Wszystko to obserwowali żołnierze z dywizji: 4-tej i Lekkiej stojący na krawędzi stoku i oglądający z zaskoczeniem ten "przerażający widok" wylatujących w powietrze ich towarzyszy. Eksplozje rozrywały ludzi na strzępy. Obrońcy powalali ich strzałami z muszkietów, głazami skalnymi i kłodami drewna. Atakujący nie mogli przejść przez wyłomy zablokowane kolczatkami "chevaux-de-frises", a tych, którzy usiłowali przejść, powalano strzałami z muszkietów i ciosami bagnetów. Pewien brytyjski oficer próbował przepełznąć pod taką kolczatką, lecz następnego ranka znaleziono go ze zmasakrowaną głową. Powstał niewiarygodny chaos, gdy obie dywizje kompletnie się wymieszały i jeszcze bardziej desperacko starały się wejść do miasta. Na domiar złego, pomylono półksiężyc zabezpieczający mur łączący bastiony z wyłomem, głównie z powodu jego zrujnowanego stanu. W mroku i konfuzji ludzie sądzili, iż podążają do wyłomu wspinając się po stercie gruzu, ze szczytu której zmiatani byli salwami z broni Francuzów. Była to istna jatka. Naprawdę, ogień obrońców był tak silny, iż jak to napisał jeden z tych, którzy przetrwali:
"najstarszy żołnierz nigdy dotąd nie był świadkiem czegoś takiego". Na dodatek do tego wszystkiego, do ognia z muszkietów, wybuchów i błysków granatów wywoływanych przez obie strony, dołączyły krzyki rannych i umierających oraz tryumfalne nawoływania bojowe obrońców skierowane do napastników w rodzaju:
"Dlaczego nie wchodzicie do Badajoz?". W sumie, zostało stwierdzone, iż ludzie Wellingtona przeprowadzili czterdzieści ataków na wyłomy tylko po to by zostać odrzuconymi do tyłu czterdzieści razy pozostawiając za sobą rosnącą stertę zabitych i umierających ludzi w rowach. Nadeszła i minęła północ i żaden żołnierz brytyjski czy portugalski nie przeszedł żywy przez wyłomy. Na tym małym krwawym obszarze pozostało już 2000 ofiar i ludzie zaczęli wątpić, czy kiedykolwiek dostaną się do Badajoz.
99
Oto jak szturm na wyłomy opisywał jeden z żołnierzy sławnej Lekkiej Dywizji:
"[Dywizja Lekka] posuwała się w głębokiej ciszy mając w tym polowaniu do pokonania trzysta jardów dzielących ją od wyłomów. Niewielki strumień dzielił nas od Dywizji Czwartej. Nagle dał się słyszeć silny głos z kierunku, z którego wydawano rozkazy dotyczące drabin, tak mocny, iż mógł być słyszany również przez wroga na murach. Był to jedyny głos, jaki przełamał ten moment ciszy. Zdarzyło się to około godziny dziewiątej trzydzieści, lecz kwadrans przed dziesiątą ten chory czas hałasu ustał, nic nie zakłócało już ciszy oprócz kumkania żab. Zaraz po dziesiątej cichy szept poinformował, iż Oddział Straceńców zaczął się skradać do przodu, a grupy szturmowe za nim. Grupy szturmowe liczyły trzystu ludzi. W dwie minuty później ruszyła dywizja. Z francuskiej strony wystrzelił tylko jeden muszkiet, nie więcej, przez żołnierza, który prowadził obserwację. Zdobywaliśmy teren powoli, ale w ciszy. Nie napotkaliśmy żadnych przeszkód. Byliśmy ukryci, a miasto pogrążone było w mroku. Z krawędzi wykopu zostały już spuszczone drabiny, gdy nagle u stóp wyłomów nastąpił wybuch, który oświetlił całą scenerię. Wydało się nam, iż ziemia obsuwa się spod nóg. Było to, jak wybuch wulkanu. Co za scena. Mury były pełne wroga. Francuscy żołnierze stali na parapetach muru, gdy Czwarta Dywizja natarła z prawej strony w momencie, gdy wszystko zostało na krótko oświetlone wybuchem prochu i materiałów palnych. W tym momencie odniosło się wrażenie, jakby strony ataku i obrony uśmiechały się do siebie."100
W tym samym czasie gubernator przebywał na placu Św. Jana, kiedy szef batalionu Rio z artylerii hiszpańskiej doniósł mu, że wróg wdarł się do bastionu nr 6. Można było wierzyć temu raportowi, bowiem z tamtej strony dochodził przeraźliwy krzyk, jednak gubernator, pragnąć przekonać się naocznie o jego prawdziwości, udał się na zagrożony odcinek i miał satysfakcję widzieć, jak Anglicy, pomimo wysiłku, zostali wyparci.
101
Kiedy lord Wellington otrzymał raporty o nieudanych szturmach i straszliwej rzezi atakujących z pozoru pozostał spokojny. Jednak stojący blisko niego ludzi zauważyli, że jego twarz się zmieniła. Chirurg James McGrigor zapisał:
"Szczęka mu opadła, twarz się wydłużyła, a pochodnia nadała mu trupią barwę..."102
W pewnej chwili zjawił się niesamowicie blady jeden z oficerów sztabowych, jednak nie mógł on wykrztusić słowa. Gdy nieco się uspokoił, miał miejsce dramatyczny dialog:
Oficer:
"Milordzie, przybywam z wyłomów. Oddziały ich nie przeszły, pomimo kilka razy powtarzanych prób. Pułkownik McLeod z regimentu 43 został zabity. Padło wiele oficerów - tak dużo, że ludzie teraz błąkają się bez dowództwa w okopach. Jeśli Wasza Lordowska Mość nie przyśle posiłków, będzie trzeba przerwać szturm"
Lord Wellington:
"Brygada generała-majora Hay'a powinna iść naprzód"
Oficer:
"Milordzie, nigdzie nie ma postępów! Boję się, że nic nie zrobimy. Większość oficerów zginęła, brak jest dowodzenia, również padło bardzo dużo żołnierzy"103
Był to naprawdę wielki cios dla angielskiego dowódcy. Wiedział on, że siły Soulta są niedaleko, a Marmont pustoszy Portugalię. W każdej chwili Francuzi mogli się połączyć i ruszyć przeciw niemu. W takim wypadku trzeba by było po raz kolejny wycofać się spod Badajoz. Rząd angielski zapewne nie zniósłby ponownego fiaska i odwołałby lorda. Tak więc twierdza musiała paść tej nocy, pomimo tysięcy zabitych i rannych Anglików.
