Napoleon.org.pl English     Deutsch    
Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni

Wspomnienia Napoleona
Tłumaczenie: Kamp


Tom VII. Rozdz. III: Albion. 
 

I. Sytuacja polityczna. - II. Nastroje w Anglii. - III. Preliminaria pokojowe z Londynu (2 października 1801). - IV. Podpisanie traktatu pokojowego w Amiens (25 marca 1802). - V. Zerwanie pokoju przez gabinet angielski. Aresztowanie przebywających we Francji Anglików. - VI. Traktowanie więźniów. - VII. Plany Napoleona. Gotowość obu państw do wojny. Nowe angielskie intrygi na kontynencie i w Wandei. - VIII. Obóz w Boulogne. Wielki plan inwazji na Anglię.  
 



I.

Traktat pokojowy z Luneville miał swoje nieuniknione skutki. Austria była rozbrojona i w oczach wszystkich bezbronna. Wprawdzie Rosja, po śmierci Pawła I i wstąpieniu na tron Aleksandra, nie była już więcej gotowa do stanowczego wystąpienia przeciwko Anglii, ale nie miała też zamiarów sprzeciwienia się planom Francji na zachodzie. Z tego powodu Pierwszy Konsul nie miał powodu ukrywać swoich planów. Zwykłym dekretem zamienił Piemont we francuskie departamenty, nie czyniąc tego tak, jak gdyby obawiał się przy tym reakcji rosyjskeigo władcy. Odnośnie Neapolu oświadczył, że traktat z Florencji ma pozostać jako narzucone temu dworowi prawo. Genua przedłożyła mu swoją konstytucję, by dokonał w niej poprawek wzmacniających władzę wykonawczą. Republika Cisalpińska, składająca się z Lombardii, księstwa Modeny i legacji, ukonstytuowana po raz pierwszy pokojem z Campo Formio, a po raz drugi traktatem z Luneville, organizowała się na nowo jako sojusznik Francji i uzależnione od niej państwo. Podobnie jak Liguria, również Holandia przedłożyła Pierwszemu Konsulowi swoją konstytucję, a władcy małych państw widzieli w łasce Pierwszego Konsula poprawę sytuacji ich państw. Szczególnie aktywni w zdobycia sympatii byli przedstawiciele małych księstw niemieckich. Traktat pokojowy z Luneville postanawiał sekularyzację państw rządzonych przez duchownych i rozdział ich ziem. Zbliżający się podział obudził uczucie chciwości. Zarówno duże, jak i małe państwa chciały najlepsze części. Również Austria i Prusy żądały dla siebie odszkodowań, mimo że na lewym brzegu Renu niewiele utraciły. Bawaria, Wirtembergia, Badenia i dom orański oblegały rządzącego Francją, bo jako główna osoba traktatu z Luneville miał on największy wpływ na jego realizację. Nawet Prusy, reprezentowane w Paryżu przez markiza Lucchesini, nie wstydziły się poniżyć do roli proszącego i swoimi prośbami wzmocnić władzę Pierwszego Konsula. W ten sposób przez te 6 miesięcy, które upłynęły od podpisania traktatu w Luneville, znacznie wzrósł wpływ francuskiego rządu. Te okoliczności nie mogły pozostać bez wpływu na angielski gabinet, dlatego prowadzone przez pewien czas nieco nonszalancko pertraktacje w Londynie zostały w wyniku osobliwej zgodności obu rządów wznowione z dużą gorliwością. 
 

II.

Od czasu, kiedy z pośpiechem zaczęto dążyć do porozumienia, prowadzone w Londynie pertraktacje pomiędzy lordem Hawkesbury i francuskim przedstawicielem Otto nie były już trzymane w tajemnicy. Szczególnie nowy angielski premier Addington chciał pokoju, bo był to jedyny powód jego wzlotu i szansa pozostania na stanowisku. Gdyby bowiem wojna trwała dalej, byłby Pitt bardziej odpowiednim człowiekiem na czele rządu.

Król Anglii powrócił  do bardziej pokojowego nastawienia. Cierpiąca nędzę ludność miała nadzieję na zakończenie wojny i poprawę swojej sytuacji. Rozsądni ludzie bez wyjątku byli zdania, że 10 lat wojny wystarczy i nie należy dłużej ciągłym uporem stwarzać Francji okazji do dalszego przyrostu terytorialnego. Nawiasem mówiąc w Londynie nie bez obawy spoglądano na przygotowania do inwazji, które widziano w różnych punktach po drugiej stronie Kanału. Tylko jeden rodzaj ludzi nie popierał działań Addingtona: ci, którzy zajmowali się wielkimi zamorskimi interesami i podpisali niesamowite subskrybcje Pitta, bo byli świadomi, że pokój z wszystkimi narodami, a przede wszystkim z Francją, otworzy znowu morza, odbierze im wyłączność handlu i zakończy wielkie interesy finansowe. Byli całkowicie oddani Pittowi i jego polityce i nawet wtedy skłaniali się do wojny, gdy sam Pitt zaczął uznawać pokój za konieczny. Ale ci bogaci spekulanci musieli zamilknąć w obliczu krzyku narodu i ludzi z prowincji, w szczególności jednak w obliczu jednogłośnej opinii wszystkich rozsądnych ludzi Anglii.

Angielski rząd był  zatem zdecydowany, nie tylko prowadzić rokowania, lecz prowadzić  je szybko, by móc przedłożyć ich wyniki na jesiennej sesji parlamentu. 
 

III.

Oczywiście ubiegł  jeszcze określony okres czasu, by usunięte zostały przynajmniej największe przeszkody, które polegały na tym, że Francja domagała się  opuszczenia przez wojska angielskie Malty, a Anglia ostatecznego przekazania zabranej Hiszpanii wyspy Trynidad. Dlatego nie raz jeszcze grzmiały armaty w morskich pojedynkach przed francuskim wybrzeżem, szczególnie w dwóch spotkaniach przed Boulogne, w których francuskie kanonierki pokonały Nelsona.

Długie rokowania zbliżały się do końca. Poruszony stanowiskiem hiszpańskiego gabinetu, który mimo francuskiego poparcia uległ żądaniom angielskiego rządu, Pierwszy Konsul udzielił w końcu Otto pełnomocnictwa na wyrażenie zgody na oddanie Anglii hiszpańskiej wyspy Trynidad. To ustępstwo oraz obie potyczki przed Boulogne musiały zakończyć kunktatorstwo angielskiego rządu. Wyraził on zgodę na zaproponowane podstawy traktatu, z kilkoma wyjątkami, które pozostały jeszcze w zawieszeniu. Chciano wprawdzie oddać Maltę Zakonowi Joannitów, zastrzegając jednak jednocześnie, że wyspa postawiona będzie pod osłonę poręczającego mocarstwa, ponieważ nie dowierzano zakonowi, że jest w stanie obronić wyspę. Co do wyboru tego mocarstwa nie uzyskano jeszcze porozumienia. Papież, dwory w Neapolu i Rosji zostały po kolei zaproponowane i odrzucone.

Forma traktatu też  przysparzała trudności. Anglia wyraziła zgodę na wyliczenie w traktacie licznych zajętych terytoriów, które Francja i jej sojusznicy oddawali, jednak chciała też, by wymienione zostały też te, które zostały zatrzymane, na co Pierwszy Konsul zażądał, by wymienione zostały obszary zwrócone Francji, Holandii i Hiszpanii, ale w odniesieniu do innych przekazanie odbyć ma się za milczącą zgodą Anglii.

Do tych, w gruncie rzeczy nie bardzo poważnych trudności, dochodziły inne, dotyczące jeńców, zadłużeń, zarekwirowanych posiadłości, a w szczególności sojuszników obu stron, a także rola, którą należy im nadać w protokole. Ale obu partiom zależało na uzyskaniu porozumienia i zakończeniu cierpień całego świata.

Uzgodniono, że wszystko, co już osiągnięto natychmiast zostanie ogłoszone, a otwarte pytania pozostawione do następnych rokowań. W tym celu miały zostać  podpisane preliminaria pokojowe, a potem upoważnieni przedstawiciele zajmą się w spokoju ostateczną formą traktatu. Każdy problem, który nie był znaczący, a którego rozwiązanie mogłoby spowodować opóźnienie, miał zostać chwilowo pominięty.

Obaj przedstawiciele, Otto i lord Hawkesbury byli przyzwoitymi ludźmi i pragnęli pokoju. Chcieli go dla samego pokoju oraz z oczywistej i uzasadnionej ambicji postawienia swoich nazwisk pod jednym z największych traktatów w historii świata. Dlatego podczas formułowania preliminariów wyrażali zgodę na każde zgodne z ich instrukcjami ułatwienie.

Ustalono, że Anglia zwróci Francji i jej sojusznikom, Hiszpanii i Holandii, wszystkie zagarnięte na morzach zdobycze, z wyjątkiem wysp Cejlon i Trynidad, które na zawsze pozostaną w jej władaniu.

To była forma, którą  wybrano, by uszanować miłość własną obu narodów. Anglia zachowała zdobyty na indyjskich książętach półwysep, wyspę Cejlon, zdobytą na Holandii i Trynidad, zabrany na Antylach Hiszpanii. To mogło zaspokoić największą żądzę panowania. Oddała: Hiszpanii Minorkę; Francuzom Martynikę i Gwadelupę; Zakonowi Joannitów Maltę. Sprawa obrony tej ostatniej miała zostać uregulowana w ostatecznym traktacie. Anglia opuściła Porto Ferrajo, które wraz z resztą wyspy Elba powróciło do Francji. W zamian Francuzi mieli opuścić terytorium neapolitańskie, tzn. Zatokę Tarencką.

Egipt został w końcu opuszczony przez wojska obu nacji i zwrócony Porcie. To samo zagwarantowano państwom portugalskim.

Biorąc pod uwagę  tylko znaczące rezultaty, które w wyniku tych gorąco dyskutowanych zwrotów poszczególnych wysp nie zostały ani powiększone ani pomniejszone, efekty traktatu były, jak następuje: w wyniku 10-letniej walki Anglia zdobyła Indie. Za to Francja zmieniła na swoją korzyść ukształtowanie kontynentu; zdobyła silną linię Alp i Renu, zdobyciem Holandii na zawsze oderwała tę część Europy od Austrii oraz wyrwała spod jej władzy Włochy, które prawie całe były pod panowaniem Francji. Ponadto sprawowała ona kontrolę nad Szwajcarią, Holandią i Hiszpanią. Żadne mocarstwo nie miało na świecie takiego znaczenia jak Francja i mimo, że Anglia umocniła się na morzu, to Francja posiadała wybrzeża Holandii, Flandrii, Hiszpanii i Włoch; te państwa podporządkowały się całkowicie jej władzy i wpływom.

Była to cena na którą  zgodziła się Anglia podpisując w Londynie preliminaria w zamian za subkontynent indyjski. Francja mogła się na to zgodzić. Jej mocno bronieni sojusznicy otrzymali prawie wszystko z powrotem, co utracili w wyniku wojny. Hiszpania straciła Trynidad z własnej winy, ale zdobyła Olivenzę w Portugalii oraz Toskanię we Włoszech. Holandia straciła Cejlon, ale otrzymała z powrotem swoje kolonie w Indiach, Przylądek Dobrej Nadziei i Gujanę i uwolniła się od namiestnika.

To były wyniki tego wspaniałego pokoju, najchwalebniejszego, jaki Francja kiedykolwiek zawarła. Było oczywistym, że francuski przedstawiciel Otto z niecierpliwością życzył sobie zakończenia pertraktacji i radował się, gdy w końcu wieczorem 1 października, jeden dzień przed ustalonym przez Pierwszego Konsula terminem, mógł złożyć swój podpis pod preliminariami pokojowymi.

Ustalono że wiadomość o tym trzymana będzie w Londynie przez 24 godziny w tajemnicy, by kurier francuskiego przedstawicielstwa miał czas złożyć swojemu rządowi pierwszy meldunek. Odjechał on 1 października w nocy i dotarł 3 października o godzinie 4 po południu do Malmaison. Trzej konsulowie byli właśnie w trakcie posiedzenia. Otwarte depesze wywołały wielkie wrażenie, przerwano pracę i objęto się nawzajem. Pierwszy Konsul głośno wyraził swoje zadowolenie. Tak znakomite wyniki, osiągnięte w tak krótkim czasie, zwycięstwo, pokój, które otrzymała Francja dzięki jego geniuszowi i wytężonej 2-letniej pracy były osiągnięciami, które musiały uczynić go szczęśliwym i z których mógł być dumny.

Natychmiast wysłano wiadomość do Paryża, by ogłosić podpisanie pokoju. Wieczorem niespodziewanie zagrzmiały armaty i wszyscy zastanawiali się, jakie szczęśliwe wydarzenie obwieszczały. Ludność pospiesznie udała się na miejsca publiczne, gdzie komisarze rządowi zostali upoważnieni do ogłoszenia wiadomości o podpisaniu preliminarii pokojowych. Obwieszczono o tym również we wszystkich teatrach, a wieść ta wywołała radość w dawno nie widzianym stopniu. Było jasnym, że pokój z Anglią oznaczał w rzeczywistości pokój na całym świecie; umocnił on spokój na kontynencie i otworzył świat dla rozwoju handlu, przemysłu. Tego wieczoru cały Paryż rozjaśniły iluminacje.

