| ||||
| Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni | ||||
|
Las Cases "Mémorial de Saint Hélène" Tłumaczenie: Kamp |
||
01-04.11.1815
Nasze dni na wyspie, podobnie jak już w czasie podróży upływały według utartego schematu. Towarzyszyłem Cesarzowi przy śniadaniu, trwającym od godziny dziesiątej do jedenastej, następnie czytałem mu podyktowany wczoraj tekst, po czym Cesarz kontynuował swoich wspomnienia. Napoleon zaprzestał ubierania się o poranku, nie wychodził też przed śniadaniem na spacer, w przeciwnym razie nie wiedziałby, co począć z resztą dnia. Ubierał się więc dopiero około czwartej, po czym, zmuszony opuścić swój pokój na czas sprzątania, wychodził na spacer do ogrodu. Kochał te chwile samotności. Kazałem w ogrodzie sporządzić małą altanę, wyposażyć ją w stół i krzesła, gdzie Cesarz dyktował jednemu z nas kolejne rozdziały. Naprzeciw domu właściciela, poniżej naszego, przebiegała mała aleja otoczona grupą drzew. Tutaj zaciągali swój posterunek pilnujący nas angielscy żołnierze. Z czasem jednak, na żądanie właściciela, którego obecność żołnierzy wyraźnie krępowała, posterunek ten został zniesiony. W ten sposób Cesarz mógł rozszerzyć zasięg swoich spacerów, co sprawiło mu wyraźną przyjemność. Niemalże codziennie, po zakończonej pracy spacerował wśród drzew, często w towarzystwie naszej gospodyni i jej córek. Niejednokrotnie, o ile pogoda na to pozwalała, kontynuował jeszcze wieczorem, przerwany na kolację spacer. Do domu gospodarza wchodził tylko mając pewność, że nikt obcy tam nie przebywa. Sprawdzenie tego należało do moich obowiązków. 06.11.1815 Cesarz chorował, ale mimo tego nie przerwał swojej pracy. Z przebiegu wielu rozmów, które prowadziliśmy, zanotowałem sobie jego uwagi dotyczące siły bojowej starożytnych armii. Dane o ich sile bojowej, podawane przez różne źródła uważał za niedokładne i przesadzone. I tak na przykład nie wierzył w istnienie kartagińskich oddziałów na Sycylii. Tak duże siły użyte do działań na stosunkowo niewielkim obszarze byłyby wręcz przeszkodą w sprawnym przeprowadzeniu operacji. Jeżeli Kartagina była rzeczywiście w stanie wystawić tak wielką ilość żołnierzy, wzmocniliby oni z pewnością liczącą około 40 do 50 tysięcy armię Hannibala, którego zakres i znaczenie działań było nieporównanie większe. Podobne zdanie miał o siłach Dariusza i Kserksesa, które, gdyby prawdziwe byłyby liczby podawane w przekazach historycznych, musiałyby zająć całą Grecji i podzielić się bez wątpienia w mniejsze oddziały. Cesarz miał wiele wątpliwości dotyczących tego chlubnego okresu w historii starożytnej Grecji i uważał przebieg tej wojny za nierozstrzygnięty, mimo, że obie strony uważały się za zwycięzcę. Kserkses, który po zdobyciu i zniszczeniu Aten wrócił w tryumfalnym pochodzie do Persji, Grecy natomiast świętowali pozytywny przebieg bitwy pod Salamis. Nie należy przy tym jednakże zapominać, że wszystkie szczegóły greckich sukcesów i niezliczonych klęsk ich przeciwników przekazane zostały potomności wyłącznie przez Greków, nie zachowały się natomiast żadne perskie świadectwa o przebiegu tej wojny. Przekazy z czasów starożytnego Rzymu uważał Cesarz za bardziej wiarygodne, nie dawał wprawdzie wiary wszystkim szczegółom, ale rzymskie sukcesy militarne uważał za udowodnione. Nie wątpił też w