Skoro nie można było przejść przez wyłomy, należało szukać szczęścia gdzie indziej. Oddajmy ponownie głos doktorowi McGrigorowi:
"[Lord Wellington]Nagle zwracając się do mnie i kładąc mi rękę na ramieniu powiedział:
- Jedź natychmiast do Pictona i powiedz mu, że musi spróbować, czy nie uda mu się zdobyć zamku
Odpowiedziałem:
- Lordzie, nie mam tutaj mojego konia, ale pójdę jak najszybciej zdołam i sądzę, że nie zabłądzę; wiem, że część drogi jest bagnista
- Nie, nie - odrzekł - przepraszam, sądziłem, że to De Lancey [adiutant].
Ponowiłem propozycję, mówiąc, że na pewno znajdę drogę, ale powiedział:
- Nie"104
3-cia dywizja gen. Pictona przeszła przez potok Rivellas około godziny 22-giej i ludzie zaczęli się wspinać po stokach w kierunku murów zamku, gdy główne ataki na wyłomy już były w pełnym toku. Tak naprawdę, Picton, słysząc strzały z muszkietów i wybuchy daleko z lewej strony, był tak pełen niepokoju posuwając się do przodu, iż zagroził przewodnikowi, porucznikowi MacCarthiemu, że zetnie go, jeśli zgubi drogę. Na szczęście dla MacCarthiego, 3-cia dywizja szła w dobrym kierunku, co potwierdził ciężki ogień skierowany na nią, gdy tylko ludzie zbliżyli się do murów.
Ludzie z 3-ciej Dywizji nie mieli żadnego wyłomu dla przejścia przez linię fortyfikacji, lecz bardzo wysokie mury, które musieli pokonać wspinając się po drabinach, a na domiar złego, mury te były gęsto obsadzone przez francuskich obrońców i ich działania obronne były stosunkowo łatwe w realizacji. Rzucanie baryłek z prochem i granatów na ludzi, którzy tłoczyli się teraz desperacko w rowach u stóp murów, było całkiem proste i skuteczne, a ci szczęśliwcy, którym udało się dostać na mury stawali się łatwymi ofiarami dla Francuzów, którzy napastników kłuli bagnetami i siekli szablami po twarzach lub po prostu strzelali do nich. W wielu przypadkach okazało się, iż drabiny są za krótkie i wówczas na ramiona stojącego na szczycie drabiny wspinał się ten, który był za nim i z kolei następny na jego ramiona. Było to dziwne działanie, pasujące raczej do pokazów cyrkowych a nie do pola bitwy. Ludzie balansujący na ramionach innych spychani byli do tyłu przez Francuzów i często spadali na bagnety swych towarzyszy stojących na dole. Głazy, materiały wybuchowe i kłody drewna spadały na atakujące oddziały brytyjskie znajdujące się u stóp muru miażdżąc wielu żołnierzy. Sytuacja stawała się podobnie krytyczna jak przy wyłomach. Nawet gen. Picton został ranny, podobnie jak jego następca, gen. Kempt. Trzeba tu było czegoś specjalnego i nadzwyczajnego dla przełamania tego śmiertelnego zamku i pułkownik Henry Ridge wymyślił coś takiego.
Ridge, zdesperowany sytuacją, która wokół niego jeszcze się pogarszała, chwycił jakąś drabinę i osadził ją przy murze, na lewo od głównego miejsca ataku, w punkcie, gdzie mur był nieco niższy. Wezwawszy swoich żołnierzy, aby przyłączyli się do niego, zaczął wspinać się pod ochroną ich bagnetów i szabel. Wkrótce na drabinie znalazło się tylu ludzi, iż Francuzi nie byli w stanie jej odepchnąć. Ridge parł ostro do przodu, aż dotarł do szczytu muru i następnie jakimś cudem znalazł się na murze wraz z oficerem grenadierów Canchem z tego samego regimentu. Inni podążyli za nimi i nagle mury zamku zapełnili ludzie Wellingtona. Sytuacja batalii odwróciła się.
105
Mała grupa oddziałów brytyjskich utworzyła jakby przyczółek mostu, a inni podążyli za nimi wspinając się z furią na mury. Jednym z regimentów, który bronił murów zamku, był przerzedzony regiment niemiecki Hesse D`Armstadt. Rozwścieczone oddziały brytyjskie nie miały dla niego litości biorąc rewanż za wcześniejsze potyczki.
"Niewielu, bardzo niewielu z tych, którzy brali udział w powiększaniu stosu trupów wypełniającego teraz rów przed murem, pozostało przy życiu, by móc chwalić się swoim dziełem",
106 pisał w swojej chłodnej ocenie walk jeden z tych, którzy przeżyli. 3-cia dywizja zaczęła teraz schodzić w dół po drugiej stronie muru aby zaatakować sam zamek, w którym gen. Philippon miał swoje ostatnie stanowisko obronne. Niestety, wśród atakujących nie było Henry`go Ridge`a, który został śmiertelnie ranny zaraz po sformowaniu swoich oddziałów do rozpoczęcia ataku. Mimo to jego ludzie ruszyli do przodu i wkrótce Francuzi zmuszeni zostali do schronienia się w mieście. Pamiętali jednak o zamknięciu bramy, co na krótki czas opóźniło wejście oddziałów brytyjskich.
Oto jak Zastępca Głównego Inżyniera wojsk angielskich opisywał atak na zamek:
"Całe czoło muru tak poharatane było kulami armatnimi, szrapnelami, wiązkami ładunków i wszelkiego innego rodzaju pociskami, iż było prawie niemożliwym, aby ktokolwiek mógł się dłużej utrzymać na ścianie. W tak skrajnie trudnych warunkach, moje cztery drabiny obciążone żołnierzami z oficerem na górze złamały się. Na ostatniej pozostałej drabinie nie było oficera, lecz na jej szczycie był ochotnik usiłujący wejść na mur, lecz gdy wychylił głowę ponad krawędź muru natychmiast został zastrzelony strzałem w głowę i spadł na ziemię. Jednakże następny człowiek wspinający się za nim (z 45-go regimentu) w jednej chwili wskoczył na mur. Z wrażenia krzyknąłem: Hura! Jeden człowiek na murze!"107
W międzyczasie, ludzie Pictona skonsolidowali swoją pozycję w fortyfikacji zamku. Porucznik MacPherson z 45-tego regimentu, mając dwa złamane żebra podczas szturmu, wdrapał się na szczyt wieży zamkowej, gdzie powiewała francuska. Gdy znalazł się na szczycie szybko powalił wartownika i opuścił flagę francuską. Nie mając pod ręką flagi brytyjskiej, Macpherson zdjął bluzę mundurową i zawiesił ją na drzewcu.
108
Gdy wiadomość o zdobyciu zamku dotarła do Lorda Wellingtona, nie chciał on w nią uwierzyć i zwrócił się do swojego otoczenia sceptycznie:
"Kto otrzymał meldunek, czy jesteście tego całkowicie pewni?"