Pierwszy Konsul natychmiast zatwierdził preliminaria i wysłał z nimi do Londynu swojego adiutanta Lauristona. O ile we Francji zapanowało żywe i ogólne zadowolenie, to Anglię ogarnęło szaleństwo. Trzymana początkowo przez prowadzących rokowania w tajemnicy wiadomość, przestała jednak być tajemnicą i trzeba było poinformować o niej Lorda Mayora Londynu. Wiadomość ta zrobiła tym większe wrażenie, że od kilku dni krążyły plotki o przerwaniu pertraktacji. Wśród całej ludności natychmiast wybuchł nieopisany, przesadzony entuzjazm, typowy dla namiętnego charakteru narodu angielskiego. Na każdym wyjeżdżającym powozie widać było wykonany kredą wielki napis: pokój z Francją.

Uzgodniono, że przedstawiciele obu państw spotkają się w Amiens, w połowie drogi pomiędzy Londynem i Paryżem, by podpisać ostateczny traktat pokojowy. Gabinet brytyjski wybrał starego i poważanego weterana, który przez długi czas walczył z honorem dla swojej ojczyzny, a teraz uznał, że przyszła chwila, by zakończyć cierpienia świata: lord Cornwallis, jeden z najbardziej szanowanych ludzi Wielkiej Brytanii. Lord Cornwallis dowodził wojskami angielskimi w Ameryce i Indiach, był gubernatorem generalnym Bengalu, a pod koniec ubiegłego stulecia wicekrólem Irlandii. Miał on udać się najpierw do Paryża, by złożyć wizytę Pierwszemu Konsulowi, a następnie udać się na miejsce rokowań.

Pierwszy Konsul wybrał  swojego brata Józefa, którego szczególnie kochał i którego, z powodu łagodności jego charakteru i już wielokrotnie odegranej roli pośrednika pokojowego, uważał za właściwą osobę na taką misję. Józef podpisał w Mortefontaine traktat pokojowy z Ameryką, z Austrią w Luneville, a teraz miał też podpisać w Amiens pokój z Anglią.

Rozpoczęte i jeszcze nie zakończone z różnymi państwami rokowania zostały prawie natychmiast zakończone.

Z Portugalią podpisał  w Madrycie pokój w imieniu Napoleona jego brat Lucjan. Nie dążono już więcej do zajęcia jednej z portugalskich prowincji; ponieważ  w ustaleniach pokojowych z Anglią było odstąpienie Trynidadu, straciło sens zatrzymanie zastawu, jak to zamierzano początkowo. Ustalono, że aż do podpisania ostatecznego traktatu pokojowego angielskie statki wojenne i handlowe nie będą zawijać do tamtejszych portów.

Opuszczenie Egiptu usunęło wszystkie problemy z Portą Ottomańską. Talleyrand podpisał  w Paryżu z jednym z ministrów sułtana preliminaria pokojowe (9 października 1801 roku - przyp.tłum.), w których ustalono zwrócenie Porcie Egiptu, odbudowę starych kontaktów pomiędzy oboma stronami i przywrócenie do życia wcześniejszych traktatów handlowych.

Podobnie umowy zawarto z regencjami Tunisu i Algieru.

Z Bawarią podpisano traktat tworząc taki sam sojusz z Republiką, jaki istniał wcześniej pomiędzy dworem bawarskim i starą francuską monarchią, gdy ta ostatnia wzięła pod osłonę wszystkie niemieckie mocarstwa drugiego rzędu. To było prawdziwe odnowienie pokoju westfalskiego (podpisany w 1648 roku w Münster traktat pokojowy pomiędzy Francją i Habsburgami, kończący wojnę 30-letnią - przyp. tłum.) i traktatu z Cieszyna (podpisany w 1779 roku traktat pomiędzy Austrią i Prusami, kończący bawarską wojnę sukcesyjną. Francja i Rosja były gwarantami traktatu - przyp. tłum.). Bawaria odstępowała Francji wszystko, co posiadała dawniej na lewym brzegu Renu, a Francja obiecywała wywarcie swojego wpływu podczas rozpoczynających się wkrótce rokowań na temat spraw niemieckich, by uzyskać dla Bawarii wystarczające odszkodowanie.

By zakończyć dzieło ogólnego pokoju, został też w końcu po długich debatach podpisany przez Talleyranda i Markowa traktat pokojowy z Rosją (8 października 1801 roku - przyp. tłum.), który stworzył podstawy prawne istniejącego już w rzeczywistości pokoju.

Te różne traktaty, które zapewniły pokój światowy zostały prawie równocześnie podpisane z londyńskimi preliminariami. Radość publiczności osiągnęła szczyt i postanowiono, by uczcić ustanowienie pokoju na świecie wielkim świętem. Datę ustalono na dzień 18 brumaire'a. Nie można było wybrać lepszego dnia, bo wszystkie te wspaniałe wydarzenia należało przypisać rewolucji 18 brumaire'a. Lord Cornwallis miał być obecny na uroczystościach. Przybył on 16 brumaire'a (7 listopada) w towarzystwie wielu rodaków do Paryża. Zaledwie podpisano preliminaria, gdy u Otto zaczęły piętrzyć się wnioski o paszporty. Wysłano ich 300, ale to nie wystarczyło. Pojazdy, które miały zabrać francuskie towary i przywieźć do Francji angielskie też pilnie potrzebowały dokumentów. Wszystkie te wnioski były skwapliwie rozpatrywane, a połączenie powstało z niesamowitą szybkością. 18 brumaire'a Paryż był pełen Anglików, którzy płonęli z niecierpliwości, by zobaczyć tę nową i tak niespodziewanie świetną Francję. Wśród Anglików, którzy pospieszyli odwiedzić Francję, był też słynny Fox (Charles James Fox, 1749-1806 - angielski polityk, jeden z najznakomitszych mówców angielskiego parlamentaryzmu, przywódca opozycji za czasów rządów Williama Pitta, zwolennik porozumienia z Francją - przyp. tłum.). W dniu święta, które uświetniła radość obywateli wszystkich klas społecznych, zabroniona była jazda powozem. Tylko dla lorda Cornwallisa zrobiono wyjątek. Tłum z ochotą i poszanowaniem rozstępował się przed tym szanowanym przedstawicielem armii angielskiej, który przybył, by zawrzeć pokój pomiędzy oboma wielkimi narodami.

Lord Cornwallis był  pierwszym Anglikiem, który u cesarza spowodował poprawę  opinii o Anglikach; to samo udało się Foxowi i później admirałowi Malcomowi na Świętej Helenie.

Cornwallis był  w pełnym tego słowa znaczeniu człowiekiem honoru. Gdy później w Amiens już wszystko było ustalone, obiecał podpisanie traktatu dnia następnego o określonej godzinie. Niestety coś stanęło mu na przeszkodzie i został zatrzymany w swoim mieszkaniu. Tego samego wieczoru pojawił się u niego kurier z Londynu, który dostarczył nowe wskazówki rządu. Odpowiedział, że już podpisał, a dopiero potem pojawił się, by podpisać traktat.

Fox pracował nad historią Stuartów i poprosił Pierwszego Konsula, by mógł  przeszukać archiwa dyplomatyczne. Napoleon oddał mu wszystko do dyspozycji i często go przyjmował. Słyszał o jego zdolnościach i wkrótce na podstawie własnych doświadczeń nauczył się go szanować i poważać z powodu jego szlachetnego serca, jego dobroci i jego dalekowzrocznych, szlachetnych i liberalnych poglądów. Często dyskutowali otwarcie na wszelkie możliwe tematy. Napoleon uwielbiał przekomarzać się z nim i sprowadzać rozmowę na temat "piekielnej machiny"; twierdził, że angielscy ministrowie chcieli go zamordować. Podniecało to Foxa, który zaprzeczał temu poglądowi i kończył w swoim kiepskim francuskim:

"- Pierwszy Konsulu, niech Pan sobie wybije to z głowy."

Wewnętrznie nie był  jednak przekonany, że broni słusznej sprawy; prawdopodobnie występował  tylko w obronie honoru swojego kraju, ale nie wierzył w uczciwe zamiary angielskich ministrów.

Ludzi jak Fox i Cornwallis, nawet gdy było ich tylko pół tuzina, wystarczyłoby, by ugruntować  dobrą opinię o narodzie. Z takimi ludźmi Napoleon zawsze potrafił łatwo porozumieć się, z ich narodami żyć  w pokoju i współdziałać w osiągnięciu wielkich celów. 
 

IV.

Dziwnym trafem szalony car Rosji Paweł I był pierwszym, który rozpoznał  i docenił Pierwszego Konsula jako władcę. Kiedyś mu napisał:

"- Trzymam się tylko jednego, jedynego faktu i to mi wystarczy; w moich oczach jest Pan rządem i dlatego rozmawiam z Panem, ponieważ musimy się porozumieć i rokować ze sobą."

Za to rząd angielski musiał być przemocą odizolowany od reszty Europy, zanim w ogóle zdecydował się swojego przeciwnika przynajmniej wysłuchać. Gdy w końcu przystąpił do rozmów wstępnych z Pierwszym Konsulem wykorzystał wszelkie szykany, próbował przeciągnąć rokowania długimi protokołami, pytaniami o etykietę, powoływaniem się na precedensy i podobne sprawy formalne. Napoleon tylko się z tego śmiał - czuł się taki potężny!

Na całkiem nowym polu koniecznym było też zastosowanie nowych metod, ale angielscy negocjatorzy wydawali się o czasie, okolicznościach i ludziach nie mieć żadnego pojęcia. Sposób postępowania przez Napoleona wyprowadzał ich całkowicie z równowagi. Postępował w sprawach dyplomatycznych jak na polu bitwy i zaraz na początku powiedział do nich:

"- Zrobię Panom następujące propozycje: my jesteśmy panami Holandii i Szwajcarii. Oddam je jako cenę za odszkodowania, które dacie nam i naszym sojusznikom. Jesteśmy również panami Włoch. Oddam część z nich; inną część zatrzymam, by mieć rękojmię posiadania całości. To są moje podstawy do rokowań. Zbudujcie na nich, co Wam się podoba -  to interesuje mnie mniej; ale cel i efekt muszą pozostać niezmienne; tych nie zmienię. Nie chcę od Panów kupić żadnych przyrzeczeń, lecz zawrzeć rozsądne, honorowe i trwałe umowy. Jak widzę, nie macie żadnego pojęcia o sytuacji i wpływach naszych obu państw; nie obawiam się ani Waszych odmów ani kłopotów, które możecie mi sprawić. Mam silną armię!"

Ta nietypowa przemowa odniosła skutek. W Amiens zamierzano Francję tylko zwodzić, ale teraz przystąpiono rzeczywiście do rokowań. Nie wiedząc, jak dobrać się do Pierwszego Konsula, zaproponowali mu, by został  królem Francji. Trafili na właściwego! Napoleon tylko z litością wzruszył ramionami. Francuski król z angielskiej łaski! Przecież był już władcą z woli narodu.

Pozycja Napoleona była już tak silna, że w trakcie trwania rokowań w Amiens dał  się wybrać prezydentem Republiki Włoskiej. To wydarzenie, które w dyplomacji spowodować może nieprzewidziane incydenty, nie przerwało nawet rokowań. Nawiasem mówiąc, Napoleon był w Amiens przekonany, że los Francji i Europy oraz jego własny jest postanowiony, a wojna skończona. Gabinet angielski rozpętał ją na nowo; to jemu wyłącznie zawdzięcza Europa zawieruchę wojenną, która trwała jeszcze 12 lat. Odpowiedzialnym za nią jest wyłącznie angielski gabinet.

Preliminaria londyńskie położyły podstawy dla pokoju; ale dopóki preliminaria te nie zostały zamienione w ostateczny traktat, egocentryczni awanturnicy dziennie twierdzili, że nic jeszcze nie ustalono i wkrótce obie strony znowu przystąpią do wojny na morzu i lądzie. Dlatego Pierwszy Konsul nieustannie popędzał rokowania w Amiens.

"- Podpisz - pisał codziennie do Józefa - bo po podpisaniu preliminarii nie ma już żadnego poważnego problemu do rozstrzygnięcia."

Podobnie jak w Paryżu i Amiens, również w Londynie nie życzono sobie zerwania rokowań. Gabinet angielski rozumiał, że ośmieszyłby się, gdyby 6-miesięczne zawieszenie broni, preliminaria, służyły tylko temu, by otworzyć morza flotom francuskim. Lord Cornwallis był podczas formułowania traktatu bardzo ustępliwy. Józef Bonaparte również i dlatego wieczorem 25 marca 1802 roku podpisano pokój z Anglią. Świątynia Janusa była zatem zamknięta! (świątynia Janusa - budowla wzniesiona w antycznym Rzymie przez legendarnego drugiego króla Rzymu Numę Pompilusa. Jej bramy były zamknięte tylko w czasach, kiedy Rzym nie prowadził z nikim wojny - przyp. tłum.). 
 

V.

Pokój trwał tylko 18 miesięcy. Powodem zerwania były podstępne metody i sposób, w jaki rząd angielski przeciągał opuszczenie Malty. 18 lutego (1803 roku - przyp. tłum.) Pierwszy Konsul miał w swoim gabiniecie rozmowę z lordem Whitworthem, angielskim ambasadorem w Paryżu. Swoje słuszne zarzuty przedstawił początkowo w spokojnym, ale potem stopniowo podnoszonym głosem, a w końcu wykrzyknął:

"- Prędzej wolałbym zobaczyć Anglików na Montmartre niż na Malcie!"

2 dni później Pierwszy Konsul otworzył posiedzenie Ciała Prawodawczego i zgodnie z konstytucją przedłożył mu roczny raport o sytuacji Republiki. Fragment dotyczący Anglii brzmiał następująco:

" - Rząd zaręcza narodowi pokój na lądzie i może mieć nadzieję również na trwanie pokoju na morzach. Pokój ten jest potrzebą i życzeniem wszystkich narodów. By go utrzymać rząd zrobi wszystko, co zgodne jest z honorem narodowym, który w dużym stopniu związany jest z punktualnym wypełnieniem traktatu.