niezliczone hordy Dżyngis-Chana lub Tamerlana, do których przecież przyłączały się kolejne plemiona koczownicze. Nie jest wykluczone, mówił Cesarz, że nowa inwazja dzikich hord któregoś dnia może ponownie zalać i zniszczyć Europę. O Hunach też przecież nie wiadomo, skąd i kiedy przybyli. Tego typu najazd może się powtórzyć. W dogodnej sytuacji do wywołania podobnej katastrofy znajduje się Rosja. Jest ona przecież w stanie powołać niezliczone siły, pobudzić wyobraźnię żyjących w Rosji narodów, podbudowanych opowiadaniami o odniesionych niedawno sukcesach, które skłonne byłyby do nowego podboju Europy. W trakcie naszej rozmowy poruszyliśmy też temat zdobywców i podbojów. Zdaniem Cesarza niezbędne są u zdobywcy skłonności do brutalności i okrucieństwa. Gdyby on sam te cechy posiadał, musiałby, dysponując żołnierzami o podobnych cechach zawładnąć całym światem. Pod tym względem w o wiele lepszej sytuacji jest Rosja, gdzie nad barbarzyńskim narodem panuje cywilizowany rząd, gdzie inteligentni wydają wprawdzie rozkazy, ale niewiedza i ciemnota jest ich wykonawcą. 07.11.1815 Tego dnia, późnym już wieczorem spacerowaliśmy obaj po alei, która w międzyczasie stała się ulubionym miejscem Cesarza. Opowiedziałem Cesarzowi, że jednego z nas pytano ostatnio, powołując się na jego honor i sumienie, o cesarskie zamiary. Pytającym była osoba, mogąca mieć poprzez swoje poglądy i raporty duży wpływ na nasz los. Czy prawdą jest, że w przypadku powrotu do Europy Cesarz rzeczywiście, jak to niedawno oświadczył, zrezygnowałby z planów utworzenia Cesarstwa Zachodu i czy pozostawiłby panowanie na morzach w rękach Anglii? Czy zrezygnowałby z kolonii, i zaakceptował monopol Anglii na handel towarami kolonialnymi? Jak stanowisko przyjąłby w przypadku wystąpienia konfliktu pomiędzy Anglią i Ameryką? Czy zezwoliłby Anglii na stworzenie w Niemczech silnego państwa pod angielskim patronatem, gdyż w przypadku wstąpienia młodej księżnej Walii na tron Hanoweru, tron angielski byłby dla niej stracony? Te pytania nie były tylko próbą nawiązania rozmowy, zostały bowiem przez tego wpływowego rozmówcę poparte pozytywnymi przykładami. "Kontynent europejski potrzebuje długotrwałego pokoju. Aby wyjść z kryzysu finansowego i zredukować posiadane zadłużenie, Anglia musi pozostać w tej obecnej, uprzywilejowanej sytuacji. W aktualnej sytuacji jest nam Francja i Europa zupełnie nieprzydatna, a nasze zwycięstwo pod Waterloo was zniszczyło, a nam nie pomogło. Wszyscy rozsądni Anglicy, którzy są wolni od emocji, myślą aktualnie w ten sposób itd. Itd." Część mojego sprawozdania Cesarz podał w wątpliwość, inną potraktował jak niespełnialne marzenia, w końcu jednak stwierdził: - "Dobrze, a jakie jest pana zdanie? Niech pan sobie wyobrazi, że przedstawia Pan swój punkt widzenia Radzie Stanu". - "Sire - odpowiedziałem, często człowiek marzy o najistotniejszych sprawach, a poza tym na Świętej Helenie nie jest zabronione snucie przeróżnych rozważań. I ja więc chciałbym tego spróbować. Dlaczego nie mogłyby te dwa narody zawrzeć politycznego małżeństwa, do którego jeden wniósłby swoją armię, a drugi swoją flotę? Być może w oczach przeciętnego obserwatora idea ta wydaje się być szalona, a w oczach chłodnego polityka zbyt odważna, a to tylko dlatego, że jest nowością i odbiega od