Oficer, wysłany przez gen. Pictona:
"Razem z oddziałami osobiście wtargnąłem do zamku i niedawno go opuściłem. Tak, generał Picton jest wewnątrz"
Wellington (bardzo opanowany):
"Niech Pan wraca z powrotem i powie generałowi Pictonowi, że powinien swoje stanowisko w każdych okolicznościach utrzymać". (Potem do oficera sztabowego):
"Pan powinien iść za nim i powtórzyć rozkaz".109
Gen. Philippon był niezmiernie zaskoczony, gdy dowiedział się, że nieprzyjaciel wdarł się do zamku. Uważał go za najsilniejszy punkt i miał nadzieję schronić się w nim, gdy Anglicy wedrą się do miasta. Jednak nie stracił on zimnej krwi i postanowił go odzyskać. W związku z tym wysłał tam około 400 ludzi z rezerwy, ci zostali przyjęci silnym ogniem przez Anglików i musieli odstąpić od pierwszej bramy. Po chwili zaatakowali drugą z nich, próbując ją wyłamać.
110
W tej chwili sytuacja była dla obrońców ciężka, ale nie beznadziejna. Ataki dywizji 4-tej i Lekkiej na wyłomy słabły i zdawało się, że niedługo zostaną one zaniechane. 3-cia dywizja co prawda była w zamku, ale nie mogła się ruszyć poza jego obręb. Należało teraz ściągnąć rezerwy i wspomóc nimi oddziały atakujące zamek. Najmniej zagrożone wydawały się północno-zachodnie fortyfikacje, czyli bastiony nr 1 i nr 2 wraz z łączącą je kurtyną. Już wcześniej, po fałszywym meldunku szefa batalionu Rio, została odwołana część obsadzającego ten fragment umocnień 9-tego p.p.l. Teraz gubernator zdecydował się ściągnąć resztę tego oddziału, aby wzmocnić siły nacierające na zamek. Aby jednak nie pozostawiać nieobsadzonych fortyfikacji, Philippon wysłał w ich miejsce kompanię hiszpańską. W ten sposób opisywany fragment umocnień został poważnie osłabiony i przy jakimkolwiek ataku Anglików musiał zostać przez nich zdobyty.
111
Tak więc 5-ta dywizja gen. Leith`a, która miała przeprowadzić pozorowany atak na bastion San Vincente, nie wiedziała, że będzie to atak rozstrzygający. Żołnierze z tej dywizji wytrzymali ogień obrońców i podjęli atak na mury przy użyciu drabin. Mury były tu nieco niższe niż te przy zamku, lecz atakujący znaleźli się w kleszczach twardego oporu Francuzów. Jednakże w końcu atakujący wdarli się do miasta, chociaż w jednym miejscu cofnęli się, gdy usłyszeli krzyk, iż przed nimi został zapalony lont miny. Był to alarm fałszywy, ale wystarczył, aby zmusić ich do wycofania się. Obrońcy ruszyli za nimi atakując bagnetami uciekających. W tej sytuacji gen. Leith sformował rezerwę, która powstrzymała nacierających i przełamała ich opór na tym odcinku.
112
W tym momencie doniesiono gubernatorowi, że bastiony 1 i 2 są silnie atakowane. Wysłał on tam natychmiast z powrotem część 9-go p.p.l. i żołnierzy zaopatrzenia, którzy zjednoczyli się w żywej obronie. Impet wszakże nieprzyjaciela był tak ogromny, iż zdołał on wedrzeć się do miasta. Ok. 30 dragonów i strzelców konnych towarzyszących gubernatorowi wykonało szarżę na placu de las Palmas jednak większość ich koni została zabita lub ranna.
113
Po wdarciu się do miasta oddziały gen. Leitha ruszyły w stronę wyłomów, aby od tyłu zaatakować broniących je Francuzów. Ci znajdowali się pomiędzy bastionami nr 4 i nr 5 w takiej gotowości bojowej, że poprzez bardzo skuteczny ostrzał z broni ręcznej i bezpośrednio po tym następujące ataki na bagnety udało im się na chwilę zatrzymać Anglików. W międzyczasie wmaszerowały do miasta cztery dalsze angielskie regimenty. Połowa z nich pospieszyła natychmiast do wsparcia ataku przeciw bastionom nr 4 i nr 5. Podczas gdy pozostała cześć w ukryciu swojego półksiężyca, jako znaku gotowości do wsparcia już znajdujących się w zamku oddziałów, ustawiła się w tym miejscu i zwarła się.
114
Wkrótce opór żołnierzy strzegących bastionów nr 4 i nr 5 został przełamany, a oddziały angielskie rozbiegły się po mieście. Wtedy straszne zamieszanie zapanowało w twierdzy. Gen. Philippon nie dysponował już żadnymi rezerwami, aby przeciwstawić je nacierającym oddziałom. Te natomiast, dotarłszy do wyłomów, zaatakowały ich obrońców. Francuzi, którzy do tej pory odpierali ataki dywizji Colville'a i Barnarda, będąc napadniętymi z tyłu i z boku, zmuszeni byli do poddania się lub ucieczki.
115
Gdy przegrupowujące się oddziały, które do tej pory szturmowały wyłomy, dowiedziały się, że Anglicy opanowują miasto, natychmiast ponownie ruszyły ku wyłomom i tym razem przeszły je bez większego oporu. Mimo tego walki w mieście trwały do trzeciej trzydzieści rano. Gubernator z częścią swego sztabu przekroczył most pod gradem pocisków i wycofał się do fortu San Christobal, gdzie skapitulował rankiem 7 kwietnia przed lordem Fizroy Somersetem, będąc pozbawionym wszelkiej możliwości dalszej obrony.
116
Oprócz tej fortyfikacji 7 kwietnia poddały się: fort Pardaleras, luneta Verle i Téte du Pont. Czyli po 20 dniach od otwarcia przykopów, cała forteca znalazła się w rękach angielskich. 2700 ludzi z załogi jeszcze w gotowości do walki, uzbrojonych dostało się do niewoli, a pozostała część została zabita lub ranna. Stosunkowo najmocniej ucierpieli kanonierzy, ich strata wynosiła 130 ludzi, w tym 5 zabitych i 4 rannych oficerów.