Ale w Anglii kłócą  się o władzę dwie partie. Jedna z nich podpisała pokój i wydaje się chcieć go utrzymać; druga zaprzysięgła Francji nieprzejednaną nienawiść. Stąd zmiany w nastrojach opinii publicznej i zgromadzeniach doradczych a także stanowisko równocześnie przyjazne i grożące.

Jak długo trwa spór partii, należy przedsięwziąć środki, które rządowi republiki nakazuje rozsądek. 5 razy po 100 000 ludzi musi i będzie gotowych bronić i pomścić Republikę, osobliwa konieczność wywołania poruszenia w dwóch narodach, które łączy z pokojem te same interesy i to samo pragnienie pokoju.

Obojętnie, jak zakończą się intrygi w Londynie: inne narody nie dadzą się nakłonić do nowej koalicji, a rząd twierdzi z uzasadnioną dumą: Anglia nie jest obecnie zdolna prowadzić sama wojny z Francją.

Ale miejmy lepiej nadzieję  i wierzmy, że brytyjski gabinet wysłucha rozsądnych rad i głosu ludzkości.

Tak, z pewnością: pokój będzie się z dnia na dzień umacniał; stosunki obu rządów przyjmą charakter przychylności, który odpowiada obustronnym interesom; szczęśliwy spokój pozwoli zapomnieć cierpienia wyniszczającej wojny, a Francja i Anglia zasłużą sobie na wdzięczność całego świata."

Odpowiedź nie kazała na siebie czekać.

8 marca w brytyjskim parlamencie odczytano orędzie królewskie:

"Jego Królewska Mość uważana za konieczne poinformować Izbę Gmin, że ma zamiar, z powodu prowadzonych w portach francuskich i holenderskich znacznych zbrojeń, przedsięwziąć nowe środki bezpieczeństwa dla naszego państwa. Pozornym celem zbrojeń, o które chodzi, ma być ekspedycja do kolonii; ponieważ jednak prowadzone są obecnie bardzo ważne rozmowy pomiędzy Jego Majestatem a rządem francuskim, Jego Królewska Mość zdecydował się poinformować wierną mu Izbę Gmin iż jest przekonany, mimo, że podziela jej żarliwe i nieustanne starania o utrzymanie pokoju, niemniej, w pełnym zaufaniu do jej poczucia odpowiedzialności, że może liczyć na to, że wprowadzi w życie wszystkie środki, które uzna za właściwe dla obrony honoru korony i znaczących interesów jej narodu." 
 

Ta mowa tronowa zapowiedziała początek nowej wojny i zerwanie traktatu pokojowego z Amiens.

Lord Withworth natychmiast zrozumiał, jakie wrażenie wywrze na generale Bonaparte wiadomość z parlamentu. Z wielkim ubolewaniem wręczył Talleyrandowi odpis mowy i zaklinał ministra, by pospieszył do generała i spróbował  go udobruchać i przekonać, że nie jest to żadne wypowiedzenie wojny, lecz zwykły środek ostrożności. Talleyrand bez zwłoki udał się do Tuilleries, ale niewiele osiągnął.

Zerwanie pokoju przez gabinet angielski, które nastąpiło pod tak błahym pozorem i w tak podstępny sposób, wzbudziło ogromną złość Pierwszego Konsula, który poznał natychmiast, że został wywiedziony w pole. Gdy później, przed wypowiedzeniem wojny, zarekwirowanych zostało wiele statków francuskich, przebrała się miarka. Na swoje zażalenie Napoleon otrzymał chłodną odpowiedź: taki jest ich zwyczaj i zawsze tak robili. To się zgadza; ale czasy się zmieniły, a Francja nie mogła sobie więcej pozwolić na cierpliwe przyjęcie takiej niesprawiedliwości i poniżenia. Napoleon był człowiekiem, który miał do obrony prawa i chwałę narodu i był gotów pokazać nieprzyjaciołom, z kim mają do czynienia. Na nieszczęście mógł on, z powodu stosunków panujących po obu stronach, na gwałt odpowiedzieć tylko jeszcze większym gwałtem. Prześladowanie niewinnych jest smutnym zadośćuczynieniem; ale Pierwszy Konsul nie miał innego wyboru.

Gdy Napoleon przeczytał  ironiczną i bezczelną odpowiedź, jeszcze tej samej nocy, w odwecie za nieprawne zagarnięcie francuskich statków, wydał  rozkaz aresztowania wszystkich Anglików przebywających we Francji i we wszystkich krajach zajętych przez wojska francuskie, obojętnie jakiego stanu i w odwecie i zamknięcia ich w więzieniu. Większość tych Anglików była cenionymi, bogatymi i dystyngowanymi ludźmi, którzy podróżowali dla przyjemności. Pierwszy Konsul zastosował ten środek, bo była to jedyna prawdziwa odpowiedź na to oburzające naruszenie prawa. W całej Europie rozległ się krzyk. Wszyscy dotknięci rozkazem Anglicy zwrócili się do Pierwszego Konsula, który odesłał ich do rządu brytyjskiego, odpowiadając, że ich los jej uzależniony od niego. By wyjść na wolność wielu z nich zaproponowało zapłacenie wartości zagarniętych statków z własnych środków. Pierwszy Konsul kazał im odpowiedzieć, że nie chodzi o ich pieniądze, lecz o przestrzeganie najprostszych przykazań przyzwoitości i naprawienia tej obrzydliwej niesprawiedliwości.

Czy można w to wierzyć? Rząd angielski, który przy swoich przywilejach na morzu trwał  z takim samym uporem, jak kuria rzymska przy swoich przywilejach religijnych, wolał pozwolić, by mnóstwo wyśmienitych i dystyngowanych rodaków przez 10 lat marniało w lochach, niż miałby zrezygnować oficjalnie z pirackich zwyczajów, które formalnie były zgodne z prawem. 
 

VI.

W ciągu całej, trwającej w konsekwencji zerwania pokoju, 11-letniej wojny Napoleon ciągle i ciągle składał wnioski o wymianę jeńców; jednak rząd angielski był zdania, że przyniosłoby to Francji większą korzyść niż Anglii i odmawiał, początkowo pod tym, a w przyszłości pod byle jakim pozorem. Cesarz nie mógł mieć nic przeciwko temu: na wojnie korzyść polityczna stoi ponad wszystkimi uczuciami. Ale dlaczego rządzący Anglią bez powodu musieli zachowywać się jak barbarzyńcy? I robili to też, gdy liczba angielskich jeńców wzrastała. Dla nieszczęśliwych wziętych do niewoli Francuzów rozpoczęły się katusze na pontonach, pozbawionych takelunku wysłużonych statkach - męczarnie, którą starzy poeci porównywaliby z mękami piekielnymi, gdyby coś takiego mogło powstać w ich fantazji. Te oskarżenia z pewnością są przesadzone, ale równie pewnym jest, że nie wszystko było prawdą w twierdzeniu, które przytoczono na obronę takiego postępowania. Wiadomo, jakie są raporty parlamentarne: kłamstwa i przekłamania są w nich przedstawiane z najzimniejszą bezczelnością. By przedstawić prawdę, wystarczą fakty: biednych żołnierzy, którzy nie byli przyzwyczajeni do morza, wrzucono na pontony i stłoczono w śmierdzących, dużo za ciasnych pomieszczeniach. Dwukrotnie w przeciągu 24 godzin musieli podczas odpływu wdychać zaraźliwe wyziemy szlamu. Znosić te cierpienia dzień w dzień, przez 12 lat - czy nie wystarczy to, by zagotowała się krew w żyłach? Później cesarz często robił sobie wyrzuty, że nie zemścił się. Powinien był w podobne pływające więzienie wrzucić nie biednych marynarzy, lecz lordów i bogaczy! Gdyby zezwolono im na wymianę listów z ojczyzną, z ich rodzinami, ich krzyk ogłuszyłby ministrów i zmusił do ustępstw. W salonach paryskich, gdzie nieprzyjaciele Francji ciągle mieli wielu najlepszych sojuszników, okrzyczano by cesarza oczywiście tygrysem, kanibalem, ale cesarz powinien był to jednak zrobić: to był jego obowiązek wobec Francuzów, którzy powierzyli mu to stanowisko, by ich chronił i bronił.

W czasie petraktacji w sprawie jeńców w pełnej jaskrawości objawił się machiawelizm angielskiego gabinetu. Anglicy oskarżali cesarza o naruszenie praw człowieka, bo oświadczył, że wziętych do niewoli zakładników zamierza traktować jako jeńców; ministrowie oświadczyli, że nie mogą pod żadnym pozorem uznać takiej zasady. Później, zarówno z Anglii, jak i z Francji zaczęli zbiegać jeńcy. Niektórzy z zakładników, którym na słowo honoru zezwolono na swobodne poruszanie się, uciekli i zostali w Anglii radośnie powitani. Francuzi, którzy zrobili to samo, zostali przez cesarza ostro zganieni. Zaproponował on nawet, że uciekinierzy, którzy złamali swoje słowo honoru, zostali odesłani z powrotem. Odpowiedziano mu jednak, że zakładnicy nie byli jeńcami i skorzystali jedynie z przysługującego im prawa i postąpili zupełnie prawidłowo. Ludzie ci zostali ponownie przyjęci do angielskiej służby państwowej. Od tego momentu Napoleon nakłaniał również francuskich jeńców do ucieczki i zatrudniał ich ponownie. Natychmiast w angielskich gazetach, z polecenia rządu, ukazały się ogniste artykuły określające Napoleona jako człowieka bez moralności, wiary itd.

Gdy w końcu z jakiegoś powodu uznali, że należy rozpocząć pertraktacje o wymianie, być może w wierze, że mogą Napoleona wykantować, posłali komisarza. Nagle nie było żadnych wielkich trudności; padały słowa o miłości do ludzi i inne, podobnie górnolotne słowa! Ministrowie angielscy wyrazili zgodę na uznanie aresztowanych za jeńców zaliczając do nich również armię hanowerską, którą Napoleon wziął do niewoli. Dotychczas była to główna przeszkoda, bo twierdzono, że Hanowerczycy to nie Anglicy. Do tego momentu wszystko szło dobrze i wydawało się, że porozumienie jest bliskie. Ale Napoleon znał swojego przeciwnika i przejrzał jego rzeczywiste zamiary: w rękach Anglików było o wiele więcej jeńców, niż Anglików we Francji. Po ich powrocie do Anglii, nie zabrakłoby pretekstów i wymiana zaczęłaby się rwać; pozostali biedni Francuzi na wieczność pozostaliby na pontonach. Cesarz oświadczył więc, że o takiej wymianie nic nie chce wiedzieć, lecz jedynie o kompletnej wymianie. Mogłaby ona w następujący sposób zostać ułatwiona: cesarz przyznaje, że ma on we Francji dużo mniej Anglików, niż przebywających w Anglii pojmanych Francuzów. Ale ma też Hiszpanów, Portugalczyków i innych sojuszników, którzy walcząc pod angielskim sztandarem zostali wzięci do niewoli. W ten sposób cesarz zebrał liość, która znacznie przekraczała liczbę podawaną przez Anglików. Ale Napoleon mimo tego zaproponował wymianę wszystkich za wszystkich! Propozycja ta wprawiła gabinet angielski w zakłopotanie; była rozpatrywana, ale potem odrzucona. Gdy wierzono, że znaleziono jednak środek, by osiągnąć ten sam wynik, przyjęto propozycję Napoleona. Gdyby rozpoczęto wymianę Anglików za Francuzów, zakończono by tę procedurę gdy tylko Anglicy otrzymaliby wszystkich swoich jeńców; ale ich liczba wynosiła najwyżej jedną trzecią trzymanych w niewoli Francuzów. By wykluczyć wszelkie nieporozumienia, cesarz zaproponował, by każdorazowo wymieniać jedynie 3 000 ludzi; za 3 000 Francuzów chciał zwolnić 1 000 Anglików i 2 000 Hanowerczyków, Hiszpanów, Portugalczyków itd. W ten sposób, gdyby nastąpiły jakieś zakłócenia, zawsze zachowany zostałby właściwy stosunek i niemożliwe byłoby zmylenie jednej ze stron. Propozycja ta, bazująca na zdrowych podstawach, wywołała głośny sprzeciw. Rokowania zostały zerwane! Być może angielskim ministrom zależało jednak, by zobaczyć swoich ziomków, bo gdy Napoleon drogą okrężną powrócił do swojej wcześniejszej propozycji, zaczęli skłaniać się do jej przyjęcia. Ale wynik kampanii rosyjskiej napełnił ich nowymi nadziejami i zniweczył wysiłki cesarza. 
 