utartego schematu. Myśl ta rodzi możliwość nieprzewidzianego, niespodziewanego i korzystnego przekształcenia, które tylko Wasza Cesarska Mość jest w stanie przeprowadzić. Czyż nie oddałaby Wasza Cesarska Mość, gdyby to było możliwe nawet jutro całej francuskiej floty w zamian za Belgię i zachodni brzeg Renu? Zrezygnować ze 150 milionów otrzymując za to tysiące milionów? Cóż za wspaniała wymiana, który obu narodom przyniosłaby to, o co od lat nieprzerwanie walczyły, niszczyły się i podcinały gardła? Wymiana, która uzależniłaby obie strony od siebie i położyła kres ich odwiecznej nienawiści? Czyż nie byłoby korzystne dla Francji, gdyby miała możliwość występowania w angielskich koloniach jak równorzędny partner i czerpała zyski z handlu na całym świecie? Z drugiej strony, jak ważne byłoby dla Anglii tak dotychczas zagrożone panowanie na morzu, utrzymywane z pomocą Francji, która byłaby wiodącą siłą na lądzie? W takim przypadku możliwe byłoby rozwiązanie armii angielskiej oraz francuskiej floty. Anglia zapłaciłaby swoje długi, ulżyłaby życie swoim obywatelom i wstąpiłaby na drogę bujnego rozwoju gospodarczego. I nie musiałaby z zazdrością patrzeć w stronę Francji, wręcz przeciwnie, w jej własnym interesie byłoby wspieranie francuskiego rozwoju na kontynencie, gdyż Francja tworzyłaby pewnego rodzaju awangardę, a Anglia trzon i rezerwę nowego systemu". Cesarz przysłuchiwał się w milczeniu moim wywodom, nie komentując ich jednak. Zresztą tylko rzadko dawał się on sprowadzić na tory politycznej dyskusji, nie ujawniając jednak przy tym własnych myśli. 08.11.1815 Cesarz pracował w ogrodzie najpierw z panem Montholon, a następnie z generałem Gourgaud, po czym udał się na spacer po swojej ulubionej alei. Jest zmęczony, a i stan jego zdrowia nie jest najlepszy. Próbowano nawet przedstawić mu kilka dam, co nie było jednak najlepszym pomysłem. Rozpraszało to jego myśli, co wprawiało go w stan rozdrażnienia. Zaproponowałem więc małą przejażdżkę konną; przed paroma dniami postawiono bowiem kilka koni do naszej dyspozycji. Odpowiedział jednak, że trudno byłoby mu się przyzwyczaić do stałej obecności angielskiego oficera u jego boku, woli więc z tej przyjemności zrezygnować. W życiu trzeba rozważyć wszystkie aspekty, a korzyści z przejażdżki mogłyby być dużo mniejsze, niż straty spowodowane przez stałą obecność dozorcy więziennego. Podczas kolacji Cesarz jadł bardzo mało. Ożywił się nieco przy deserze, oglądając malowidła z egipskimi motywami na porcelanowych talerzach z Sevres. Za każdy z tych talerzy, które były prawdziwymi dziełami sztuk, zapłacono kiedyś 600 franków. Cesarz zakończył ten wieczór spacerem. Mimochodem stwierdził, że miniony dzień był nudny i jest zadowolony, że dochodzi już jedenasta godzina. Pogoda była wspaniała, temperatura bardzo przyjemna i stopniowo ustępowało złe samopoczucie Cesarza. Skarżył się przy tym na słabości swojego organizmu, który jest wprawdzie dobrze zbudowany, ale bardzo podatny na wpływy zewnętrzne. Ale poza tym, cieszy go własna siła psychiczna, podtrzymująca go na duchu i pozwalająca mu wytrwać, w przeciwieństwie do innych, którzy rezygnując przed przeciwnościami, porzucają ten ziemski padół, uciekając w ten sposób od wszelkich problemów bytu ludzkiego. Z odrazą spogląda jednak w przyszłość, widząc przed sobą lata bezczynności i starości. Gdyby mógł przy tym przynajmniej stwierdzić, że żyjącej szczęśliwie Francji jest niepotrzebny, uznałby, że żył wystarczająco długo, a cel jego życia został osiągnięty. Wróciliśmy do domu już po północy. Dotrwanie do tej późnej pory potraktował Cesarz jako osobisty sukces. 