117
Jeśli chodzi o straty, jakie ponieśli atakujący, to jak zwykle są w nich pewne rozbieżności. Francuskie źródła zawyżają liczbę martwych i rannych Anglików, szacując ją od 6000 (Thiers), do nawet 7000-8000 (Belmas). Natomiast straty podawane przez angielskie źródła oscylują wokół liczby 5000 (Glover, Wellington, Sutherland
118). Również podobnie szacują straty oddziałów lorda Wellingtona jego biografowie - 4600 (Meysztowicz), 4800 (Lücke). Tak więc liczba 5000 wydaje się jak najbardziej zasadna i na taką ilość musimy oszacować straty koalicjantów podczas oblężenia Badajoz. Do tej pory wojska angielskie walczące na półwyspie pod bezpośrednim dowództwem lorda Wellingtona nie zostały tak poważnie osłabione w żadnej bitwie, bądź oblężeniu. Jeden z angielskich żołnierzy tak opisywał krajobraz, jaki zobaczył wokół wyłomów już po zdobyciu miasta:
"W wyłomie głównym piętrzył się przerażający stos tysiąca trzystu lub tysiąca pięciuset brytyjskich żołnierzy, z których wielu było nieżywych, lecz ich ciała były jeszcze ciepłe, a wielu było ciężko rannych, lecz można było ich ratować udzielając pomocy medycznej. Leżały tam ciała nadpalone i sczerniałe tych, którzy porażeni zostali bezpośrednio eksplozją, zmieszane z ciałami rozerwanymi na strzępy przez kule lub szrapnele, i z ciałami zastrzelonych z muszkietów, sztywniejące w kałużach krwi, leżące jedno na drugim, wzajemnie zmieszane i splątane w jedną masę. Smród spalonych ciał był szokująco silny i odrażający."119 Natomiast jeden z chirurgów, który uczestniczył w akcji ratowania rannych przy wyłomach Anglików, w nie mniej naturalistyczny sposób opisywał to, co widział:
"... leżały przerażające stosy ciał, jedne na drugich, blisko półtora tysiąca tu padło, a wielu jeszcze żyło, tylko przywalonych trupami. Niektóre ciała były sczerniałe, spalone wybuchami prochów; inni zginęli poszarpani na kawałki kartaczami, jeszcze inni padli od kul muszkietowych, a wszystkie ciała stygły teraz na kupie."120
Również i lord Wellington, zawsze opanowany i beznamiętny, tym razem nie wytrzymał nerwowo. Widziano go płaczącego na widok stosów trupów przy wyłomach. Gdy otrzymał raport dotyczący strat, czytał go, a po jego policzkach spływały łzy. Wiele lat później, tak opowiadał pani Arbuthnot o wydarzeniach z tamtych dni:
"... dzień po szturmie na Badajoz był najbardziej krwawy. Sir Thomas Picton, który był twardy jak żelazo, przyszedł mi pogratulować, i zapewniam panią, że po prostu nie mogłem powstrzymać łez. Zagryzłem wargi, robiłem wszystko co mogłem, żeby się powstrzymać od płaczu, bo wstydziłem się, że to zobaczy, ale nie mogłem. A on tak mało rozumiał moje uczucia, że powiedział: "Dobry Boże, co się stało?!" i musiałem zacząć przeklinać i wyrzekać na rząd, że nie dał mi saperów i minerów, jako wytłumaczenie mojego wzburzenia".121
Jeszcze w Badajoz trwały walki, jeszcze część oddziałów francuskich twardo broniła się w budynkach i zabudowaniach, gdy zaczął się spełniać czarny scenariusz przewidywany wyżej przez Williama Grattana. Wojska anglo-portugalskie, które znalazły się w mieście zaczęły włamywać się do domów i piwnic w poszukiwaniu alkoholu. Następnie rozpoczęły one orgie pijaństwa i zniszczenia, jakiej jeszcze nie było podczas walk na półwyspie. Prawdą będzie stwierdzenie, iż dopuszczono się tu pełnego zakresu możliwych przestępstw, od morderstw, gwałtów, grabieży, pijaństwa i podpaleń, aż po wszelkie inne drobniejsze przestępstwa popełniane w większości na niewinnych mieszkańcach miasta. Oficerowie brytyjscy próbujący zaprowadzić porządek byli atakowani i w wielu przypadkach zostali zastrzeleni przez własnych ludzi. Rdzeń każdego batalionu stanowili przestępcy i wszelkie złe postępki działy się z ich inicjatywy, a inni, jak owce, naśladowali ich i przyłączali się do nich. Dla zaprowadzenia porządku, sprowadzono świeże oddziały, lecz w mieście rozproszyły się one w mroku wąskich ulic i włączyły się do chaosu.
122
Oddajmy może głos, tym którzy byli świadkami tych wydarzeń, a jakikolwiek komentarz do nich będzie zbyteczny:
Młody oficer 28 regimentu pisał:
"... przeraźliwy pisk przerażonych dzieci, przerażone krzyki oszalałych kobiet, jęki i charczenie rannych, dzikie i nieskoordynowane wrzaski pijanych strzelających do wszystkiego i we wszystkich kierunkach i ciągły huk ognia z muszkietów mylnie ustawionych przy zburzonej bramie...
Każdy dom przedstawiał widok grabieży, zniszczenia i przelewu krwi dokonanego przez naszych żołnierzy z rozwydrzonym okrucieństwem na osobach bezbronnych mieszkańców. Wielokrotnie widziałem dzikusów wyrywających pięknym kobietom, ich ofiarom, kolczyki z uszu, a kiedy pierścionków nie dawało się natychmiast zsunąć z palców, zrywali je zębami...
Mężczyzn, kobiety i dzieci zabijano strzałami na ulicy bez żadnej widocznej przyczyny, jedynie dla rozrywki; wszelkich gwałtów dokonywano w domach, kościołach i na ulicach w sposób tak brutalny, że wierny opis byłby zbyt nieprzyzwoity i zbyt wstrząsający dla ludzkości. Najmniejszego cienia porządku i dyscypliny nie utrzymywano; oficerowie nie śmieli ingerować... Jakiś sierżant uderzył mnie piką za odmowę wzięcia udziału w plądrowaniu rodziny, przyłożyłem mu pistolet do twarzy, lecz na szczęście nie wypalił, bo niechybnie bym go zastrzelił."123
Inny z żołnierzy angielskich był trochę mniej brutalny w swoim opisie:
"[W samym mieście] oficerowie stracili kontrolę nad swoimi żołnierzami. Pijani żołnierze plądrowali miasto buszując małymi grupami i palili ulice. Widziałem angielskiego żołnierza idącego w dół środkiem ulicy z francuskim tornistrem na plecach, który napotkawszy pijaków otrzymał cios od jednego z nich i obrócił się w powietrzu prawie o trzysta sześćdziesiąt stopni i powiedział: "Cholera, chyba wzięli mnie za Francuza."124
Natomiast John Jones dokonał bardzo ciekawej refleksji nad umniejszaniem krzywd dokonanych przez jego ziomków:
"Ale były też duże straty, które zadali broniący, a to spowodowało rządzę zemsty; ponieważ Francuzi, gdy mieli przewagę nie dawali pardonu, my czyniliśmy to samo. Rozpoczęło się plądrowanie i pijaństwo, wprawdzie ten wypadek jest nieunikniony po każdym szturmie, tutaj przybrał o wiele większe rozmiary; przez natychmiastowe przyjęcie surowych zasad został już następnego dnia przywrócony porządek. Jeśli tego typu bałagan poczynany przez Anglików został tylko lekko skrytykowany, ale czyny Francuzów popełniane w podobnych okolicznościach, zostały przedstawione dużo bardziej naturalistycznie, można by sobie pomyśleć, że podczas gdy Ci ostatni igrali z ludzkim życiem i oddawali się niskim rozrywkom, Ci pierwsi okazywali się rzadko jako straszni i ich głównym zainteresowaniem było picie koniaku, a najgorsze krzywdy jakie wyrządzali to było co najwyżej bicie pięściami."125
Niestety, ale autor ostatniego fragmentu nie miał niestety racji w jednym fragmencie. Chaos i grabieże w Badajoz nie ustały następnego dnia, ale trwały całe trzy doby. Wstrząsającym jest fakt, iż armia lorda Wellingtona pozostawała poza kontrolą przez 72 godziny i wysiłki sprowadzenia ludzi do szeregów spełzło na niczym. Napier napisał: "Chaos raczej narastał, aniżeli był tłumiony".