Cesarz miał przez długi czas zamiar skłonić europejskie mocarstwa do całkowitej zmiany obowiązujących praw dotyczących jeńców. Zamierzał  zorganizować ich w regimenty i przeznaczyć do budowy wielkich monumentów i podobnych przedsięwzięć. Mieliby otrzymywać za to żołd. W ten sposób skończyłoby się leniuchowanie i wynikającego z niego nieporządku. Otrzymywaliby dobre wyżywienie i ubiór, nie brakowałoby im niczego, a państwo nie poniosłoby żadnych kosztów, bo otrzymałoby w zamian ich pracę. W ten sposób zyskaliby wszyscy. Plany cesarza nie znalazły jednak w Radzie Stanu żadnego pozytywnego odzewu; zarzucano mu fałszywą filantropię, która zawróciła w głowie tak wielu ludziom. Uznano, że zmuszanie jeńców do pracy jest barbarzyństwem i obawiano się, że spowodują prześladowania. Uważano, że jeniec jest już wystarczająco nieszczęśliwy z powodu utraty wolności i nikt nie ma prawa dysponować jego czasem. Napoloen odpowiedział:

"- Ja skarżę się właśnie na niewykorzystany czas. Jeniec musi być przygotowany na określony przymus, który na niego nakładam i który jest dobry zarówno dla niego, jak i dla innych. Żądam od niego trochę wysiłku i pracy i skazuję go na mniejsze niebezpieczeństwo niż ma on w codziennym życiu żołnierza. Obawiacie się, że nieprzyjaciel zastosuje represje wobec Francuzów i zacznie ich podobnie traktować? Dałby Bóg, żeby to uczynił! Uznam to za największe szczęście. Chętnie widziałbym moich marynarzy i żołnierzy zatrudnionych na placach albo polach zamiast wiedzieć, że pogrzebani są żywcem w okropnych lochach! Oddaliby mi ich jako zdrowych, pilnych, zahartowanych pracą ludzi, którzy w kraju nieprzyjaciela coś pozostawili, co byłoby pewną rekompensatą za poczynione przez wojnę zniszczenia."

By sprawić wrażenie podporządkowania się cesarzowi zorganizowano kilka kompanii ochotniczych robotników. Ale nie odpowiadało to w żadnym wypadku idei cesarza. 
 

VII.

Napoleon postanowił  uczynić z okrążonego morzem Albionu teatr wojny.

Lądowanie w Anglii nie było w żadnym wypadku rzeczą niemożliwą; gdyby nastąpiło, Londyn byłby niechybnie zajęty. Gdyby Francuzi zostali panami Londynu, natychmiast uworzyłaby się silna partia przeciwników panowania angielskiej arystokracji. Gdy Hannibal przekroczył Alpy, gdy Cezar wylądował w Epirze albo w Hiszpanii - czy spoglądali oni za siebie? Londyn oddalony jest od wybrzeża tylko o kilka dni marszu i gdyby desant tylko wylądował, rozproszona do obrony wybrzeża armia angielska nie miałaby czasu, by zebrać się i bronić swojej stolicy. Nie ma wątpliwości, że taki desant nie może być przeprowadzony jednym korpusem, ale sukces byłby pewny, gdy w przeciągu kilku godzin 160 000 ludzi przetransportowano na drugą stronę i zajęto wszystkie angielskie porty. Przeprawa powinna odbyć się pod osłoną floty, która zebrałaby się koło Martyniki i stamtąd tak szybko, jak to możliwe, pożeglowała do Boulogne; gdyby zgromadzenie floty w pierwszym roku nie udało się - trudno, mogłoby to nastąpić w kolejnym lub jednym z następnych lat: 50 okrętów liniowych, które wypłynęłoby z Tulonu, Brestu, Rochefort, Lorientu i Kadyksu, zgromadziłoby się koło Martyniki, skąd pożeglowałyby one do Boulogne i osłaniałyby przeprawę oddziałów, podczas gdy flota angielska musiałaby bronić dwóch oceanów i utrzymać angielskie panowanie w Indiach.

Już wtedy Napoleon myślał o rozstrzygającej ekspedycji do Indii, ale jego plany były ciągle udaremniane. Zamierzał przetransportować tam na okrętach 16 000 żołnierzy. Każdy okręt miałby wziąć na pokład 500 ludzi, czyli potrzebne byłyby 32 okręty. Należało wziąć zapas wody na 4 miesiące, który ewentualnie mógłby zostać uzupełniony na Ile de France albo w Afryce, Brazylii albo na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego. Po przybyciu do celu, oddziały miały zostać wysadzone na brzeg, by okręty mogły natychmiast wypłynąć w morze, po uzupełnieniu ich załóg z marynarzy 7 albo 8 najstarszych, nie nadających się więcej do użytku okrętów, które musiałyby zostać poświęcone. Angielska eskadra, która być może z Europy ścigałaby francuskie okręty, po swoim przybyciu nikogo by już nie zastała. Wysadzona na ląd armia kierowana przez zdolnego i wiernego wodza dokonałaby cudów, a Europa z zaskoczeniem usłyszałaby o zdobyciu Indii, tak, jak kiedyś dowiedziała się o Egipcie. 
 

W latach 1803, 1804 i 1805 plaże pod Boulogne, Dunkierką i Ostendą zajęte były przez obozy wojskowe; w Breście, Rochefort i Tulonie przygotowywano ogromne floty; we wszystkich francuskich stoczniach budowano pontony, szalupy, kanonierki, statki duże i małe, tysiące biedaków było zatrudnionych przy naprawie portów Kanału, które przyjąć miały liczne flotylle. Również w Anglii spieszono do broni. Pitt porzucił starania nad utrzymaniem pokoju jako Lord kanclerz Skarbu, ubrał mundur i myślał już tylko o armatach, batalionach, fortach i bateriach. Czcigodny stary król Jerzy III opuścił swoje pałace i codziennie odbierał rewie; na wydmach koło Dover, w hrabstwach Kent i Sussex utworzono obozy polowe; obie armie stały, można powiedzieć twarzą w twarz, rozdzielone cieśniną morską koło Calais. 
 

Anglia nie przepuściła  żadnej okazji, by wstrząsnąć mocarstwami kontynentalnymi: ale Austria, Rosja, Prusy, Hiszpania były sojusznikami albo przyjaciółmi Francji, której słuchała cała Europa. Tak samo mało szczęścia miała Anglia ze swoimi próbami ponownego rozpalenia wojny w Wandei. Konkordat pogodził kler z Napoleonem, mieszkańcy Wandei myśleli teraz zupełnie inaczej niż wcześniej; poznali, co znaczy dobra administracja; ogromne inwestycje publiczne, które zarządził Napoleon, dały zatrudnienie wielu tysiącom biedaków; wybudowano kanał łączący rzeki Vilaine i Rance, co umożliwiło statkom przybrzeżnym przepłynięcie z wybrzeża Poitou na wybrzeże Normandii bez potrzeby żeglowania wokół Przylądka Ouessant (w 1804 roku rozpoczęto budowę śródlądowej drogi wodnej łączącej bretońskie miasta Rennes i Saint Malo. Ich budowę, przerwaną po abdykacji Napoleona w 1814 roku, ukończono dopiero w 1842 roku. Drogę tę tworzą kanały d'Ille-et-Rance oraz Nantes-Brest - przyp. tłum.). W środku departamentu Wandei powstało nowe miasto; w zachodniej Francji wybudowano 8 dużych dróg; poza tym wśród Wandejczyków rozdano w formie premii znaczne sumy, by odbudowali spalone lub w inny sposób zniszczone na rozkaz Konwentu mieszkania, kościoły i parafie.

Gabinet z Saint James dawał się często namówić przez rojalistów, którzy poddawali się złudnym iluzjom, na dziwne przedsięwzięcia. Niedawno pokazał, że ma przesadzone wyobrażenie o wpływie jakobinów; wmówił sobie, że wielu z nich jest niezadowolonych i dlatego skłonnych do sprzymierzenia się z rojalistami, a zazdrośni generałowie objęliby ich dowództwo. Gabinet wierzył, że przez pojednanie tych dwóch skrajnych, ale rozpalonych tą samą namiętnością partii, możliwe było osiągnięcie znacznych korzyści.

Od 4 lat Pierwszy Konsul zjednoczył rozdartą na różne partie Francję. Lista emigrantów była zamknięta; wszyscy ci, którzy chcieliby wrócić do ojczyzny zostali z niej wykreśleni, a Pierwszy Konsul wreszcie ogłosił amnestię (26 kwietnia 1802 roku - przyp.tłum.); wszystkie istniejące jeszcze, nie sprzedane dotychczas posiadłości zostały im zwrócone, z wyjątkiem lasów, z których, zgodnie z prawem, otrzymywali tylko dochody. Na liście emigrantów pozostało tylko niewiele osób, należących albo do najbliższego otoczenia księcia albo tacy, którzy jako zdeklarowani wrogowie rewolucji odmówili poddania się amnestii. Tysiące emigrantów powróciło i nie musieli oni spełnić żadnego innego warunku poza złożeniem przysięgi na wierność Republice. W ten sposób Pierwszy Konsul odczuł największe zadośćuczynienie, jakie człowiek może odczuć: umożliwił powrót do domu więcej niż 30 000 rodzin i przywrócił ojczyźnie potomków wielkich i słynnych rodów, którym Francja przez stulecia tak wiele zawdzięczała. Nawet ci, którzy dobrowolnie pozostali na emigracji, wielokrotnie otrzymywali paszporty na odwiedzenie swoich rodzin. Odbudwane zostały ołtarze; deportowani i wygnani dawniej księża, stali znowu na czele swoich parafii i otrzymywali swoje wynagrodzenie od Republiki. Przeróżne nowe przepisy znacznie poprawiły życie publiczne. Miały tylko w sobie niestety jedno nieuniknione zło: ośmielały wrogów rządu konsularnego, partię rojalistów i zagranicę do żywienia nadziei. 
 

VIII.

By wylądować w Anglii konieczna była najpierw armia, dlatego Napoleon postanowił  taką zorganizować, by w swojej liczbie i organizacji nie pozostawiała niczego do życzenia, rozdzielić ją na różne obozy od Texel aż do Pirenejów i tak ustawić, by mogła szybko skoncentrować się w odpowiednio wybranych punktach wybrzeża. Po zorganizowaniu pomiędzy Bredą i Nimwegen korpusu liczącego 25 000 ludzi, by pomaszerował w kierunku Hanoweru, cesarz zarządził przygotowanie 6 obozów: koło Utrechtu, Gent, Saint-Omer, Brestu, Compiegne i Bayonne. Ostatni miał odstraszyć Hiszpanię. Początkiem było utworzenie w każdym z 6 obozów parków artylerii; takie parki są mianowicie zawsze najtrudniej do zorganizowania. Następnie posłał do każdego z obozów odpowiednią liczbę brygad piechoty, by osiągnąć w nich liczbę 25 000 żołnierzy. Kawalerię wysłano później i to w ilości mniejszej niż zwykle, ponieważ w przypadku zaokrętowania można było zabrać tylko niewielką ilość koni. W takiej armii siła piechoty i artylerii oraz liczba armat musiały zastąpić niewielką ilość kawalerii. Pod tym względem francuska piechota i artyleria wypełniały wszystkie warunki. Wszyscy dragoni zostali zebrani na wybrzeżu, gdzie utworzyli 4 silne dywizje; ponieważ mogli oni walczyć konno i pieszo mieli zabrać na pokład jedynie swoje siodła i walczyć jako piechota aż do momentu, kiedy otrzymaliby konie zdobyte na nieprzyjacielu.

Ale głównym zadaniem było zebranie środków transportowych, by przewieźć armię z Calais do Dover. Pod tym względem Napoleon nie podjął jeszcze żadnej decyzji. Tylko jeden punkt został w wyniku długich obserwacji definitywnie ustalony: forma statków, które miały zostać zbudowane. Najbardziej odpowiednimi środkami były zdaniem wszystkich inżynierów marynarki statki o płaskim dnie, które, pomijając fakt, że mogły być budowane wszędzie, nawet w górnym biegu rzek francuskich, mogłyby dotrzeć aż do plaży, być wyposażone w żagle i wiosła. Statki te trzeba by następnie tylko zebrać, zabezpieczyć w odpowiednich portach, obsadzić załogami i ustalić najlepszy system manewrów, by w obliczu nieprzyjaciela poruszały się w odpowiednim porządku. W tym celu konieczne były długotrwałe i trudne eksperymenty. Dlatego Napoleon zamierzał wystarczająco długo przebywać w leżącym nad Kanałem Boulogne, poznając okolice, warunki na morzu i pogodę, by planowaną operację w każdym szczególe osobiście organizować.

By przetransportować  na drugą stronę 150 000 ludzi, obok koni, armat, amunicji i środków żywności, które potrzebuje taka armia, niezbędne są ogromne przygotowania. Już przetransportowanie przez morze 20-30 000 ludzi jest trudnym zadaniem. Udowodniła to wyprawa do Egiptu.

Ale teraz trzeba było zaokrętować 150 000 żołnierzy, 10-15 000 koni i 300-400 armat! Okręt liniowy na trwającą kilka dni podróż zabiera przeciętnie 6-7 000 ludzi, duża fregata połowę. Na zaokrętowanie takiej armii potrzebnych było więc 200 okrętów liniowych, czyli floty, która nigdzie nie istniała i najwyżej sojusz Anglii z Francją, w celu osiągnięcia tego samego celu, byłby w stanie takową wystawić. Przetransportowanie liczącej 150 000 ludzi armii do Anglii byłoby więc niemożliwym przedsięwzięciem, gdyby Anglia leżała tak daleko jak Egipt albo Morea (średniowieczna nazwa Peloponezu - przyp. tłum.). Ale wystarczyło pokonać jedynie cieśninę koło Calais, to znaczy odcinek 8-10 mil morskich.

Na taką przeprawę  nie potrzeba było żadnych dużych okrętów. Gdyby takie nawet posiadano, nie możnaby ich użyć, bo pomiędzy Ostendą i Havrem nie ma żadnego portu, który byłby w stanie je przyjąć, a również na przeciwległym brzegu nie było odpowiedniego portu. Dlatego ze względu na krótką odległość i wielkość portów myślano o budowie małych statków. Były one odpowiednie do żeglugi na tych wodach. Długoletnie obserwacje na wybrzeżu potwierdziły, jakiego rodzaju statki są potrzebne.