09.11.1815 W godzinach porannych udałem się do Balcombe'a, aby wręczyć mu swoje listy, aby je przekazał na wychodzący wkrótce w morze statek. Spotkałem tam też dowódcę nadzorującego nas oddziału. Stojąc jeszcze pod wrażeniem niedyspozycji Cesarza z ostatnich dni, ponadto będąc pewnym, że najlepszym lekarstwem dla niego byłby ruch na świeżym powietrzu, poinformowałem oficera o prawdziwych przyczynach rezygnacji z przejażdżek konnych. Zaznaczyłem przy tym, że zwracam się właśnie do niego, z uwagi na jego dyskretne i taktowne wypełnianie swoich obowiązków. Zapytałem też, o posiadane przez niego instrukcje odnośnie dłuższych spacerów konnych. Odpowiedział mi, że wprawdzie jego instrukcje mówią o obowiązkowej eskorcie na każdym kroku, ale ponieważ postanowił sobie trzymać się na uboczu i nie być natrętnym dla Cesarza, w przyszłości zrezygnuje z eskortowania jego osoby. Opowiedziałem Cesarzowi przy śniadaniu o mojej rozmowie z oficerem. Przyjął moje informacje, zaznaczając jednak, że przyjęcie przez niego tej propozycji byłoby sprzeczne z jego własnymi zasadami, gdyż zmuszałoby to oficera do niewykonania danego mu rozkazu. Takie potraktowanie oferty angielskiego oficera okazało się bardzo szczęśliwe, bo będąc wieczorem na odwiedzinach u naszego gospodarza, zostałem poproszony przez obecnego tam również mojego porannego rozmówcę o rozmowę na osobności. Mając samemu wątpliwości, co do swojego dalszego postępowania, zwrócił się on do admirała, od którego otrzymał ponownie rozkaz ścisłego kierowania się wydanymi instrukcjami. Nie potrafiłem się powstrzymać i podniesionym głosem zakomunikowałem, że w takim razie najlepiej będzie, gdy postawione nam do dyspozycji trzy wierzchowce zostaną zwrócone. Moja impulsywna odpowiedź spotkała się z dyktowanym prawdopodobnie niezadowoleniem z własnej w tym dramacie granej roli, zrozumieniem. Gdy opowiedziałem Cesarzowi o tej ponownej rozmowie, polecił, jak przypuszczałem, odesłać konie. Chciałem jego polecenie niezwłocznie wykonać, lecz Cesarz powstrzymał mnie słowami: - "Nie należy nic czynić pospiesznie, w złości. Rzadko wychodzi z tego coś dobrego." A że, jak i w poprzednich dniach pogoda była wspaniała, udaliśmy się na spoczynek się dopiero o północy. 10.11.1815 Na dzisiejszym spacerze, Cesarz zaproponował nagle zmianę naszej tradycyjnej trasy, skierowując swoje kroki w kierunku drogi wiodącej do miasta, aż do punktu, z którego widoczny był port i reda. W drodze powrotnej spotkaliśmy panią Balcombe, gospodynię naszego domu w towarzystwie pani Stuart. Młoda ta dama, 21-letnia, o dużej urodzie znajdowała się w drodze powrotnej z Bombaju do Anglii. Cesarz rozmawiał z nią o indyjskich obyczajach, niewygodnej, zwłaszcza dla kobiet podróży morskiej oraz o Szkocji, jej ojczyźnie. Zauważył też, że indyjski klimat nie wpłynął ujemnie na jej ładną, szkocką cerę. W trakcie tej konwersacji spotkaliśmy na naszej drodze obładowanych ciężkimi skrzyniami niewolników. Pani Balcombe ostrymi słowami poleciła im usunąć się z drogi, co spotkało się jednak ze sprzeciwem Cesarza: - "Niech Pani pomyśli o ciężarze skrzyń, które niosą!" Reakcja ta zadziwiła jej towarzyszkę, obserwującej dyskretnie twarz Cesarza. - "O mój Boże, jakże inna jest twarz i charakter tego człowieka, zupełne przeciwieństwo tego, co mi opowiadano" - stwierdziła. 