126 Stopniowo, w miarę wyczerpywania się energii ludzi, zaczęli oni wracać do swoich obozów i wszystko zaczęło wracać do normy. Dopiero postawienie szubienicy zaprowadziło ostateczny porządek w mieście i armia mogła po przegrupowaniu ruszyć na północ.
Wśród tych okropności kapitan Henry Smith uratował 15-sto letnią Juanitę Marię de los Dolores de Leon. Dziewczynka była cała we krwi, gdyż pijani żołdacy wyrwali jej kolczyki z uszu. Między obojgiem młodych ludzi szybko pojawiło się uczucie i już po paru dniach stanęli oni na ślubnym kobiercu. Rolę ojca panny młodej pełnił lord Wellington. Z czasem kapitan Smith awansował na generała i jako sir Harry Smith był gubernatorem kolonii w Afryce Południowej. Jedno z miast w afrykańskim Natalu zostało nazwane na cześć jego małżonki "Ladysmith". Obrona tego miasta w wojnie z Burami 1899-1990 przeszła do historii angielskiego oręża.
127
Zdobycie Badajoz otworzyło wojskom lorda Wellingtona południowy korytarz prowadzący z Portugalii do Hiszpanii. Teraz dowódca angielski mógł sobie wybrać, gdzie chce uderzyć. Mimo ogromnych ofiar, trzeba przyznać, że Anglicy dość szybko uporali się z jedną z najsilniejszych twierdz hiszpańskich. Sam Wellington również był zadowolony z wyniku operacji, choć rzeź wśród szturmujących wyłomy była dla niego silnym przeżyciem. Dlatego składając raport lordowi Liverpool nie wahał się napisać:
"Wysiłki związane ze zdobyciem Badajoz są doskonałym przykładem odwagi naszych oddziałów jakiego jeszcze nie było w historii. Mam jednak nadzieję, iż nigdy nie będę już narzędziem wystawiającym ludzi na taką próbę, na jaką byli wystawieni ostatniej nocy."128
Gdy znamy już historię oblężenia i upadku Badajoz, warto prześledzić ruchy Armii Południa i Armii Portugalii, by zrozumieć w jaki sposób załoga gen. Philippona została pozostawiona samej sobie. Zacznijmy może od oddziałów marszałka Soulta, pod którego pieczą znajdowała się twierdza, a przeciw któremu Lord Wellington oddelegował dwa silne korpusy: gen. Grahama (1, 6 i 7 dywizje piechoty wraz z dwoma brygadami kawalerii) oraz gen. Hilla (2 oraz portugalska dywizje piechoty z jedną brygadą kawalerii). Siły wysłane przeciw księciu Dalmacji liczyły około 35 tys. i znacznie przewyższały siły francuskiego dowódcy.
Tak więc na początku 1812 r. marszałek Soult postanowił zakończyć oblężenie Kadyksu i ruszył tam ze znajdującą się pod jego rozkazami rezerwą centralną. Gdy pod koniec lutego otrzymał informację o zagrożeniu Badajoz udał się do Sewilli. Tutaj otrzymał pismo marszałka Marmonta z 22 lutego, w którym ten zawiadamiał go, iż rusza mu z pomocą. Myśląc, że książę Raguzy przyprowadzi mu tak jak w 1811 r. około 30 tys. ludzi, sądził Soult, iż V korpus Droueta d'Erlona oraz rezerwa centralna w sile 24 tys. w zupełności wystarczą.
Po zebraniu całej armii oraz niezbędnych zapasów, pierwszego kwietnia wyruszył Soult z Sewilli. Idąc bardzo ostrożnie i rozglądając się za wojskami Marmonta, 8 kwietnia dotarł on do Villafranca de los Barros, dwa dni marszu od Badajoz.
129 Naprzeciw niego stał korpus gen. Grahama, który osłaniał działania lorda Wellingtona. Między Llerena a Villafranca doszło wówczas do kilku utarczek, które tak oto opisywał szeregowiec służący w 7-mej dywizji William Wheeler:
"W dwa dni później wszystkie nasze wojska ponownie pomaszerowały do Llerena; i tym razem zatrzymaliśmy się pod wieczór, by odpocząć nieco, po czym ruszyliśmy ku miastu. Uformowano nas w następujący sposób: główną drogą szła siódma dywizja, mając w odwodzie szóstą, prawą naszą flankę zajęła pierwsza dywizja, oddzielona od nas przez brygadę artylerii, lewą zaś kawaleria. W szpicy szły dwie kompanie pięćdziesiątego pierwszego pułku, dwie kompanie legionistów niemieckich i dwie kompanie żołnierzy brunszwickich oraz garstka kawalerzystów. Podczas marszu przyłączyła się do nas wielka gromada psów. Po podejściu do miasta nakazano czołówce dołączyć do głównych sił i powoli ruszyliśmy naprzód, zdarzył się jednak niefortunny wypadek, który wywołał wielkie zamieszanie i spowodował śmierć jednego z naszych oficerów. A doszło do niego w taki oto sposób: dywizja nasza posuwała się zwartą kolumną, zaś grupa oficerów, którzy zamiast pozostać przy swoich dywizjach szli na czele, nadmiernie wysunęła się naprzód, a ściślej mówiąc my, idąc bardzo wolno, pozostaliśmy w tyle. Kiedy niespodziewanie oficerowie ci natknęli się na jedną z pikiet nieprzyjaciela, pośpiesznie rzucili się w stronę głównej kolumny. Z powodu ciemności wywołało to na czele naszego pułku znaczny zamęt, który rychło rozprzestrzenił się na całą dywizję. Szaserzy francuscy ruszyli za nami otwierając ogień i pierwsze ich kule dosięgły naszego płatnika oraz felczera, którzy znajdowali się w tym momencie na tyłach pułku. Sanitariusz zginął, płatnik zaś jest ciężko ranny w ramię. Dodajcie do tego wycie chyba ze dwustu psów, a będziecie mogli sobie wyobrazić, w jakich znaleźliśmy się opałach.