Na przykład w lecie panuje w Kanale często prawie całkowita flauta, która trwa wystarczająco długo, że można liczyć na utrzymanie się przez 48 godzin niezmiennej pogody. Mniej więcej tyle czasu potrzeba jednak nie na przebycie Kanału, ale na same wypłynięcie dużej flotylli z portów. Podczas gdy w czasie ciszy na morzu angielskie okręty nie mogą się poruszać, statki, które wyposażone są również w wiosła mogą nawet w obecności floty nieprzyjacielskej przepłynąć na drugą stronę. Również w zimie bywają korzystne momenty. Jeżeli o tej zimnej porze roku równocześnie wystąpi gęsta mgła i flauta, istnieje możliwość dokonania przeprawy w obecności unieruchomionej albo zmylonej mgłą floty nieprzyjaciela. Istnieje jeszcze trzecia okazja, która wystąpić może podczas zrównania dnia i nocy. Bezpośrednio po szturmach ekwinokcjalnych (ekwinokcjum - astronomiczne zrównanie się dnia z nocą - przyp. tłum.) nierzadko następuje niespodziewana flauta i trwa dostatecznie długo, by przeprawić się przez cieśninę jeszcze przed powrotem nieprzyjacielskiej eskadry, którą szturm zmusił do schronienia się na otwarte morze. Tak wyglądały warunki panujące na wybrzeżu Kanału, przedstawione jednogłośnie przez mieszkających tam ludzi.

Istniała też możliwość przekroczenia cieśniny o każdej porze roku i przy każdej pogodzie, za wyjątkiem szturmu; przez skierowanie na kilka godzin do Kanału silnej eskadry okrętów liniowych. Pod ich osłoną flotylla mogłaby przepłynąć pod żaglami na drugą stronę nie troszcząc się o nieprzyjacielskie okręty.

Poza warunkami pogodowymi nad Kanałem należało wziąć też pod uwagę ukształtowanie wybrzeża. Wszystkie porty francuskie nad cieśniną były portami płytkimi, to znaczy podczas odpływu pozbawione były one wody, której głębokość podczas przypływu nie przekraczała 8-9 stóp. Niezbędne były zatem statki, których zanurzenie po załadowaniu nie przekraczało 7-8 stóp, a które równocześnie bez problemu mogły docierać aż do plaży. Położone pomiędzy Tamizą, Dover, Folkstone i Brighton porty na wybrzeżu angielskim były bardzo małe. Gdyby nawet były większe podczas takiej operacji lądowania nie możnaby do nich zawinąć i wylądować na plaży, do czego potrzebne byłyby odpowiednie środki transportowe.

By spełnić te wszystke warunki wybudowano duże, solidne kanonierki z płaskim dnem dwojakiego rodzaju. Rodzaj pierwszy, właściwe kanonierki, były wyposażone w 4 armaty ciężkiego kalibru, od 24 do 36 funtów, 2 z przodu i 2 z tyłu, mogąc w ten sposób odpowiedzieć na ogień okrętów liniowych i fregat. Flota złożona z 500 takich kanonierek z 4 armatami była ogniowo równoważna 20 okrętom liniowym po 100 armat.  Kanonierki te miały takielunek brygów, tzn. miały 2 maszty, ich załogę tworzyło 24 marynarzy i były w stanie wziąć na pokład liczącą 100 ludzi kompanię piechoty wraz z uzbrojeniem i zapasem amunicji.

Kanonierki drugiego rodzaju, nazwane dla odróżnienia łodziami kanonierskimi, nie były tak silnie uzbrojone i były mniej zwrotne, ale miały poza piechotą wziąć na pokład artylerię polową. Kanonierki te miały na dziobie działo 24-funtowe, a na rufie ustawione na lawecie działo polowe wraz z odpowiednim urządzeniem umożliwiającym wyładowanie go w przeciągu kilku minut. Kanonierki te wyposażone były w swojej środkowej części w małą stajnię, do której wstawić można było na kilka dni 2 konie artyleryjskie wraz z zapasem paszy. Stajnia ta wyposażona była w klapę, która umożliwiała za pomocą wielokrążka w takielunku wygodne wyciągnięcie koni i przetransportowanie ich na brzeg. Pod względem uzbrojenia łodzie kanonierskie ustępowały kanonierkom pierwszego rodzaju, ale potrafiły odpalić ciężką kulę armatnią, a z ustawionego na rufie działa polowego mogły strzelać kartaczami i miały tą zaletę, że poza częścią piechoty mogły zabrać całą artylerię armii oraz po 2 konie dla każdej armaty i natychmiast po rozładowaniu ustawić je w szyku. Załogę tych łodzi tworzyło jedynie 6 marynarzy i mogły one, podobnie jak kanonierki, zabrać na pokład kompanię piechoty z jej oficerami oraz obsługę armaty.

Trzeci rodzaj transportu stanowiły duże, wąskie, długie na 60 stóp galery z ruchomym górnym pokładem, który dawał się rozłożyć i złożyć. Były wyposażone w około 60 wioseł, w razie konieczności mogły rozwinąć małe ożaglowanie i były nadzwyczaj szybkie. Na pokład mogły wziąć, oprócz 2-3 marynarzy, który nimi sterowali, 60-70 żołnierzy, którzy nauczyli się tak dobrze wiosłować jak marynarze. Galery miały na pokładzie również małe haubice oraz 4-funtowe działo i nie miały otrzymać żadnego innego ładunku oprócz broni swojej załogi i trochę środków żywności rozdzielonych jako balast.

Po licznych próbach pozostano przy tych 3 rodzajach środków transportu, które spełniały wszystkie warunki pomyślnej przeprawy oraz, ustawione w linii bojowej, tworzyły straszliwą linię ogniową. Lekkie, zwrotne i mocno uzbrojone kanonierki zajęły miejsce w pierwszym rzędzie; łodzie kanonierskie tworzyły drugą linię w lukach pomiędzy kanonierkami tak, by powstała nieprzerwana linia. Galery, które miały tylko małe haubice i były groźne głównie dzięki swojemu ogniowi karabinowemu mogły być rozdzielone przed i za linią bojową oraz na skrzydłach, skąd mogły szybko wysadzić na ląd swoje załogi albo szybko wycofać się, gdyby dostały się pod silny ostrzał.

Z tych 3 rodzajów statków miało zostać wybudowanych 1 200-1 500, które poza dużą ilością lekkich dział miały posiadać przynajmniej 3 000 dział dużego kalibru, by móc wystrzelić tyle samo kul, co najsilniejsza eskadra. Ich ogień był niebezpieczny, bo prowadzony był tuż ponad linią zanurzenia. W walce z dużymi okrętami tworzyły one dla nich trudny do trafienia cel, podczas gdy same miały ułatwione celowanie. Potrafiły się szybko przemieszczać, rozdzielać i okrążyć przeciwnika.

Statki te miały jednak też niedogodność w postaci ich kształtu. Ponieważ zamiast głęboko zanurzonego kilu posiadały płaskie dno, które tylko niewiele zanurzało się w wodzie, a równocześnie były mocno ożaglowane, nie były zbyt stabilne i musiały przed wiatrem ustawiać się lekko bokiem, a nawet, przy powiewie silniejszej bryzy, dokonać zwrotu.

Jeszcze większą  niedogodnością był fakt, że były znoszone przez prądy, co było wynikiem ociężałej budowy ich kadłuba, który większą  powierzchnią dotykał wody niż wynosiła powierzchnia żagli. Stan ten pogarszał się jeszcze bardziej, gdy statki te poruszane były jedynie wiosłami, które pokonać musiały skutki prądów.

Ten błąd, odczuwalny na każdych wodach, jeszcze bardziej dawał się we znaki w Kanale, gdzie występują dwa silne prądy. Ale Kanał pomiędzy Boulogne i Dover jest nie tylko wąski, ale i płytki, co pozwala na rzucenie kotwicy nawet w jego środku, co zdaniem admirałów umożliwiało w przypadku silnego dryfowania zatrzymanie się i odczekanie na przeciwny prąd; manewr ten mógł jednak trwać 3-4 godzin i stworzyć niepokonywalny problem.

Ponieważ każda kanonierka i każda łódź kanonierska miała na pokładzie całą kompanię piechoty, a każda galera dwie trzecie, możliwym było przy zebraniu 500 kanonierek, 400 łodzi i 300 galer, czyli w sumie 1 200 statków, zaokrętowanie 120 000 ludzi. Zakładając, że eskadra z Brestu zabrałaby 15-18 000, a z Texel 20 000 ludzi, możnaby zaatakować Anglię armią liczącą 150-160 000 ludzi; 120 000 w jednym rzucie i 30-40 000 w wydzielonych dywizjach zaokrętowanych na pokładach 2 dużych eskadr, z których pierwsza wypłynęłaby z Holandii, a druga z Bretanii.

Taka potęga musiałaby wystarczyć, by pokonać i złamać dumny naród, który ze swojej niezdobywalnej wyspy ośmielał się rościć  pretensje do władzy nad światem.

Ale na przetransportowaniu oddziałów operacja nie kończy się: potrzebują one sprzętu, środków żywności, broni i koni. Flota wojenna oprócz oddziałów mogłaby zabrać amunicję potrzebną do pierwszych potyczek, żywność na około 20 dni i artylerię polową z złożoną z armat z 2-konnym zaprzęgiem. Dla pozostaej części zaprzęgów potrzebnych było 7-8 000 koni, poza tym potrzebna była amunicja na całą kampanię, prowiant na 1-2 miesiące i duży park oblężniczy. Dla transportu samych koni potrzebnych było 6-7 000 statków.

W tym celu nie trzeba było dopiero budować nowe statki, lecz kupić znajdujące się na całym wybrzeżu od Saint-Malo do Texel o wyporności 20-60 ton, która wydawała się niezbędna. Za 12-15 000 franków powołana w tym celu komisja zakupiła takie statki pomiędzy Brestem i Amsterdamem. Zakupiono już kilkaset takich statków, reszta była łatwa do zdobycia.

Byłoby niemożliwością  wybudowanie tak niesamowitej ilości statków w jednym albo dwóch miejscach. Mimo, że były małe, nigdy nie udałoby się w jednym miejscu zebrać niezbędnych materiałów, robotników i narzędzi. Dlatego koniecznym było wykorzystanie wszystkich portów i rzek.

Po wybudowaniu statków w tak daleko oddalonych od siebie miejscach, chodziło o to, by przeprowadzić  je przez angielskie eskadry i skoncentrować w jednym punkcie pomiędzy Boulogne i Dunkierką. Następnie musiały być rozdzielone na 3 lub 4 porty, w których w miarę możliwości wiały te same wiatry i były niedaleko od siebie oddalone, by mogły równocześnie rozwinąć żagle. Nie mogły być zbyt ściśnięte, chronione przed ogniem nieprzyjaciela i zakotwiczone w pobliżu wojsk, by marynarze mogli ćwiczyć wypływanie i wpływanie, a oddziały lądowe umieszczanie na pokładzie armat oraz ładowanie i rozładowanie materiałów, koni i ludzi.

Wszystkie te problemy mógł pokonać na miejscu tylko sam Napoleon, korzystając z pomocy biegłych współpracowników.

Spośród francuskich admirałów uwagę przyciągało wówczas czterech: Decres, Latouche-Tréville, Ganteaume i Bruix. Admirał Decrčs był światłym człowiekiem, ale przy tym krytykantem, widzącym we wszystkim tylko złe strony, potrafił jednak wyśmienicie oceniać innych i dlatego był dobrym ministrem. Z tego powodu był nieprzydatny jako dowódca eskadry, a jego miejsce było na czele administracji żeglugi. Ganteaume, dzielny, rozsądny i wyszkolony oficer potrafił poprowadzić eskadrę w ogień, ale był często niezdecydowany i chwiejny, przegapiał właściwy moment i dlatego mógł być wykorzystany tylko podczas niewielkich przedsięwzięć. Latouche-Tréville i Bruix należeli do najznakomitszych ludzi morza swoich czasów i słusznie byli powołani do stawienia czoła potędze Anglii na morzu. Latouche-Tréville był człowiekiem pełnym animuszu i odwagi, energicznym, doświadczonym i mądrym, potrafiącym swoje zdecydowanie przenieść na swoich ludzi. Miał to, czego brakowało tak bardzo francuskiej marynarce: zaufanie do siebie. W końcu Bruix był wątłym, chorowitym, wyjałowionym używkami człowiekiem, ale posiadał doskonały przegląd, rzadki talent organizacyjny, doświadczenie i był jedynym człowiekiem, który dowodził już 40 okrętami liniowymi jednocześnie.

Napoleon chciał powierzyć flotyllę admirałowi Bruix, bo było jeszcze tyle do załatwienia; Ganteaume flotę Brestu, która transportować miała tylko wojsko; Latouche-Tréville flotę Tulonu, która miała przeprowadzić trudny, śmiały i rozstrzygający manewr.

Podczas organizowania floty Bruix miał kontakt z Decrčs. Obaj byli zbyt ambitni, by nie zostać konkurentami i przeciwnikami. Decrčs uznał trudności za niepokonywalne i krytykował robione próby ich pokonania. Bruix rozpoznawał je i pokonywał. Pod słabym władcą ich rywalizacja rozprężyłaby całą flotę, ale pod człowiekiem takim, jak Napoleon, byli oni przez swoje przeciwieństwo, bardzo przydatni. Bruix wnosił propozycje, Decrčs je krytykował, a Pierwszy Konsul rozstrzygał.

Otoczony tymi ludźmi Napoleon załatwiał na miejscu wszystkie nierozstrzygnięte jeszcze pytania. Jego obecność w Boulogne była konieczna, bo niezależnie od jego dobitnych i częstych rozkazów, wiele było jeszcze zaległości. W Boulogne, w Calais, w Dunkierce nie budowano, lecz naprawiano starą flotyllę oraz montowano na 2 000 nowobudowanych albo zakupionych statkach konieczne urządzenia. Brakowało robotników, drzewa, stali, konopii i armat dużego zasięgu, by trzymać z daleka Anglików, którzy nie zaniechali strzelania pociskami zapalającymi.