11-13.11.1815 Jednostajność naszego bytowania była niczym nieprzerwana, każdy dzień podobny jest do poprzedniego. Tylko wieczorne spacery z biegiem czasu uległy przedłużeniu aż do późnych godzin nocnych. W świetle księżyca znajdujemy ochłodę po całodziennych upałach. Cesarz wspominał często swoje dzieciństwo, swoją młodość i marzenia z tamtych lat. Czasami odnosił wrażenie zbytniego zagłębiania się w szczegóły, zwracając się wtedy do mnie, mówił: - "Ale teraz na pana kolej. Niech pan też coś opowie." Wcale mi na tym nie zależało, bo przecież cała moja uwaga skupiała się na notowaniu w pamięci Jego słów! W trakcie jednego z takich spacerów powiedział, że na całym jego życiu dwie kobiety odcisnęły szczególnie swoje piętno: ta pierwsza była poezją i wdziękiem, ta druga - to niewinność i naturalność. A każda z nich była godna, aby okazać jej najwyższe zainteresowanie. Ta pierwsza była w każdej sytuacji powabna i flirtująca; niemożliwością było zastać ją inaczej. Aby podkreślić swoją urodę, stosowała wszystko, co sztuka sztucznego upiększania oferowała, ale tak dyskretnie, że postronnemu trudno było cokolwiek zauważyć. Ta druga natomiast nie miała nawet pojęcia o istnieniu takich środków. Ta jedna nie przywiązywała większej wagi do prawdy; jej pierwszą reakcją było zawsze kłamstwo; obłuda była obca naturze tej drugiej, jakakolwiek wymówka była jej obca. Ta pierwsza nie żądała niczego od swojego małżonka, wszędzie była jednak zadłużona; ta inna zastanawiała się długo zanim o cokolwiek poprosiła, co zresztą zdarzało się niezwykle rzadko; nigdy też nie przyszłoby jej do głowy kupić nie płacąc natychmiast. Obie jednak były dobre i kochające, oddane swojemu małżonkowi całym sercem. Cesarz nie nazwał ich po imieniu, ale i tak wiedziałem, że mówi o cesarzowych. Zmieniając temat, zaczął mówić o Madame de Montesquiou, opiekunce jego syna, Króla Rzymu i jej metodach wychowawczych. Była to dama o niebywałych cechach osobistych, pobożna, godna tego uszanowania, którym darzył ją Cesarz. Szkoda, że kobiet o podobnych cechach charakteru nie było więcej w jego otoczeniu. Najlepszym przykładem jej metod wychowawczych było następujące zdarzenie: młody król zamieszkujący parterowe, wychodzące na dziedziniec pokoje w pałacu Tuillerie, był pod ciągłą obserwacją przebywających na dziedzińcu osób. Pewnego dnia, w napadzie złości nie wykazywał chęci podporządkowania się jej poleceniom, co skwitowała zamknięciem wszystkich okiennic. Dziecko, zaskoczone tymi nagłymi ciemnościami, zapytało Mama Quiou o przyczyny takiego zarządzenia. - "Ponieważ kocham Waszą Królewską Mość tak bardzo, że nie pozwolę, żeby cały świat widział Wasze wybuchy złości. Co powiedzieliby ci wszyscy ludzie, których władcą Wasza Królewska Mość kiedyś będziesz, na tego typu zachowanie! Wierzysz, że byliby Tobie posłuszni wiedząc, do jakich zdolny jesteś wybuchów?" Słysząc te słowa, dziecko poprosiło o wybaczenie i obiecało w przyszłości zaniechania tego