Szybko przywrócono porządek i zaczęliśmy żywo posuwać się naprzód. Wkrótce ujrzeliśmy przed sobą jakiś kształt, przypominający ustawione w szyku wojska. Wystrzelono więc w tym kierunku z dwu czy trzech dział, ale domniemany oddział wroga okazał się po prostu murem. Nieprzyjaciel oddalił się, ścigany przez kilka naszych lekkich jednostek; doszło do wymiany strzałów, ale w sumie akcja nasza skończyła się fiaskiem. Później, aż do 5-go bm. manewrowaliśmy w pobliżu nieprzyjaciela, ale nie wydarzyło się nic godnego uwagi, choć od czasu do czasu Francuzi atakowali nasze forpoczty, w wyniku czego dochodziło do wymiany ognia."130
Gdy marszałek Soult odebrał wiadomość o upadku Badajoz podjął decyzję o odwrocie do Sewilli. Jego decyzję przyspieszyła nowina, iż w międzyczasie silny korpus hiszpański zablokował stolicę Andaluzji. Tak więc książę Dalmacji podążył na wschód, a postępująca za nim kawaleria angielska pod dowództwem Le Marchanta, rozproszyła jego straż tylną 11 kwietnia w okolicach Llereny.
131 Tak więc wyprawa zakończyła się fiaskiem, a Estramadura została odsłonięta i narażona na napad sił koalicyjnych. Polski pamiętnikarz, Kajetan Wojciechowski, który wraz z pułkiem Ułanów Nadwiślańskich uczestniczył w odsieczy marszałka Soulta, tak opisał tamte wydarzenia:
"Gdy później po raz trzeci odebraliśmy rozkaz śpiesznego pochodu do Badajoz, nimeśmy zdążyli do fortecy na pomoc, już ta szturmem zdobytą została. Zdobycie tej fortecy przez Anglików było wielką dla nas klęską: tam bowiem prócz ogromnych magazynów żywności i potrzeb wojennych utraciliśmy wielkiego kalibru armaty, umyślenie tam odlewane, a służyć mające do bombardowania Kadyksu".132
W tym samym czasie, jak już pisałem powyżej, również dowódca Armii Portugalii przygotowywał się do wypełnienia nałożonych na niego przez Cesarza zadań. 6 marca przybył on do Salamanki i rozpoczął tutaj zbieranie swojej armii. Nie było to łatwe zadanie, gdyż jego oddziały z powodu braku magazynów musiały zajmować znaczny obszar, aby móc wyżywić się dzięki rekwizycjom. Poza tym część jego oddziałów była już w drodze do Almaraz w celu odsieczy dla Badajoz i teraz musiała ponownie wracać do Leonu.
Czekając na swoje dywizje marszałek Marmont nie próżnował i rozpoczął gromadzenie żywności. Była to rzecz niezbędna, aby zgromadzić dla 30-sto tysięcznej armii prowiant na 2 tygodnie, gdyż terytorium pomiędzy Salamanką a Ciudad Rodrigo i Almeidą było niesamowicie spustoszone, przez dotychczasowe działania zbrojne. Tak więc w czasie, gdy Badajoz była bombardowana przez Anglików, najmocniejsza z armii napoleońskich zbierała się powoli w Salamance, gromadząc żywność i przygotowując się do uderzenia w próżnię. Taki właśnie był efekt rozkazów Napoleona, wydawanych z Paryża i nie biorących pod uwagę specyfiki wojny w Hiszpanii.
24 marca marszałek Marmont dowiedział się, że Lord Wellington obległ Badajoz. W tym samym czasie nadszedł wreszcie wyczekiwany transport żywności z Almaraz i książę Raguzy mógł podjąć rozkazaną mu ofensywę w stronę Beiry. Dysponował on pięcioma dywizjami piechoty i lekką kawalerią w sile 25 tys. ludzi i 1,5 tys. koni.
133 Nie miał niestety sprzętu oblężniczego, który przepadł w Ciudad Rodrigo. Jednak siły, którymi dysponował, z łatwością mogły rozproszyć pilnującą północnego korytarza portugalską milicję.
Jednak 25 marca dotarł do dowódcy Armii Portugalii nowy rozkaz Napoleona, polecający Marmontowi ruszyć do Badajoz, w chwili gdy wróg uderzy na to miasto. W tej sytuacji książę Raguzy został postawiony w sytuacji nie do pozazdroszczenia.
134 W chwili, gdy zgromadził już siły i środki do ataku w stronę Beiry, Cesarz rozkazał mu skierować się w zupełnie inną stronę. Jednak nie to było największą trudnością, jak wspominałem wyżej Marmont zgromadził zapasy żywności na dwa tygodnie. Natomiast samo dojście do Badajoz, które było dwa razy dalej oddalone od Salamanki niż Ciudad Rodrigo, musiało zająć ponad dwa tygodnie. Marmont nie mógł wcześniej dotrzeć do tego miasta jak 10 kwietnia, a jak wiemy stolica Estramadury padła 3 dni wcześniej. Poza tym zgromadzona przez księcia Raguzy żywność starczyłaby tylko na 14 dni. Tak więc przez kilka ostatnich dni w swoim pochodzie na południe Armia Portugalii musiałaby głodować, gdyż tereny między Tagiem a Guadianą były tak samo spustoszone jak między Salamanką i Ciudad Rodrigo. Napoleon wydając w ciągu kilku tygodni sprzeczne rozkazy nie zdawał sobie sprawy, lub nie chciał przyjąć do wiadomości, wszystkich tych trudności. Niestety, ale marszałek Marmont będąc na miejscu musiał rozważyć wszystkie za i przeciw, i podjąć decyzję, która by nie naraziła jego armii na zniszczenie. Tak więc miał on do wyboru trzy możliwości: ruszyć na Badajoz od razu i narazić armię na głodowanie przez kilka dni; zebrać jeszcze więcej żywności i dopiero wtedy ruszyć do Badajoz, jednak musiałby wtedy stracić kolejny tydzień lub dwa; uderzyć na Ciudad Rodrigo w nadziei, że to działanie dywersyjne odciągnie lorda Wellingtona od obleganej twierdzy. Po przeanalizowaniu wszystkich tych alternatyw, książę Raguzy zdecydował się na ostatnią z nich. Czy postąpił on słusznie? Moim zdaniem tak i zaraz wyjaśnię dlaczego.
Wojna w Hiszpanii była specyficznym zjawiskiem, wszystkie wojska biorące w niej udział miały ogromne trudności aprowizacyjne. Wiadomo, że brak żywności zawsze zmuszał żołnierzy do dezercji i szukania jej na własną rękę. Tak więc, aby zachować armię w całości należało mieć ją czym wyżywić. Niestety, ale Napoleon nie rozumiał tego i wydawał z Paryża rozkazy, które były nierealne do wykonania. Ofensywa Marmonta na Badajoz podjęta w końcu lutego miała realne możliwości powodzenia. Niestety, ale miesiąc później było już na to za późno, książę Raguzy znajdował się zbyt daleko od stolicy Estramadury i miał zbyt mało prowiantu, aby do niej dotrzeć. Tak więc podjął on jedyną słuszną w tym położeniu decyzję, zresztą zgodną z wcześniejszymi dyspozycjami Cesarza, ofensywy do Portugalii.