Obecność Napoleona wniosło ożywienie w przedsięwzięcie. Już w Paryżu wydał on zarządzenia, które zamierzał wprowadzić, podobnie jak wszędzie, dokąd przybywał, również w Boulogne. Kazał wydzielić spóśród rekrutów wszystkich rzemieślników potrafiących obrabiać drewno i stal, jak stolarzy, cieśli, stelmachów, ślusarzy u kowali i w krótkim czasie uzupełnił nimi robotników stoczni.

Port w Boulogne uważany był za najlepszy punkt wyjściowy dla ekspedycji przeciwko Anglii. W kierunku angielskiego wybrzeża wysuwa się z francuskiego brzegu skalisty przylądek Gris-Nez. Porty na wschód od niego, od Calais do Dunkierki, leżą poza cieśniną morską, są więc jako punkt wyjściowy inwazji mało przydatne; w przeciwieństwie do nich porty leżące na zachód od przylądka, a mianowicie Boulogne, Ambleteuse i Etaples położone są nad samą cieśniną. Dla przeprawy na drugą stronę były więc te ostatnie korzystniej położone, miały tylko jeden szkopuł: były mniejsze i płytsze niż Calais i Dunkierka.

Port w Boulogne, który tworzony jest przez małą zamuloną rzekę Liane, mógł być znacznie poszerzony. Napoleon natychmiast rozkazał pogłębienie basenu portowego i koryta rzeki. Obóz przeniesiony został bliżej morza, a żołnierze otrzymali rozkaz przeniesienia ogromnych mas ziemi. Ponadto wybudowane zostały stocznie, warsztaty, magazyny, koszary, piekarnie, szpitale, krótko mówiąc, wszystko, co potrzebne było dla dla pobytu i wyżywienia 120 000 żołnierzy, zdrowych i chorych oraz 2 300 statków. Gdyby urządzenia te były tylko prowizoryczne, warunki byłyby nie do zniesienia.

Dla całej ekspedycji nie wystarczał jeden jedyny port. Boulogne mogło pomieścić tylko 1 200-1 300 statków, a potrzebnych było 2 300. Trzeby było więc szukać innego miejsca i znaleziono najlepiej do tego celu pasującą położoną dalej na południe zatokę, do której uchodzi mała rzeka Canche. Niestety narażona była ona na silne wiatry, dlatego była mniej bezpiecznym portem niż Boulogne. Znajdował się tam mały port rybacki Etaples. Przygotowano go na przyjęcie 400 statków, a w pobliżu zorganizowano obóz dla 24 000 ludzi, który, przyjmując Boulogne jako centrum, stanowił lewe skrzydło armii.

Nieco na północ od Boulogne znajdowały się dwie zatoki, tworzone przez dwie małe rzeki Wimereux i Salacque. Miały one służyć jako port dla 200-300 statków.

Już wkrótce, z podobnym zapałem jak przy pracach nad flotą francuską, rozpoczęto przygotowywanie flotylli batawskiej. Zastanawiano się, czy ma ona wypłynąć w kierunku wybrzeża angielskiego z Szeldy pod osłoną kilku fregat, czy przetransportować ją do Dunkierki lub Calais, by wypłynęła z położonych na wschód od Przylądka Gris-Nez portów. Decyzję miał podjąć później admirał Bruix.

Obie floty wojenne miały wypłynąć jedna z Brestu, a druga z Texel i transportować 40 000 ludzi, których przeznaczenie było wyłączną tajemnicą  Pierwszego Konsula.

By uzupełnić ten cały system, należało jeszcze zapewnić ochronę wybrzeża przed Anglikami.

Zatrzymanie albo uniemożliwienie ich zbliżeniu nie było łatwym zadaniem, bo wybrzeże nie miało ani głębokich zatok ani wysuniętych daleko w morze cypli, umożliwiających strzelanie daleko w morze. Ale zadbano o to. Przed wybrzeże w Boulogne wysuwają się w morze 2 rafy, które, oddalone od siebie o 5 kilometrów, tworzą bezpieczną i wygodną redę. Podczas przypływu były one pod wodą, ale podczas odpływu wystawały nad jej powierzchnię. Napoleon rozkazał wybudować tam dwa półokrągłe, murowane forty, z dwoma piętrami na armaty, które swoim ogniem osłaniać mogły leżącą między rafami redę. Natychmiast rozpoczęto budowę tych umocnień. By chronić również środek redy postanowiono wybudować trzeci punkt obronny przed wejściem do portu, a ponieważ teren był tam piaszczysty, Napoleon postanowił, że ten trzeci fort budowany będzie z drewna. Liczni robotnicy rozpoczęli natychmiast w czasie odpływu wbijanie setek pali, które miały służyć jako podstawa budowli mogącej pomieścić baterię złożoną z 18 armat 24-funtowych. Podczas tych prac robotnicy narażeni byli na ogień Anglików.

Poza tym Pierwszy Konsul polecił wyposażyć wszystkie występy skalne na wybrzeżu w armaty i moździerze tak, że nie pozostał żaden możliwy do ustawienia dział punkt, na którym by nie ustawiono armat największego kalibru. Napoleon miał nadzieją zakończyć do zimy wszystkie prace przygotowawcze. 
 

Wypełniony przekonaniem, że musi sam wszystkiego dopilnować i że najpilniejsi urzędnicy w swoich raportach często są niedokładni, bo albo nie są zbyt uważni albo są zbyt wyrozumiali, mimo iż nie piszą świadomie nieprawdy, Napoleon kazał przygotować dla siebie w Boulogne stałą kwaterę.

Wieczorem wyjeżdżał  z Saint-Cloud i docierał następnego dnia w południe na miejsce, kontrolując wszystko przed udaniem się na krótki wypoczynek. Zarządził, by zmęczony pracą i często zdenerwowany kłótniami z Decres admirał Bruix mieszkał nie w Boulogne, lecz w wybudowanym dla niego na wzniesieniu w bezpośredniej bliskości plaży wodoszczelnym baraku, skąd mógł obserwować działania w porcie, na redzie i w obozie. Bruix zgodził się na to niebezpieczne dla jego nadwątlonego zdrowia mieszkanie, by zadowolić swojego niepokojącego się cesarza. Napoleon kazał dla siebie wybudować tuż obok identyczny barak, w którym spędzał całe dnie i noce. Żądał, by generałowie Davout, Ney i Soult nieprzerwanie przebywali w obozach, nadzorowali osobiście prace i manewry i codziennie składali mu o wszystkim raporty. Najwięcej pożytku Napoleon miał z generała Soulta, który wyróżniał się swoją bystrością. Po otrzymaniu od swoich generałów codziennych listów, na które natychmiast odpowiadał, wyjeżdżał, by skontrolować prawdziwość złożonych mu raportów, bo chciał wszystko widzieć na własne oczy.

Anglicy wkładali wiele wysiłku, by przeszkodzić w prowadzeniu robót nad umocnieniami w Boulogne. Ich flota, złożona zazwyczaj z około 20 okrętów, 3-4 okrętów liniowych z 74 armatami, 5-6 fregat, 10-12 brygów i korwet, a także pewnej liczby kanonierek, utrzymywała nieprzerwany ogień skierowany na francuskich robotników. Kule okrętowych armat przelatywały nad ich głowami, uderzając w port i miasto. Mimo, że ostrzał ten wyrządzał tylko niewiele szkód, to jednak był nieprzyjemny i mógł, przy skupieniu w jednym miejscu większej ilości statków, spowodować zgubny pożar, a nawet wywołać ogromne spustoszenie. Niewyczerpana pomysłowość Napoleona znalazła również na to rozwiązanie.

Polecił on przeprowadzić  na wybrzeżu próby, by sprawdzić zasięg ciężkich dział strzelających pod kątem 45 stopni, czyli strzelających mniej więcej jak moździerze. Próby powiodły się i rozpoczęto strzelanie 24-funtowymi armatami na odległość 4,25 kilometra, co zmusiło Anglików od trzymania się w odpowiedniej odległości.

Ponadto rozkazał  ostrzeliwanie okrętów ciężkimi granatami, które eksplodując w drewnianych burtach lub ożaglowaniu tworzyły niebezpieczne dziury w kadłubach lub powodowały wielkie zniszczenia w takielunku. W drzewo należy strzelać kulami wybuchającymi.

Gdy Anglicy zobaczyli, że są ostrzeliwani, nie kulami pełnymi, które wprawdzie uderzają jak błyskawica, ale nie powodują powstania dziury większej niż ich średnica, lecz pociskami zapalającymi, które miały wprawdzie mniejszą siłę, ale wybuchały jak miny w burtach statków albo nad głowami załogi, byli zaskoczeni i od tego czasu trzymali sią z daleka. Napoleon wpadł też na pomysł na ustawienie podwodnych baterii, tzn. takich, które składały się z ustawionych na morskim dnie ciężkich armat i moździerzy, które przykrywane były wodą podczas przypływu i odkrywane w czasie odpływu. Wiele wysiłku kosztowało umocnienie podłoża, na którym stały owe działa i zapobieżenie ich zapchaniu i zasypaniu piaskiem, ale udało się i gdy Anglicy w czasie odpływu, gdy rozpoczynano roboty, zbliżyli się, zostali przywitani armatnimi salwami, których linia ognia znajdowała się na równi z linią wody. Ale te baterie zastosowano jedynie podczas prac nad portowymi fortami, bo po zakończeniu tych robót stały się zbyteczne.

W miesiącach październik, listopad i grudzień ze wszystkich portów do Boulogne dotarło tysiące statków: kanonierki, łodzie kanonierskie i galery. Z tej liczby Anglicy zagarnęli tylko 3 albo 4, a morze zniszczyło tylko 10-12.

Po licznych ćwiczeniach doprowadzono do tego, że wszystkie manewry przeprowadzane były szybko i punktualnie. Codziennie, przy każdej pogodzie, za wyjątkiem sztormu, wypływało 100-150 statków, by przed obliczem nieprzyjaciela przeprowadzać na redzie manewry albo rzucić kotwicę. Ćwiczono również wszystko, co mogłoby wydarzyć się podczas lądowania na nieprzyjacielskim brzegu, wyszukując wszelkie przewidywalne utrudnienia.

Żądni przygód żołnierze, pełni wyobraźni i ambicji, wykonywali te różnorakie ćwiczenia, manewry i ciężkie prace na lądzie i wodzie z wielką przyjemnością. Dobre wyżywienie, nieustanne zajęcie, świeże powietrze, to wszystko niesamowicie ich wzmacniało i hartowało, a nadzieja dokonania cudu powiększała ich siłę moralną. W ten sposób stopniowo tworzyła się owa niezapomniana armia, która 2 lata później miała podbić kontynent. 
 

Napoleon nieustannie rozmyślał nach planem niespodziewanego manewru wypuszczenia na Kanał wielkiej floty. Wszystkie przeszkody zostałyby usunięte, jeżeli byłaby ona w stanie przynajmniej przez 3 dni stawić opór flocie angielskiej i osłonić przepłynięcie flotylli.

Napoleon miał w Breście flotę złożoną z 18 okrętów liniowych, wkrótce miało ich być tam 21, w Rochefort 5 okrętów, w Ferrol - 5, w Kadyksie 1 okręt liniowy, w końcu w Tulonie 8, a w niedalekiej przyszłości 20. Angielski admirał Cornwallis blokował Brest mając tam 15-18 okrętów liniowych, a Rochefort 4-5 okrętami; słaba angielska eskadra blokowała Ferrol. Nelson krążył ze swoją eskadrą koło wysp Hyeres, obserwując Tulon. Taki był stan sił obu stron na morzu.

Napoleon zamierzał  jedną ze swoich flot potajemnie wyprowadzić z portu i skierować  do Kanału, gdzie mogłaby przez kilka dni mieć przewagę  nad Anglikami.

By przeprowadzić  ten wielki plan, konieczny był przede wszystkim odpowiedni człowiek. Napoleon sprowadził do siebie Latouche-Tréville'a, który niedawno wrócił z San Domingo i przebywał w Paryżu. Latouche nie dysponował ani zdolnościami przewidywania ani talentem organizacyjnym Bruixa; ale cechowało go zdecydowanie przy realizacji, szybka orientacja, która uczyniłaby go, gdyby dłużej żył, równym Nelsonowi. Nie był zniechęcony, jak jego towarzysze broni i był gotów wszystkiego spróbować. Niestety zaraził się na San Domingo wirusem śmiertelnej choroby. Napoleon przedstawił mu swój plan, przekonał do jego wykonalności, zobrazował mu jego niesamowite efekty, czym udało mu się rozpalić w nim ogień. Latouche-Tréville był zachwycony, opuścił Paryż zanim jeszcze ozdrowiał i pospieszył do Tulonu, by objąć dowództwo swojej eskadry. Wszystko było tak obliczone, by w lipcu, najpóźniej w sierpniu był on gotowy!

Admirał Ganteaume, który dowodził w Tulonie przed Latouche-Tréville, został  przeniesiony do Brestu. Cesarz liczył na jego oddanie i darzył  go dużą przychylnością; mimo, że uważał, że nie jest wystarczająco śmiały, by przeprowadzić tak ważny manewr, był zdania, że zdolnościami dorównuje admirałowi Bruix, śmiałością admirałowi Latouche, a wszystkich przewyższał doświadczeniem i odwagą. Dlatego powierzył mu eskadrę Brestu, która przypuszczalnie przeznaczona była do przetransportowania oddziałów do Irlandii i polecił mu uzupełnić tak jej wyposażenie, by była w stanie współdziałać z eskadrą Tulonu. 
 



