscy, którym winny jest Pan pieniądze. Dostawcom armii i marynarki oraz innym wierzycielom wszelkiego rodzaju winny jest Pan 46 milionów za rok 1811 oraz 37 milionów za 1812. Niech Pan zapłaci tymi banknotami, tym samym wprowadzi je Pan na prowincji. Tam zostaną one początkowo niechętnie przyjęte. Ale gdy wszyscy przekonają się, że przynoszą one punktualnie procenty, że można za nie kupić wspaniałe dobra, będą one namiętnie poszukiwane. Będą sprzedawane na giełdzie, ich kurs będzie ustabilizowany, a w końcu te papiery będą tak samo dobre, jak gotówka."

Takimi oświadczeniami cesarz napełniał ministra Mollien znowu otuchą.

Tak wyglądały  przedsięwzięcia finansowe, które cesarz postanowił podjąć na pokrycie kosztów wielkiej wojny.

Cesarz chciał też  dać krajowi znowu pokój z Kościołem i zakończyć swój konfilikt z papieżem, zamierzając zezwolić na jak najmniej, a jednak na wystarczająco wiele, by osiągnąć porozumienie. Papież przebywał wówczas w Fontainebleau, gdzie, pozornie wolny, traktowany był z wielką czcią i najwyższym poważaniem.

<<< Wstecz    Dalej >>>





Copyright © 2001 - 2011  NapoleonTeam
Wszelkie Prawa Zastrzeżone