28 marca Marmont opuścił brzegi Tormes i 31-go marca przybył nad Aguedę. W pobliżu nie było wojsk angielskich. Następnie przeszedł on rzekę i otoczył Ciudad Rodrigo. Żądanie "pro forma" poddania fortecy, grożąc jej szturmem pozostało bez rezultatu i nocna kanonada artyleryjska była jedyną możliwą operacją. Opuścił więc tę twierdzę i pozostawił w pobliżu Almeidy korpus obserwacyjny, aby blokować obie twierdze, następnie wystawił oddziały dla strzeżenia mostów i pomaszerowałem w stronę Fuente Guinaldo.
135 W międzyczasie wykonał rekonesans w pobliżu Almeidy i podjął działania, jakby chciał zdobyć szturmem tę twierdzę. Było to teoretycznie możliwe, gdyż jej załogę stanowiła portugalska milicja i Marmont wiedział o tym. Jednak gubernator poczynił przygotowania do obrony, tak że Francuz musiał zrezygnować z jej zdobywania i pomaszerować do Castello Branco, skąd przeprawiwszy się przez Tag w Villa Velha zniszczył znajdujący się tam most.
136
Mimo tego, że zostawił Marmont dwie niezdobyte twierdze za plecami, zdecydował się na dalszy marsz na wschód. Rozpuszczając na wszystkie strony swoją armię w poszukiwaniu żywności i zwalczaniu oddziałów portugalskiej milicji, dotarł on 14 kwietnia do La Guardii.
137 Tutaj dowiedział się, że dowodzone przez Silveirasa oddziały, w sile 23 batalionów maszerują w jego stronę, Gdy znaleźli się oni w pobliżu, pociągnęli z powrotem w górę Mondego. Marmont rozkazał ścigać ich 13-stemu pułkowi szaserów oraz 200 ludziom z jego straży przybocznej. Jednak rzęsisty deszcz, który uniemożliwił korzystanie z broni, sprawił, że kawaleria pod rozkazami adiutanta marszałka, pułkownika Denisa Damremonta zmusiła ich do ucieczki, biorąc 1500 jeńców oraz 5 flag. 3 tys. ludzi porzuciło broń i rozbiegło się. Te poruszenia przestraszyły Portugalczyków, którzy spalili swoje magazyny w Castello Branco i Celorico. Gdy Marmont dowiedział się, że Badajoz padło, a lord Wellington skierował się przeciw niemu, ruszył w drogę powrotną i 25-go kwietnia przybył z powrotem do Salamanki.
138 Tak więc dywersja podjęta przez Armię Portugalii nie przyniosła zamierzonego rezultatu i spowodowała tylko niepotrzebne straty w i tak już przerzedzonych szeregach francuskich.
Skoro znamy już okoliczności, które sprawiły, że Badajoz znalazła się w rękach angielskich, chciałbym spróbować ustalić, kto ponosi odpowiedzialność za upadek tak ważnej twierdzy. Tak jak już kilka razy pisałem głównym architektem klęski był Napoleon, którego rozkazy spowodowały, że forteca została pozostawiona samej sobie. Jakiekolwiek nadzieje załogi na odsiecz, ze strony innych armii francuskich, zostały zniszczone już w zarodku. Poza tym całkowita nieznajomość realiów wojny hiszpańskiej, o czym również już pisałem, doprowadziła do niepotrzebnych akcji i strat zarówno w Armii Południa, jak i Armii Portugalii. Krótko mówiąc rozkazywanie z odległości kilkuset mil doprowadziło w krótkim czasie do upadku dwóch bastionów, które zatrzymywały armię angielską w Portugalii i tym samym chroniły wojska napoleońskie w Hiszpanii.
Czy oprócz Napoleona jeszcze inni francuscy dowódcy zawinili w opisywanych okolicznościach? Jak zwykle takie rozważania należy zacząć od osoby gubernatora. Prawdą jest, że Badajoz była jedną z najsilniejszych twierdzy w Hiszpanii. Posiadała ona potężne umocnienia oraz fortyfikacje zewnętrzne, chociaż nie były one ukończone, jednak licznej załodze pozwalały długo się bronić. Cały problem był jednak taki, że podobnie jak w Ciudad Rodrigo, załoga twierdzy nie była dostatecznie liczna. Obsadzenie wszystkich umocnień oraz pozostawienie silnej rezerwy wymagało około 10 tys. ludzi. Niestety, ale gen. Philippon na początku oblężenia dysponował tylko 4 tys., natomiast w czasie szturmu fortecy mogło bronić zarówno 2900 żołnierzy. Poza tym w chwili rozpoczęcia oblężenia brakowało zarówno żywności, jak i prochu i amunicji. Tak więc długa obrona, w ogóle nie wchodziła w rachubę. Gubernator wiedział o tym doskonale, że nie będzie w stanie bronić się dłużej jak 4 tygodnie, dlatego z pojawieniem się Anglików, wzywał marszałka Soulta na pomoc.
Jeśli chodzi o same oblężenie, to trudno zarzucić cokolwiek gubernatorowi. Starał się jak mógł utrudniać prace oblężnicze poprzez ostrzał artyleryjski i wycieczki. Jednak będąc zmuszonym do oszczędzania zarówno prochu, jak i ludzi, nie mógł on dostatecznie przeszkodzić Anglikom w ich robotach. Natomiast należy przyznać uczciwie, że do szturmu przygotował się on z wielką starannością, a pomysłowość jego i płk. Lamare'a w szykowaniu zasadzek na szturmujących przeszła oczekiwania lorda Wellingtona. Tak więc z pewnością nie można nic zarzucić komendantowi jeśli chodzi o samo oblężenie. Natomiast, czy podczas szturmu uczynił wszystko, co do niego należało? Czy niczego nie zaniedbał? Chciałbym teraz się nad tym zastanowić.
Tak jak już napisałem, gubernator przed szturmem miał do dyspozycji około 2900 żołnierzy. Tymi oddziałami obsadził mury, pozostawiając przy sobie batalion 103 p.p. jako rezerwę. Najliczniejszą obronę otrzymały oczywiście wyłomy, co należało uważać za rzecz naturalną. Natomiast inne bastiony, a zwłaszcza te, które znajdowały się daleko od wyłomów, otrzymały mniej liczne oddziały obrońców. Niestety, ale ze względu na szczupłość załogi gen. Philippon nie był w stanie obsadzić wszystkie umocnienia, tak jak wymagała tego powaga sytuacji.