By wzmocnić jeszcze bardziej morale armii Napoleon postanowił wydać wielki festyn. W rocznicę wydarzeń 14 lipca w kościele Inwalidów dokonał pierwszej dekoracji orderem Legii Honorowej. Podczas uroczystości na brzegu oceanu, przed obliczem wroga, zamierzał teraz rozdać krzyże armii w miejsce zniesionych wyróżnień bronią honorową.

Napoleon polecił  wybrać położone nad morzem miejsce na wschód od Boulogne, które miało kształt amfiteatru i było jak stworzone dla tak doniosłej uroczystości. Było tam miejsce dla całej armii. W środku tego amfiteatru ustawiono tron dla cesarza z oparciem od strony morza. Po lewej i prawej stronie zbudowano stopnie dla wybitnych osobistości, ministrów i marszałków. Na przedłużeniu tych stopni rozwinąć miały się szeregi gwardii cesarskiej, a na wznoszącym się stopniowo terenie tego amfiteatru, jak dawniej lud rzymski, stanąć miały w zwartych kolumnach poszczególne korpusy armii, mając cesarski tron w swoim środku. Na czele każdej kolumny miała stać piechota, za nią kawaleria.

16 sierpnia, dzień  po dniu św. Napoleona ze wszystkich okolicznych prowincji podążyły niezliczone tłumy na miejsce uroczystości. 100 000 ludzi, prawie sami weterani armii rewolucyjnych, przybyło by odebrać od Napoleona nagrodę za swoje czyny. Żołnierze i oficerowie, którzy mieli otrzymać krzyże, wystąpili z szeregów aż do stóp cesarskiego tronu. Napoleon stojąc przeczytał im piękną formułę przysięgi Legii Honorowej, na co wszyscy, przy wtórze trąbek i grzmocie armat odpowiedzieli: przysięgamy! Następnie podchodzili, jeden po drugim, do tronu, co trwało kilka godzin, by otrzymać krzyż legionu, który zastąpić miał szlacheckie urodzenie. Wraz z synami chłopów, by odebrać oznaczenie, na stopnie tronu wstępowali członkowie starej szlachty i wszyscy przyrzekali chęć do przelania swojej krwi na plażach Anglii, by zapewnić swojej ojczyźnie niepodzielne panowanie nad światem.

To wspaniałe widowisko poruszyło wszystkie serca, któremu nieprzewidziane wydarzenie nadało jeszcze głębszej powagi. W trakcie trwania uroczystości do Boulogne wpłynęła przy silnym wietrze i żywej wymianie ognia z Anglikami flotylla przybyła z Le Havre. Napoleon opuszczał od czasu do czasu tron, by przez swoją lunetę na własne oczy obserwować, jak jego marynarze stawiają czoła nieprzyjacielowi. 
 

Dzielny i nieszczęśliwy Latouche-Tréville, wycieńczony źle wyleczoną chorobą  i gorliwością, której nie potrafić pohamować, zmarł 20 sierpnia 1804 roku w porcie w Tulonie, gdy przygotowywał się do wypłynięcia w morze. Napoleon dowiedział się o tym smutnym wydarzeniu w ostatnich dniach sierpnia w Boulogne, gdy był właśnie gotów do zaokrętowania. Ponieważ flota Tulonu straciła swojego dowódcę, cesarz był zmuszony przesunąć ekspedycję do Anglii; wybranie i nominowanie nowego admirała, wysłanie go i danie mu czasu na zapoznanie się z jego eskadrą, do tego wszystkiego potrzeba było więcej niż miesiąc czasu. Był już koniec sierpnia; przesunięcie lądowania na listopad oznaczało prowadzenie kampanii w zimie i konieczność znalezienia nowych rozwiązań.

Napoleon natychmiast zaczął się rozglądać za następcą Latouche-Tréville'a. "Nie należy - pisał 28 sierpnia 1804 roku do ministra Decrčs - tracić ani chwili z wysłaniem jednego z admirałów, który objąłby dowództwo eskadry Tulonu. Nie może być gorzej, niż jest obecnie; Dumanoir nie jest w stanie utrzymać dyscypliny tak dużej eskadry i dowodzić jej manewrami. Moim zdaniem na stanowisko dowódcy floty Tulonu wchodzą w grę tylko 3 osoby: Bruix, Villeneuve albo Rosily. Może Pan wypytać Bruix. Wierzę w dobre chęci admirała Rosily; ale od 15 lat nie piastował on żadnego stanowiska ... koniecznym jest szybkie podjęcie decyzji."

Decrčs wezwał  więc admirałów Villeneuve i Missiessy do siebie, by powierzyć im dowództwo. Uważał, że Bruix jest w Boulogne nie do zastąpienia, a Rosily morze stało się obce, w Villeneuve widział więc najdogodniejszego człowieka do objęcia eskadry Tulonu, a Messiessy jako jego następcę na stanowisku dowódcy eskadry Rochefort. Admirał Villeneuve był mądrym człowiekiem, był dzielny i posiadał praktyczne wiadomości, ale brak mu było siły charakteru. Przy jego wielkiej pobudliwości był skłonny do wyolbrzymiania trudności sytuacji.

Admirał Missiessy był mniej uzdolniony, ale chłodniejszy i tak samo bardziej pesymistą niż optymistą.

Decrčs skłonił  Missiessy do objęcia dowództwa eskadry Rochefort, a Villeneuve eskadry Tulonu. Z tym ostatnim łączyła go przyjaźń, która miała swoje początki w latach młodzieńczych, dlatego podzielił się z nim tajemnicami cesarza i celem misji, która powierzona miała być eskadrze Tulonu. Chciał pobudzić jego wyobraźnię i energię, przedstawiając mu wielkie zadanie, które należało rozwiązać i związaną z nią chwałę. Próba godna pożałowania! Chwilowe poruszenie Villeneuve'a ustąpiło miejsca niszczącej małoduszności, która doprowadziła do najkrwawszej klęski w historii żeglugi!

Minister pospiesznie poinformował cesarza o efektach swoich rozmów z Villeneuve i wrażeniu, jakie zrobiła na nim perspektywa niebezpieczeństwa i zdobycia sławy.

Napoleon nie dowierzał  zbytnio następcy admirała Latouche. Pogrążony ciągle w myślach o przedsięwzięciu, w obliczu nowych okoliczności, zmienił i rozwinął ponownie swój plan.

Zima przywróciła flocie w Breście jej swobodę, czyniąc blokadę niemożliwą. Napoleon przesunął ekspedycję aż do 18 brumaire'a (9 listopada), do planowanego dnia koronacji i postanowił wysłać w tej surowej porze roku Ganteaume na czele 15-18 000 ludzi do Irlandii. Po wysadzeniu ludzi na ląd, miał on wpłynąć do Kanału, by osłonić przepływającą flotyllę. Admirałowie Missiessy i Villeneuve otrzymali w tym zmienionym planie zupełnie inne zadania od tych, które początkowo przewidywane były dla eskadr Tulonu i Rochefort.

Villeneuve miał skierować się z Tulonu w kierunku Ameryki, by zająć ponownie Surinam i kolonie holenderskie w Gujanie. W drodze jeden z dywizjonów jego eskadry zająć miała wyspę Świętej Heleny.

Missiessy otrzymał  rozkaz skierowania się na czele 3-4 000 ludzi w kierunku Antyli Francuskich, a następnie zająć Antyle Angielskie, które mógł zaskoczyć prawie całkowicie bezbronne.

Obu admirałom, którzy mieli potem w trakcie ich powrotu do Europy połączyć się, postawiono na koniec zadanie oswobodzenia blokowanej w Ferrol eskadry i wraz z nią, liczącą 20 okrętów liniowych, wpłynięcia do Rochefort. Mieli wypłynąć przed Ganteaume, by skłonić Anglików, na wieść o ich wypłynięciu, do podążenia za nimi. Napoleon życzył sobie, by Villeneuve wypłynął z Tulonu 12 października, Missiessy z Rochefort 1 lisotpada, a Ganteaume z Brestu 22 grudnia 1804 roku. Zakładał, że 20 okrętów Villeneuve'a i Missiessy odciągną z wód europejskich przynajmniej 30 okrętów angielskich, bo zaatakowani na wszystkie strony Anglicy nie będą sobie mogli pozwolić na niepospieszenie z pomocą. W ten sposób admirał Ganteaume zdobyłby przypuszczalnie wystarczającą swobodę, by wykonać powierzone mu zadanie, po wyprawie do Irlandii, zjawienia się w Boulogne, gdzie mógłby dotrzeć żeglując albo wokół Szkocji albo prosto z Irlandii.

Po ustaleniu wszystkiego, Napoleon opuścił Boulogne, gdzie przebywał przez półtora miesiąca. Przed odjazdem miał jeszcze okazję uczestniczyć w potyczce flotylli z angielskim dywizjonem. 26 sierpnia o godzinie 2 po południu przeprowadzał on swoją łodzią inspekcję na redzie, kontrolując skrajną linię, która jak zwykle składała się z 150-200 szalup i łodzi żaglowych. Leżąca przed nią angielska eskadra składała się z 2 okrętów liniowych, 2 fregat, 7 korwet, 6 brygów, 2 szonerów i jednego kutra, w sumie 20 statków. Jedna z korwet odłączyła się od nieprzyjacielskiego dywizjonu i pożeglowała w kierunku skrajnego punktu francuskiej linii obronnej, by obserwować sytuację. Admirał francuski dał natychmiast 1.dywizjonowi szalup kanonierskich kapitana Leroy rozkaz podniesienia kotwic i popłynięcia w kierunku korwety. Tak też się stało i korweta została zmuszona do wycofania się. Gdy Anglicy to spostrzegli, posłali jedną fregatę, kilka korwet, brygów i jeden kuter by z kolei zmusić oddział francuski do wycofania się i odciąć od portu. Cesarz, który znajdował się w swojej łodzi w towarzystwie admirała Bruix, ministrów wojny i żeglugi oraz kilku marszałków, kazał skierować łódź w środek biorących udział w potyczce szalup i trzymać kurs prosto na zbliżającą się pod pełnymi żaglami fregatę. Wiedział, że żołnierze i marynarze, którzy podziwiali jego odwagą na lądzie będą stawiali sobie pytanie, czy będzie on równie śmiały na morzu. Chciał ich o tym przekonać i przyzwyczaić ich do odważnego stawiania czoła wielkim okrętom nieprzyjaciela. Kazał swoją łódź, znajdującą się daleko przed linią francuską, skierować tak blisko, jak to było możliwe, do fregaty. Ta widziała najwyraźniej powiewający na łodzi cesarski sztandar i wstrzymała ogień, by dopuścić ją bliżej i zniszczyć. Minister żeglugi drżał o życie cesarza i chciał rzucić się do steru, by zmienić kurs, ale Napoleon gestem wstrzymał go i łódź płynęła dalej w kierunku fregaty. Napoleon obserwował ją przez lunetę, gdy nagle oddana z fregaty salwa obsypała łódź deszczem pocisków. Nikt nie został ranny, tylko niektórzy zostali opryskani wodą morską. Wszystkie francuskie jednostki z pełną prędkością skierowały się w kierunku cesarskiej łodzi, by ją osłonić i podjąć wymianę ognia. Angielski dywizjon zaatakowany została kulami i kartaczami, co zmusiło go do rozpoczęcia odwrotu. Ścigano go, ale dywizjon, manewrując w kierunku lądu, ponownie powrócił. W międzyczasie kotwice podniosły kanonierki kapitana Pevrieu i ruszyły przeciwko wrogowi. Już wkrótce mocno uszkodzona fregata, która ledwie jeszcze słuchała steru, musiała wycofać się ponownie; jej śladem podążyły korwety, niektóre z nich mocno uszkodzone, a kuter był tak postrzelany, że zatonął. Napoleon tak pisał o tej morskiej potyczce do marszałka Soult: 
 

"Akwizgran, 6 września 1804

Ta drobna potyczka, w której wziąłem udział krótko przed moim odjazdem z Boulogne, wywarła w Anglii wielkie wrażenie i wywołała alarm. Przeczyta Pan na ten temat w gazetach najdziwniejsze szczegóły. Haubice na pokładach szalup kanonierskich dobrze wypełniły swoje zadanie. Wiadmości, które do mnie dotarły, mówią, że nieprzyjaciel ma 12-15 zabitych i 60 rannych. Fregata jest mocno uszkodzona." 
 

W pierwszych dniach maja (1805 roku - przyp. tłum.) Napoleon opracował nowy plan i natychmiast zostały wydane rozkazy. Tak jak wcześniejszy przewidywał wywabienie Anglików w kierunku Surinamu, ten nowy plan miał na celu wyciągnięcie ich do Indii Zachodnich i na Antyle, gdzie uwagę ich skupić miała na sobie eskadra admirała Missiessy, która wypłynęła już 11 stycznia i następnie, wzmocniona i znacznie przewyższająca siły każdej eskadry angielskiej, wrócić miała natychmiast na morza europejskie. Był to jednak częściowo plan z ubiegłego grudnia, rozszerzony i uzupełniony o siły hiszpańskie. Admirał Villeneuve miał wypłynąć przy pierwszym sprzyjającym wietrze, pożeglować przez Cieśninę Gibraltarską, zawinąć do Kadyksu, połączyć się z admirałem Gravina z jego 6-7 hiszpańskimi okrętami oraz francuskim okrętem liniowym "Aigle" i popłynąć na Martynikę, tam połączyć się z Missiessy, jeżeli tam jeszcze będzie i czekać na większe niż wszystkie inne wzmocnienie, a mianowicie eskadrę Ganteaume. Ten miał w dniu zrównania dnia z nocą wykorzystać pierwszy powiew wiatru, który oddali Anglików, wypłynąć na czele 21 okrętów liniowych z Brestu, przejąć koło Ferrol dywizjon francuski oraz gotowe do żeglugi okręty hiszpańskie i pożeglować na Martynikę, gdzie czekać miał na niego Villeneuve. Po tym ogólnym zjednoczeniu, które nie stanowiło wielkiej trudności, powinno koło Martyniki przebywać 12 okrętów liniowych Villeneuve'a, 6 albo 7 Graviny, 5 Messiessy, 21 pod Ganteaume oraz francusko-hiszpańska eskadra z Ferrol, czyli około 50-60 okrętów liniowych, niesamowita potęga, jakiej jeszcze nigdy na żadnym morzu nie widziano. Plan ten był tak kompletny, tak dobrze wyliczony, że Napoleon słusznie miał wielkie nadzieje. Nawet minister Decrčs przyznawał, że szansa na sukces jest bardzo duża.