typu kaprysów. To są przecież zupełnie inne metody niż ta, zastosowana przez pana de Villeroi, który wskazując grupę ludzi, rzekł do małego Ludwika XV: - "Widzi Wasza Królewska Mość tych ludzi? Oni są Twoją własnością, wszyscy ludzie, którzy Cię otaczają, należą do Ciebie." Cesarz miał wiele pomysłów na wychowanie Króla Rzymu. Liczył przy tym na poparcie Instytutu z Meudon, dla którego ustalił dekretem nowe metody wychowawcze. Planował wszystkich potomków domu cesarskiego wspólnie kazać wychowywać, w szczególności synów krewnych, zasiadających na tronach państw satelitarnych. W ten sposób chciał połączyć korzyści starannego wychowania osobistego z wychowaniem w grupie. Te dzieci były w przyszłości przeznaczone do rządzenia całymi narodami, stąd owocne byłoby wychowanie bazujące na tych samych zasadach moralnych, z zachowaniem określonych, jednakowych pryncypiów. Aby ułatwić stopienie poszczególnych prowincji Cesarstwa, każdy przyszły władca powinien mieć do towarzystwa dziesięciu do dwunastu rówieśników z jego przyszłego królestwa, którzy w przyszłości odgrywaliby wiodącą rolę w swoich sferach. Oczywiście nie było wykluczone, że również władcy innych domów panujących, zwróciliby się do Cesarza z prośbą o przyjęcie do Instytutu ich potomków. Jak wielka korzyść płynęłaby z tego dla całej rodziny europejskiej! Wszyscy ci młodzi książęta zawiązaliby więzy przyjaźni, które jak mówi doświadczenie, są trwalsze od przyjaźni zawartych w starszym wieku i nie ulegają tak szybko rozpadowi wskutek zazdrości i osobistych ambicji. Co samego wykształcenia dotyczy, główny ciężar położyłby Cesarz na wykształcenie ogólne, z naciskiem położonym na kształcenie praktyczne. Studia specjalistyczne nie powinny być posunięte zbyt daleko, zbytnie zagłębianie się w zagadnienia dotyczące sztuki lub nauk technicznych mogłoby doprowadzić do tego, że narody otrzymałyby w przyszłości poetów, muzyków, badaczy, chemików, tokarzy lub ślusarzy za władców. 14.11.1815 Tego dnia zaserwowano Cesarzowi nadzwyczaj dobrą kawę, co wyraźnie poprawiło Jego samopoczucie. Trudno mi określić moje odczucia na ten widok, zrozumiałem jednak jeszcze dokładniej, jak dotkliwe jest jego cierpienie, jeżeli tak mało istotny szczegół, tak wiele w Nim może zmienić. Wieczorem przeczytał mi Cesarz tekst podyktowany hrabiemu Montholon dotyczący Konsulatu. Wziąwszy do ręki nitkę rozpoczął zszywanie poszczególnych kartek. Delektowałem się możliwością obserwacji Cesarza, przepełniony smutną myślą, że dłonie te, teraz spokojnie zszywające kartki papieru, jeszcze do niedawna trzymały berła europejskich królestw. Tylko jedno mnie pocieszało: te kartki zawierały nieprzemijające wartości, prawdy, które oceniane będą przez potomnych, a dla wielu, których imiona tu wspomniano, zasłużoną karę. I to wszystko czytał Cesarz mnie, zwracając się do mnie pełen zaufania i polegając na mojej opinii! Czyż mogę w zaistniałej sytuacji skarżyć się, że przybyłem z nim na tę wyspę? 