Również biorąc pod uwagę przebieg szturmu, nie można nic zarzucić gubernatorowi. Mimo, że aż dwie dywizje uderzały na wyłomy, nie udało im się dostać do miasta. Upadek zamku, był bezsprzecznie dużym zaskoczeniem dla Philippona. Uważał on tę pozycję za najsilniejszą, dlatego pozostawił tutaj niewielkie siły złożone z Hesów. Było to posunięcie jak najbardziej racjonalne, że przy braku ludzi, pozycję, która jest najpewniejsza pozostawia się do obrony stosunkowo niewielkim oddziałom, a gro sił przerzuca się w rejony najbardziej zagrożone. Tak też postąpił Philippon i trudno mieć do niego pretensje. Wprawdzie Rigel zarzuca Philipponowi, że batalion 103 p. p. postawił w rezerwie, zamiast obsadzić nim zamek
139, ale była to jedyna rezerwa gubernatora, którą i tak był zmuszony później oddelegować do zamku w celu jego odbicia.
Również wysłanie batalionu 9 p.p.l. w celu odbicia zamku nie możemy uznać za błąd. Czyniąc ten ruch gubernator starał się osłabić bastiony nr 1 i nr 2, które były najbardziej oddalone od wyłomów i zamku, i gdzie istniało najmniejsze prawdopodobieństwo ataku. Niestety, ale nie dysponował komendant dostatecznymi rezerwami, dzięki którym mógłby odbić zamek bez osłabiania innych punktów obrony. Z tego powodu wybrał ten właśnie fragment fortyfikacji twierdzy. Niestety, ale akurat na ten odcinek uderzyła 5-ta dywizja gen. Leitha i tym samym przesądziła o upadku fortecy. Również i w tym przypadku Rigel zarzuca Philipponowi, iż w momencie gdy dowiedział się o upadku bastionu nr 1 nie osłabił obrony wyłomów oraz bastionów nr 3 i nr 4, tworząc z tych oddziałów batalion, któryby wypchnął Anglików z twierdzy.
140 Ale również i ten zarzut należy odrzucić, gdyż jeden batalion nie był w stanie wypchnąć całej dywizji, która była już w mieście. Poza tym osłabiając oddziały broniące wyłomów, ryzykował ponowienie ataku z tej strony, który mógłby nie zostać tym razem odparty.
Podsumowując należy napisać, że dysponując dwukrotnie mniej liczną załogą, niż wymagała tego sytuacja i mając kończące się zapasy prochu i żywności, nie był w stanie
gen. Philippon utrzymać się dłużej niż te dwadzieścia dni. Jedynym ratunkiem dla niego i jego załogi była odsiecz, lecz tej pozbawiły go mylne rozkazy cesarskie.
Kolejnym dowódcą, na którego konto można by zapisać utratę Badajoz był marszałek Marmont. Ale akurat w jego przypadku zarzuty tego typu są niesłuszne. Na wieść o zagrożeniu twierdzy ruszył książę Raguzy z odsieczą dla niej, mimo że nie była ona pod jego dowództwem. Jednak rozkazy Napoleona zniweczyły ten zamiar, a dyrektywy mówiące o udzieleniu fortecy pomocy, przybyły zbyt późno. Tak więc Marmont mógł tylko wykonać demonstracje w kierunku Beiry, która na niewiele się zdała.
Natomiast z pewnością nie można z utraty stolicy Estramadury rozgrzeszyć zarówno gen. Droueta d'Erlona jak i marszałka Soulta. Zadaniem korpusu, którego d'Erlon był dowódcą polegało między innymi na zaopatrzeniu twierdzy. Tak, jak pisałem wcześniej Badajoz nie było dostatecznie zaopatrzone zarówno w żywność, jak i proch, tak więc d'Erlon nie wypełnił swoich zadań w stopniu dostatecznym. Również marszałek Soult, jako przełożony dowódcy V korpusu, ponosi odpowiedzialność za braki aprowizacyjne twierdzy.
Niestety, ale wyżej wymienione braki nie były jedyną winą księcia Dalmacji. Z pewnością głównym zarzutem wobec francuskiego dowódcy jest niedostateczna liczebność zarówno załogi, jak i sił, które prowadził on z odsieczą. Co prawda pisałem już, że wobec dużego obszaru, który okupowała Armia Południa, książę Dalmacji nie mógł w Estramadurze użyć więcej jak 25 tys. żołnierzy, z prawie 60 tys., których posiadał. Jednak należy sobie postawić pytanie, czy ten argument wystarczająco tłumaczy Soulta?
Marszałek Soult był doświadczonym dowódcą, walczył pod rozkazami Napoleona w wielu bitwach i z pewnością poznał zasady, którymi kierował się Cesarz. Był też jednym z najzdolniejszych dowódców Napoleona i z pewnością zdawał sobie sprawę, że utrzymanie Badajoz zabezpiecza jego armię od strony najgroźniejszego przeciwnika, czyli armii angielskiej. Oczywiście, utrzymanie Granady, czy zdobycie Kadyksu było również rzeczą ważną. Jednak nawet oddanie Granady armii hiszpańskiej, czy odstąpienie spod Kadyksu nie miałoby dla Armii Południa poważniejszych konsekwencji. Natomiast utrata Badajoz, narażała oddziały Soulta na śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony lorda Wellingtona, którego armia była równa pod względem zarówno ilościowym, jak i jakościowym Armii Południa. Tak więc zdając sobie sprawę z tych wszystkich faktów, powinien Soult uczynić wszystko, aby utrzymać Badajoz. Wzmocnić dostatecznie załogę oraz zebrać wszystkie swoje siły i ruszyć z nimi przeciw Anglikom. Dysponując około 50 tys. weteranów (po pozostawieniu kilku tysięcy żołnierzy, celem osłony Andaluzji) oraz mając jako wsparcie silną twierdzę, mógł książę Dalmacji pokusić się zarówno o pokonanie lorda Wellingtona, jak i wyparcie go z powrotem do Portugalii. Po wykonaniu tego zadania mógł on z powrotem bez większych trudności zająć Granadę i wznowić blokadę Kadyksu. Tak właśnie uczynił marszałek Marmont przed bitwą pod Salamanką. Niestety, ale Soult zbyt liczył, że Marmont podobnie jak w 1811 r. przyjdzie mu z pomocą. Co prawda 22 lutego książę Raguzy zawiadomił go, że rusza na południe, lecz z drugiej strony Napoleon wyraźnie pisał, że obowiązkiem Soulta jest obrona Badajoz i nic nie wspominał o pomocy ze strony Armii Portugalii. Tak więc marszałek Soult nie zastosował tutaj jednej z głównych zasad napoleońskich: "jak najwięcej sił do działania głównego; tylko to, co ściśle niezbędne, wydzielone na drugorzędne teatry operacyjne czy kierunki, do drugorzędnych działań."
141 Starał się trzymać wszystkie teatry operacyjne w imię jakiś mglistych obietnic, o których nic nie wspominał głównodowodzący, dlatego również i księcia Dalmacji musimy wskazać jako jednego z architektów utraty Badajoz.
<<< Wstecz
Dalej >>>