Wypłynięcie z Tulonu była przy północno-zachodnim wietrze zawsze możliwa, co udowodniło ostatnie wypłynięcie Villeneuve'a. Połączenie z Graviną w Kadyksie było łatwe, jeżeli zmyli się Nelsona; Anglicy nie uważali bowiem za konieczne zablokowanie portu. Było prawie pewnym, że złożona z 17-18 okrętów eskadra z Tulonu dotrze do Martyniki. Missiessy dotarł tam niedawno, nie napotykając po drodze innym statków niż handlowe, które przejął. Najtrudniejszym punktem planu było wypłynięcie z Brestu. Tylko w marcu, na zrównanie dnia z nocą, można było liczyć na korzystne wiatry. Po dotarciu do Ferrol, blokowany jedynie przez 5 lub 6 okręty angielskie, którym Ganteaume, mający 21 okrętów, nie oddając nawet jednego strzału wybije z głowy myśli o podjęciu walki, przyłączy do swojej eskadry dowodzone przez admirała Gourdon okręty francuskie i gotowe do żeglugi okręty hiszpańskie i pożegluje na Martynikę. Anglicy nie domyślą się, że celem planu jest zgromadzenie 50-60 okrętów w punkcie, jakim jest Martynika, prędzej należało przyjąć, że pomyślą o Indiach. Powrót do Kanału był w każdym razie pewny, bo gdy Ganteaume, Gourdon, Villeneuve, Gravina, Missiessy połączą się, napotkana przez nich eskadra angielska, licząca najwyżej 12-15 okrętów, nie odważy się podjąć z nimi walki. W tym momencie pomiędzy wybrzeżami Francji i Anglii zgromadzi się cała potęga Francji, podczas gdy floty angielskie będą żeglowały do Orientu, Ameryki i Indii Wschodnich. Przyszłość udowodni wkrótce, że ten wielki plan, nawet przy przeciętnym wykonaniu, był możliwy do wykonania.

Nakazana była największa troska, by plan ten zachować w tajemnicy. Hiszpanom, którzy zobowiązali się dobrowolnie podporządkować rozkazom Napoleona, planu tego nie przekazano. Z admirałów wiedzieli o nim jedynie Villeneuve i Ganteaume, ale poinformowani zostali dopiero na morzu, gdy nie mieli już kontaktu z lądem. Wtedy to z depesz, które mieli otworzyć dopiero po osiągnięciu określonej szerokości geograficznej, mieli się dowiedzieć, jaką drogą powinni obrać. Żaden z kapitanów nie był wtajemniczony w cel operacji; na wypadek rozdzielenia się znali jedynie miejsce spotkania. Oprócz Decrčs planu nie znał też żaden minister. Jednoznacznie rozkazano mu utrzymywanie korespondencji wyłącznie z Napoleonem, a swoje depesze pisać własnoręcznie. We wszystkich portach rozpowszechniano plotki o wyprawie do Indii. Czyniono pozorne przygotowania do zaokrętowania dużej ilości wojska. W rzeczywistości jednak eskadra Tulonu miała zabrać na pokład zaledwie 3 000 ludzi, a Brestu 6 000 albo 7 000. Admirałowie mieli rozkaz wyokrętowania połowy sił na Antylach, by wzmocnić tamtejsze garnizony i przywieźć do Europy 4- 5 000 najlepszych żołnierzy, by wzięli udział w ekspedycji.

W ten sposób floty nie były przeładowane i nie miały ograniczonej zdolności manewrowania. Miały zapasy prowiantu na 6 miesięcy, by móc zostać długo na morzu bez potrzeby zawijania do portów. Do Ferrol i Kadyksu wysłano kurierów, którzy przekazali rozkazy niezwłocznego przygotowania się i gotowości do wypłynięcia w morze, bo w każdej chwili zniesione mogły zostać blokady portów przez sprzymierzoną flotę; ale nie powiedziano jednak ani, o jaką flotą chodzi ani jak to zrobi.

Do wszystkich tych środków ostrożności, mających na celu skierowanie Anglików na fałszywy trop, doszedł jeszcze inny, które nie mniej nadawał się  do zmylenia nieprzyjaciela: podróż Napoleona do Włoch. Zakładał  on, że floty, które wypłyną pod koniec marca, będą potrzebowały całego kwietnia, by dotrzeć do Martyniki i całego maja, by połączyć się oraz czerwca, by powrócić, co oznaczało, że dotrą do Kanału w pierwszych dniach lipca. W tym czasie przebywał on we Włoszech, inspicjował oddziały, wydawał przyjęcia, kryjąc swoje plany pod pozorem bezczynnego, pełnego przepychu życia, by odjechać w odpowiednim momencie specjalną pocztą, przebyć w 5 dni drogę z Mediolanu do Boulogne i gdy wszyscy jeszcze byliby przekonani, że przebywa nadal we Włoszech, przeprowadzić uderzenie przeciwko Anglii, którym już od dawna groził. Czekał na to uderzenie od 2 lat i powoli przestawano w nie wierzyć. Europa widziała w tym tylko bleff, by niepokoić naród angielski i wyczerpać niepotrzebnymi wysiłkami. Ale gdy oddawano się tym przypuszczeniom Napoleon nieustannie wzmacniał Armię Oceanu, powiększając bataliony polowe oddziałami zakładowymi, wypełniając w nich luki rekrutacją kolejnych roczników. W ten sposób armia w Boulogne została niepostrzeżenie wzmocniona o około 30 000 ludzi. Cesarz trzymał tę armię ciągle w takim ruchu i takiej gotowości, że trudno było rozpoznać, czy jej stan powiększa się czy pomniejsza. Pogląd, że jest to tylko demonstracja, by zaniepokoić Anglików, umacniał się z każdym dniem.

Napoleon w międzyczasie nieustannie zajmował się przygotowaniami do lądowania w lecie 1805 roku. Agenci konsulatów i oficerowie żeglugi, którzy przebywali w hiszpańskich i francuskich portach Kartagenie, Kadyksie, Ferrol, Bajonnie, u ujścia Żyrondy, w Rochefort, u ujścia Loary, w Lorient, Breście, Cherbourgu, mieli do dyspozycji kurierów i meldowali najmniejsze nowości, którzy miały miejsce na morzu, a również we Włoszech. Raporty, które natychmiast przesyłane były Napoleonowi pisali również liczni agenci, którzy utrzymywani byli w angielskich portach. Marbois, który dużo wiedział o angielskich stosunkach, otrzymał specjalne zadanie czytania wszystkich ukazujących się gazet i tłumaczenia wszystkich informacji dotyczących operacji na morzu, nawet tych najmniej istotnych. Z tych gazet Napoleon był znakomicie poinformowany i mógł właściwie rozszyfrować wszystkie zamiary angielskiej Admiralicji. Mimo, że zazwyczaj podawała fałszywe dane, dzięki bystrości swojego umysłu był w stanie wyczytać z nich prawdę. Jedno było dziwne. Mimo, że gazety te przypisywały Napoleonowi najdziwaczniejsze i często bardzo naiwne plany, to jednak wiele z nich, nie mając o tym pojęcia, odkryło jego prawdziwe zamiary pisząc, że wysłała swoje floty w daleką podróż, by je niespodziewanie połączyć w Kanale. Ale Admiralicja nie przywiązywała tym informacjom żadnego znaczenia, a przynajmniej z jej zaleceń można było przyjąć, że im nie wierzy.

Napoleon miał wszelkie powody być zadowolonym z przebiegu swoich operacji, z wyjątkiem jednej okoliczności, która była dla niego wysoce nieprzyjemna i doprowadziła do ostatniej zmiany jego wielkiego planu. Admirał Missiessy pożeglował w styczniu na Antyle. Nie znano jeszcze szczegółów jego ekspedycji, wiedziano jednak, że Anglicy bardzo obawiali się o swoje kolonie i posłali posiłki w kierunku amerykańskiego wybrzeża, co mogło skomplikować plany cesarza. Admirał Villeneuve 30 stycznia wypłynął z Tulonu i dotarł do Kadyksu, gdzie połączył się z 6-cioma okrętami liniowymi i kilkoma fregatami admirała Graviny i po przyłączeniu do swojej floty francuskiego okrętu liniowego "Aigle" kontynuował swoją podróż na Martynikę.

Nie otrzymano od niego żadnych wiadomości, wiedziano jednak, że niemożliwym było, by Nelson dopadł go przed Tulonem albo w Cieśninie Gibraltarskiej. Hiszpańscy oficerowie marynarki czynili wszystko, co tylko było możliwe przy całkowitym rozkładzie ich floty. Admirał Salcedo zgromadził 7 okrętów liniowych w Kartagenie, admirał Gravina 6 w Kadyksie, admirał Grandella 8 w Ferrol. Ale z powodu chorób i złego stanu hiszpańskiego handlu brakowało marynarzy, dlatego przyjęto do załóg rybaków i robotników portowych. Poza tym brakowało zboża, bo z powodu epidemii i pustych kas możliwości Hiszpanii były tak ograniczone, że nie można było wyposażyć eskadry w niezbędny 6-miesięczny zapas sucharów. Admirał Gravina, gdy połączył się z eskadrą Villeneuve'a, miał zapasy na 3 miesiące, admirał Grandella w Ferrol tylko na 14 dni. Na szczęście do Madrytu dotarł bankier Ouvrard, który zdobył zaufanie dworu, zawarł kontrakt, o którym mowa będzie później, i różnymi podjętymi środkami zakończył problemy zaopatrzeniowe. Równocześnie udało mu się zaopatrzyć flotę hiszpańską w zapasy sucharów. Sprawy w portach półwyspu poprawiły się zatem na tyle, na ile pozwalał na to tragiczny stan hiszpańskiej administracji.

Podczas gdy admirał  Missiessy szerzył postrach w angielskich Antylach, podczas gdy admirałowie Villeneuve i Gravina, bez żadnego wypadku żeglowali na Martynikę, nie mógł Ganteaume, który miał się z nimi połączyć, znaleźć ani jednego dnia, w którym możliwe byłoby wypłynięcie z portu w Breście. Ja długo sięgała pamięć ludzka nie zdarzyło się, by nie było sztormów w okresie zrównania dnia z nocą. Ale upłynęły marzec, kwiecień i maj, a flota angielska ani razu nie została zmuszona oddalić się od Brestu.

Admirał Ganteaume, który znał cel przedsięwzięcia w którym miał wziąć udział, czekał na moment wypłynięcia z taką niecierpliwością,  że w końcu rozchorował się ze zmartwienia. Było  ładnie i coraz cieplej. Od czasu do czasu poryw wiatru z zachodu, któremu towarzyszyły burzowe chmury zapowiadał niepogodę, ale potem niebo niespodziewanie rozjaśniało się. Nie było innego sposobu, jak podjęcie nierównej walki z eskadrą, która wprawdzie liczebnie równa była flocie francuskiej, ale przywyższała ją jakością. Anglicy, których niepokoiła obecność flot w Breście i Ferrol oraz wypłynięcie eskadr z Tulonu i Kadyksu, powiększyli eskadrą blokującą. Przed Brestem mieli 20 okrętów liniowych dowodzonych przez admirała Cornwallisa, a przed Ferrol 7 albo 8 pod admirałem Calder.

W tej sytuacji admirał  Ganteaume żeglował od redy wewnętrznej na zewnętrzną, mając od 2 miesięcy na pokładach kompletne załogi, żołnierzy i marynarzy. Z rozpaczy zapytał, czy, aby wydostać się na otwarte morze, wolno mu wydać bitwę, czego mu wyraźnie zabroniono.

Napoleon, który rozumiał,  że skazanie Villeneuve'a, Graviny i Messiessy na dalsze czekanie na Martynice jest niebezpieczne, bo mogą zostać zaatakowani przez angielskie eskadry, jeszcze raz zmienił tę część  swojego planu. Postanowił, że jeżeli Ganteaume nie będzie do 20 maja mógł wypłynąć, ma czekać w Breście aż do zniesienia blokady. Villeneuve otrzymał rozkaz powrotu wraz z Graviną do Europy i przejęcia zadania, które początkowo wykonać miał Ganteaume, tzn. znieść blokadą Ferrol, następnie, w miarę możliwości, skierować się do Rochefort, by połączyć się z Messiessy, który do tego czasu prawdopodobnie powróciłby z Antyli i w końcu pokazać się pod Brestem, by zwolnić drogę dla Ganteaume, dzięki czemu cała flota liczyłaby 50 okrętów liniowych. Na czele tej eskadry, największej, jaka kiedykolwiek pojawiła się na oceanie, miał wpłynąć do Kanału.

<<< Wstecz    Dalej >>>





Copyright © 2001 - 2011  NapoleonTeam
Wszelkie Prawa Zastrzeżone