15.11.1815 Natychmiast po śniadaniu Cesarz udał się do swojej ulubionej alei, gdzie wędrując tam i z powrotem popijał kawę. Rozmowa zeszła na temat miłości. Wydaje mi się, że musiałem opisać ten temat szczególnie wyszukanymi słowami, pokazując przy tym wiele sentymentalizmu, Cesarz wybuchnął bowiem w pewnym momencie śmiechem z powodu, jak to nazwał " mojego świergolenia". Lekkim tonem kontynuował tą tematykę, próbując zrobić na mnie wrażenie osoby nie przywiązującego zbytniej wagi do uczuć. Odważyłem sprzeciwić się temu mówiąc, że próbuje przedstawić siebie w świetle gorszym niż świadczyłaby o tym jego przeszłość, o czym świadczą chociażby jego znane romanse z damami dworu. - "A co się na temat mówiło?" - zapytał mnie ożywiony. - "Sire, ogólnie panowała opinia, że będąc u szczytu chwały dał się Pan skuć łańcuchami miłości, że napotykając niespodziewany opór, wpadłeś w sidła pewnej całkiem pospolitej kobiety; żeś jej tuzin listów miłosnych posłał i że ona doprowadziła Cię do tego, żeś nocą, w przebraniu odwiedził ją w jej mieszkaniu, w środku Paryża!" - "Ale jakże dowiedziano się o tym?" - zapytał mnie, śmiejąc się. Była to z pewnością największa nieostrożność mojego życia, gdyż gdyby osoba ta nie była kobietą z dobrego domu, mógłbym łatwo zostać zwabiony w pułapkę. A co mówiono jeszcze na ten temat?" - "Sire, twierdzono iż potomkowie Waszej Cesarskiej Mości nie ograniczają się do osoby Króla Rzymu, wspominano mianowicie o starszych braciach. Ten jeden był owocem romansu z pewną piękną nieznajomą z dalekiego kraju; ten drugi owocem związku z kobietą mieszkającą w samej stolicy. Obaj mieli być rzekomo obecni w Malmaison bezpośrednio przed naszym odjazdem, ten jeden w towarzystwie matki, ten drugi opiekunki. Obaj podobni jak dwie krople wody do Waszej Cesarskiej Mości. (tajny załącznik do testamentu Cesarza potwierdzał, jak się wydaje, tę tezę - Las Cases). Cesarz bawił się doskonale moimi wywodami i będąc w dobrym nastroju do wspomnień, napomknął o kilku swoich innych przygodach nie tylko miłosnych z lat młodości. Kilka z nich pominę, wspomnę jednak pewną kolację, w pierwszych latach rewolucji, niedaleko Saone, o której przebiegu Cesarz opowiedział z dużą dozą humoru. - "To było prawdziwe gniazdo szerszeni" - stwierdził. Jego rewolucyjne poglądy, otwarcie przez niego głoszone, były tak sprzeczne z poglądami pozostałych gości, że sprowadziły na niego nawet pewne zagrożenie. - "Niewątpliwie byliśmy wtedy od siebie bardzo oddaleni?" - zapytał. - "Biorąc pod uwagę odległość, to nawet nie tak bardzo, Sire, natomiast pod względem poglądów znajdowaliśmy się na dwóch przeciwległych biegunach. Przebywałem wtedy również w okolicy Saone, na jednym z nabrzeży portowych w Lyon, w tłumie patriotów oburzonych odkryciem armat na jednej z barek. Padło nawet określenie "kontrrewolucja", co spotkało się z moją niestosowną, jak się okazało propozycją zarekwirowania odkrytych armat i zmuszenia ich obsługi do złożenia Przysięgi obywatelskiej. Niewiele brakowało, a zapłaciłbym głową za moją lekkomyślność. Sire, widzisz więc, że rachunek za ewentualne nieszczęście, które mogłoby Wasza Cesarska Mość spotkać ze strony arystokratów zostałby tym samym wyrównany". Tego wieczoru stwierdziliśmy jeszcze inne punkty zbieżne w naszej przeszłości. Cesarz opowiedział mi inną, interesującą anegdotę, która wydarzyła się w roku 1788 i zapytał: - "A gdzie znajdował się pan w tamtym czasie?" - na co, po pewnym namyśle odpowiedziałem: - "Sire, ja byłem wtedy na Martynice i każdego wieczoru spożywałem kolację w towarzystwie Józefiny, przyszłej cesarzowej". |
||
|
|
|||||
|
|||||
|
|
||
|
|
||